Przyzwyczajenia .. czyli czas zerwać z rutyną!

Przyzwyczajenia .. czyli czas zerwać z rutyną!



      Nie lubię rutyny. Jasne, ona ma swoje dobre strony, wykonywanie pewnych czynności codziennie może nam wiele dać. Ale co.. jeśli dni upodabniają się do siebie tak, że jestem wstanie określić co będę robiła za trzy tygodnie o tej porze? Czy rutyna nie zabija ciekawości świata? Czy rutyna nie zabija kreatywności? Inwencji? Chęci rozwija nia się i poznawania nowych rzeczy? Czy przyzwyczajenia, tak bezpieczne bo przewidywalne, nie sa tak naprawdę kulami, które przykuwają nas do ziemi? Jak to jest?


      Jakiś czas temu pisałam o moich nawykach, nadal uważam, że to co sobie wypracowałam przynosi mi mnóstwo korzyści.. ALE... Nie chciałabym, żeby przyzwyczajenia zaczęły rządzić moim życiem. Dlatego kiedy zauważyłam u siebie niepokojącą skłonność do wypracowywania coraz to nowych nawyków, powiedziałam sobie PRRR STOP! Przecież nie chcę spędzić życia na jakimś cholernym autopilocie! Nie chcę, by życie przemykało gdzieś obok mnie, kiedy sama będę rutynowo wykonywać kolejne rzeczy. No nie o to w tym chodzi prawda? Nie chcę, żeby wypracowane nawyki, które siłą rzeczy zmieniają się w przyzwyczajenie przejęły kontrolę nad moimi wyborami.. czy to jeśli chodzi o modę, styl życia, kuchnię czy nawet czas wolny. No nie tędy droga!

Przyzwyczajenia zabijają ciekawość


      Arystoteles powiedział: "Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka." Nie sposób się z tym nie zgodzić. Przyzwyczajenie jest bezpieczne, przewidywalne.. Ale też w żaden sposób nas nie rozwija. Zabija w nas ciekawość, zabija w nas dziecięca radość i zamienia w bezrozumnego robota. Wbrew temu co podpowiada nam natura (żywo zainteresowana naszym przetrwaniem a nie szczęściem), przyzwyczajenia nie są naszym przeznaczeniem... To że starsza pani kupuje ser zawsze w tym samym sklepie.. bo się przyzwyczaiła, nie oznacza że nie mogłaby wyłamać się z rutyny i iśc gdzie indziej. To, że uparłaś się chodzić tylko w czarnym i przyzwyczaiłaś się do siebie "całej na czarno", nie oznacza, że w czerwieni nie będziesz wyglądać o niebo lepiej. Przyzwyczajenia są naszymi wyborami.. a nie przeznaczeniem. Warto o tym pamiętać.


Rutyna w związku


      Dwoje ludzi ona.. menadżerka projektów.. on urzędnik państwowy wysokiego szczebla.. dzieci brak. Wstają, jedzą śniadanie (albo nie), pędzą do pracy. Po pracy obiad, szybkie sprzątanie i oglądają seriale na Netflixie. Potem prysznic, szybki sex (albo nie) i spać. I tak pięć dni w tygodniu. Urozmaicenia? W poniedziałki i środy on idzie na siłownię a ona na poledance. W piątek ida razem na basen. W weekendy śpią do południa, potem obiad u mamy. Jakieś rutynowe spotkanie ze znajomymi. I to tyle... Rytyna... bezpieczna... przewidywalna.. zabijająca wszelką namiętność. Niby się kochają.. ale kiedy zdarza się okazja.. to i ona i ona robią skok w bok.... Ona i on... Chcesz być taki sam?
      Rutyna .. dla mnie to najgorsze co się może przydarzyć. Czy ona może być w związku czymś dobrym? Czy może jest dla wielu wygodna... nie trzeba się starać, nie trzeba właściwie nic siebie dawać. Wystarczy przestrzegać rytuału... Tylko gdzie w tym miejsce na smakowanie życia... przecież takie życie to nic innego jak wegetacja! Brrrrrrrr

Ciekawość zabija przyzwyczajenia


      No to jak to jest? To ciekawość zabija czy jest zabijana? Ano zależy który aspekt wygra bitwę w naszym umyśle. Jeśli ciekawość.. to przełamiemy się i wyjdziemy poza bezpieczny krąg naszych przyzwyczajeń. Jasne możemy się sparzyć, może nam się coś nie udać.. ale kurde! Nowych doświadczeń nam nikt nie zabierze. W jednej z książek o treningu uważności przeczytałam, że przyzwyczajenia są jak psy pasterskie, które pilnują naszego umysłu. Tylko ciekawość świata i chęć rozwoju może nam pomóc się od nich uwolnić. Dlatego:


  • postanowiłam skrócić czas pracy o pół godziny
  • jem posiłki przy innym stole, albo na innym krześle
  • czasem się zatrzymuję, gapię się w niebo i świadomie oddycham
  • chodzę do innych sklepów
  • zmieniam trasy poruszania się
  • próbuję nowych smaków
  • szukam nowych kontaktów z ludźmi
  • czytam inne książki niż zazwyczaj

      To pierdoły, ja to wiem. Ale te wszystkie małe zmiany pomagają mi żyć uważniej. Przełamywać schematy, które utrudniają mi życie. Wreszcie zwracać uwagę na rzeczy małe.. bo jak wielokrotnie tu pisałam... to w małych rzeczach tkwi istota bycia szczęśliwym!

Jak to jest u Was z rutyną? Zauważacie ją w Waszym życiu?
A może jedziecie na całkowitym spontanie!





Wolność... tej w umyśle nie obierze Ci nikt, jeśli sam na to nie pozwolisz.

Wolność... tej w umyśle nie obierze Ci nikt, jeśli sam na to nie pozwolisz.



      Dziś przychodzę do Was z tekstem innym.. może dla nie których trudnym. Może niektórzy się oburzą i uznają mnie za wariatkę. Temat dojrzewa we mnie od dłuższego czasu i nie ukrywam, robiłam kilka podejść, by przelać na papier to co czuję. Ale w końcu gdzie jak nie tu?
      Wolność.. czy my ją faktycznie mamy? Czy żyjemy w wolnym kraju? Czy ludzie są tu wolni? Czy mając kredyt na karku jest się wolnym? Czy oddając państwu znaczną część dochodu jesteśmy wolni? Czy jeśli nie mamy wyboru w wielu sprawach to jesteśmy wolni? Czy jeśli nerwowo reagujemy na myśl o odłożeniu na kilka godzin telefonu to jesteśmy wolni?Wreszcie.. czy nie czujecie tak jak ja.. że ktoś na naszą wolną wolę czyha? Myślicie, że to paranoja? teorie spiskowe?


Czy czujesz się wolny?

      Moja odpowiedź na to pytanie brzmi i tak i nie.

      Jeśli chodzi o gospodarkę i faworyzowanie kapitału zagranicznego i wielkich koncernów. O to co mogę, a czego nie mogę jeśli chodzi o ubezpieczenia i podatki. Tu czuję się ubezwłasnowolniona do granic niemal. Bo nie mogę zrezygnować ze złodziejskiego ZUSu i na siebie wziąć ryzyka z czego będę żyła na starość.. teraz muszę odkładać podwójnie, bo ZUS obowiązkowy.A ja jestem niemal pewna, że za parę lat kasy na emerytury nie będzie. Albo emerytury będą jeszcze bardziej głodowe niż teraz. Tak samo sytuacja przedstawia się, jeśli chodzi o ubezpieczenie zdrowotne. Niby zdzierają ze mnie haracz co miesiąc. A ja i tak, chcąc mieć szybki dostęp do specjalistów muszę ubezpieczyć się prywatnie. Czyli znów płacę podwójnie. Bo zwyczajnie nie stać mnie czekać miesiącami albo latami, żeby się do specjalisty dostać! Podobnie jest z obroną osobistą. Nie mogę kupić broni do obrony. Bandyta i złodziej ma ją nielegalnie. Ja potencjalna ofiara nie mam żadnej możliwości obrony. Nawet jak łobuza zdzielę patelnią, to mnie będą po sądach ciągać.. czy rzeczywiście musiałam to zrobić. I będę się tłumaczyć, dlaczego go walnęłam, zamiast się dać zabić/zgwałcić/okraść w swoim własnym domu. Albo mi Bellę zabiorą na obserwację, bo łobuza ugryzła. Nie będą się jego pytać, po co łazi po cudzym terenie. Będą się pytać mnie, dlaczego pies zaatakował! Więc nie.. nie czuję się w tych obszarach wolnym człowiekiem.


A blogosfera.. czy tutaj jest wolność??


      Okazuje się, że nie do końca. Dlaczego? Niby można pisać co się chce, jak chce i kiedy chce, ale jednocześnie...twórcy jak mało kto, są przeczuleni na punkcie własnego ego. Niezwykle rzadko dopuszczają krytykę, często każde krytyczne słowo odbierają jako atak.. jak modny w tym kraju "hejt". Dla nich: "czytałam ostatnio w prasie amerykańskiej, że ta substancja zostaje wycofana z użytku, bo została uznana za szkodliwą. Więc nie do końca jest jak piszesz.".. jest równoznaczne z  "O fucka, ale żenada! Weź ty się lepiej zajmij lepieniem garnków, a nie pisaniem o kosmetykach." Masz inne zdanie? Nie do końca jesteś pożądany, bo psujesz idealny wizerunek, Twoje niewygodne komentarze zostają usunięte. Nie daj Boże próbujesz swojego zdania bronić.. to już w ogóle.. bufon z Ciebie, czepiasz się i zaczynają się personalne wycieczki. Blogerzy na swoich blogach, tak jak na Instagramie (o czym pisałam: TU) nakładają sobie filtry.. jak coś jest niewygodne, jak komentator jest niewygodny to... wiadomo:nakładam filtr i kasuję, blokuję i PUFFF nie ma.


Więc gdzie ta wolność..??



      Ja swoją mam w umyśle. Tego co tam jest, nikt nie jest mi wstanie zabrać. Nikt tego nie zatruje, jeśli mu na to nie pozwolę! I ja pozwolić nie mam zamiaru. Nikt mnie nie zmusi, żebym dobrowolnie z wolności zrezygnowała. Moja mama powiedziała mi kiedyś: "córeńko czytaj, rozwijaj się, tego co będziesz miała w głowie nikt ci nie zabierze. Nie pozwól, by cokolwiek cię zniewoliło." I ja się tego trzymam! Idę przez życie z otwartą głową, chłonę doznania jak gąbka. Nie pozwoliłam, by cokolwiek miał nade mną władzę. Nigdy nie miałam żadnych nałogów. Nie próbowałam narkotyków, w życiu nie miałam w ustach papierosa. Nie uzależniłam się od żadnej gry. Internet to dla mnie narzędzie jak każde inne. Nie mam przyspawanego do reki telefonu i nie podskakuję nerwowo na każde jego pipnięcie. Nie wierzę w to, co mówią mi ci, co się obwołali autorytetami. Zawsze staram się sprawdzić źródło. A jak źródła nie ma, to z zasady uznaję, że coś zostało wymyślone by dezinformować... a z moich doświadczeń wynika.. że im większy medialny autorytet, tym większa szansa na wykrzywienie rzeczywistości. Niestety...

Dlatego nie dopuszczam do mojego umysłu śmieci. Mój umysł .. moja twierdza!

Jak to jest z Wami?
Czujecie się wolni?
A może jesteście wstanie zrezygnować z wolności na rzecz bezpieczeństwa?

Piszcie śmiało!




Instagram.. jedno z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci..

Instagram.. jedno z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci..

samotność a sieć


      Ostatnio na jednej z grup facebookowych wywiązała się ciekawa dyskusja odnośnie instagrama i tego, jak wpływa on na użytkowników o słabszej konstrukcji psychicznej. Poszperałam trochę i wniosek nasuwa się sam.. Instagram jest jednym z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci. Skąd to się bierze zapytacie? Na sto procent pewności nie mam.. ale mam swoją teorię!


      Bo jak wyglądają nasze dni? Wstajemy, pierwsza rzecz, sięgamy po telefon. Sprawdzamy co w świecie, co nowego na insta i fejsie. A tam nie daj Boże, jakiś negatywny komentarz, ktoś nam wytknął, że mamy za duży nos. Albo co gorsza nie ma nic! Żadnych reakcji! A przecież tak się staramy! Inspirujemy lepszymi od nas... tiaaa

      W wyidealizowanym świecie pojedynczych momentów, w pewien sposób kreujemy sztuczny obraz.. pokazujemy ideał. Ideał, który nijak się ma do rzeczywistości. I czy to instagram, czy facebook.. czy nawet blogi! Bo czy pokazujesz na insta swoją twarz, jeśli masz (na ogół urojony) kompleks za dużych ust/za małych oczu/pucołowatych policzków? No nie! Pokażesz świetne nogi, albo piękne włosy. Pokażesz swoje atuty. Prawda? Osoba oglądające westchnie: jeny jaka piękna dziewczyna.. ona to ma życie! Może zakrzykniesz że skąd, mnie to nie dotyczy! Cóż.. może jesteś silniejszy od wielu. Mam taką znajomą. Wspaniała matka, żona, a jednocześnie spełniająca się zawodowo kobieta. I ona mi ostatnio powiedziała, że jak czasem scroluje instagrama, to chce się jej wyć. Bo wszędzie te piękne wymuskane wnętrza, pięknie podane dania i uśmiechnięte czyściutkie dzieci. Ona jest świadoma tego, że to ułuda.. ale i tak te zdjęcia wpływają na nią negatywnie. Bo u niej w domu tego nie ma. Jak posprząta to za pięć minut dzieciaki nabałaganią, a ukochany pies rozniesie sierść. I mimo wsparcia męża.. jakiś wewnętrzny diabeł ją dołuje. I czuje się taka kiepska, taka samotna.


Idealny świat.. idealny feed.. idealnie aż do bólu?



      Powiecie.. ja tak nie jestem! Patrzę i motywuję się, i dążę, by też mieć idealny profil ze spójnym feedem. Okej.. może i tak jest! Tyle, że nie wszyscy są silni! Jeśli ktoś ma kłopoty z samooceną, samotnością, nie ma wsparcia to ... Cóż.. To się zaczyna obsesyjne scrolowanie instagrama, oglądanie idealnych zdjęć.. potem jest spadek nastroju, a w najgorszych przypadkach zaczyna się choroba duszy: depresja. Bo ta osoba, zamiast cieszyć się życiem, nawiązywać realne kontakty, patrzy w okienko, gdzie ma sztuczny świat. Zatraca umiejętność bycia "tu i teraz", na rzecz bycia tam.. w świecie idealnych obrazków. Jakie to dla niej stresujące wie już ona sama. Ale nie może przestać, nie umie  inaczej. Lubi patrzeć na idealne obrazki i nieważne jest to, że te obrazki źle na nią wpływają. Ona w jakiś perwersyjny sposób chce na nie patrzeć...


Najgorsze w tym wszystkim jest to, że najbardziej cierpią młodzi!


      Wiecie.. jak patrzę na dzisiejsze czasy, to cieszę się, ze urodziłam się w erze analogowej. Gdzie sam musiałam o siebie zadbać. Gdzie rodzice nie bali się mnie na cały dzień puscić na miasto. Gdzie kiedy przychodziły wakacje to się wychodziło rano z domu, wpadało na obiad i gnało z bandą ponownie. Gdzie nie miałam telefonu komórkowego i pełnego dostępu do internetu. Nie byłam wystawiona na ryzyko, jakim jest uwierzenie, że socjal media oddają rzeczywistość. W jednym a artykułów jakie przeczytałam, była wypowiedź psychoterapeuty:

– Instagram to zmora moich pacjentów. Patrząc tylko z perspektywy psychoterapeuty marzyłabym o tym, by został  zlikwidowany – mówi Katarzyna Kucewicz, psycholog. – Choć pozwala uchwycić i zatrzymać chwile, dzielić się z innymi wspomnieniami, to ma jeden wielki mankament: jego użytkownicy nakładają filtry na zdjęcia, odchudzają swoje i tak już smukłe ciała, dorabiają na nich mięśnie, których w realu nie mają. Ten retusz wypacza nam estetykę. Chora pogoń za doskonałością może się skończyć brakiem pewności siebie, depresją, chęcią izolacji – dodaje psycholog. żródło: http://www.medonet.pl/


      Instagram.. festiwal próżności, nastawiony na autopromocję.. groźny, bo podstępny. I warto o tym pamiętać nawet jeśli się jest już dorosłym.. zwłaszcza wtedy, gdy się ma dzieci.

Jakie macie odczucia w tej sprawie?
Pamiętacie, ze ten idealny świat ze zdjęć to ułuda i kłamstwo?

Na koniec zapraszam Was na mojego.. nieidealnego, bez spójnego feedu INSTAGRAMA, bo mimo wszystko to fajne medium.. jeszcze, choć zmiany idą w niepokojącym kierunku.





Tego już za dużo narosło!! .. wdrażam program "Kilogramy precz!"

Tego już za dużo narosło!! .. wdrażam program "Kilogramy precz!"



      Miało być dziś o czym innym.. ale perę dni temu weszłam na wagę i moje przerażenie sięgnęło zenitu! Noż kurrr... skąd te kilogramy ja się pytam!? Czułam, że mi przybyło tu i tam, ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadzało. aż do momentu, kiedy chciałam się wcisnąć w zeszłoroczne szorty! Zapięłam się a jakże.. ale co mi się po bokach wylało to moje!  To przelało czarę goryczy! Dieta!!

      Nie znam chyba kobiety, która jest w pełni zadowolona ze swojego wyglądu. Mało tego.. im kobiety lepiej wyglądają, tym więcej mankamentów w sobie widzą. Tu fałdka, tam pryszcz, tu za krótko, tam za długo.. Należę do tej grupy, która ma problemy z nadmiarowymi kilogramami. Może nie jest ich jakoś masakrycznie dużo.. ale mimo wszystko zdecydowanie za dużo. Dlatego cóż... postanowiłam je zrzucić. Wiem, że w moim słusznym już wieku nie będzie łatwo ale co mi tam!

      Jako że u mnie z dietą i ćwiczeniami.. SZCZEGÓLNIE ćwiczeniami, to trzeba ostrożnie, to pomaszerowałam do mojego fizjoterapeuty po wytyczne. Powyginał mnie, pomacał.. wydał zgodę na jazdę na rowerze i lekkie ćwiczenia na mięśnie brzucha z zastrzeżeniem, ze one mają być w parterze. Żadnych gwałtownych wymachów, skoków, trampolin i co tam jeszcze jest teraz modne! Cóż... muszę to przeżyć! Najlepiej byłoby jakbym poszła na wodny aerobik.. ale niestety na mojej wsi tego nie uświadczysz. Choć w sumie zastanawiam się, czy nie zmusić Pana M., żeby jeździł ze mną ze dwa razy w tygodniu.. On sobie popływa, a ja porobię wymachy w basenie. Kwestia do dogadanie co nie? Rozważamy też zakup orbitreka. Może macie jakieś doświadczenia z tym sprzętem? Polecicie jakiś dobry model?

      Poszłam też do dietetyka.. a jakże! Do tej samej pani, u której już kiedyś byłam. Wysłała mnie na badania.. cóż! To dobrze o niej świadczy co nie? W przyszłym tygodniu idę z kompletem wyników i ułoży mi jadłospis! Także ten... żegnajcie świeże bułeczki, żegnaj biały chlebusiu, żegnajcie ciasteczka! .. Ehhh! Nic! Wszystko dla zdrowia!

Trzymajcie kciuki!!!!




     
Metoda Cornella .. czyli jak robić idealne notatki

Metoda Cornella .. czyli jak robić idealne notatki

czyli przejrzyste notatki w zasięgu ręki!


      Znasz ten stan, kiedy czytasz jakiś inspirujący tekst, lub oglądasz webinar, lub słuchasz podcastu (swoją drogą serdecznie polecam to robić) i siłą rzeczy robisz notatki. Jak je robisz? Czy jest to strumień nieuporządkowanych myśli, haseł? Może wypracowałeś sobie swój własny system skrótów. Ja od zawsze chyba.. a właściwie, odkąd poznałam zasady.. posługuję się metodą Cornella. Dla mnie to idealne rozwiązanie. Nie znam nic lepszego.


      Metoda Cornella powstała w latach 50-tych ubiegłego wieku, jej twórcą jest Walter Pauk. Jest niczym innym jak narzędziem do tego, by robić dobre, przejrzyste notatki. Kiedy byłam na studiach (milion lat temu), korzystałam z niej na większości wykładów. A dziś? Dziś robię notatki w czasie webinarów i podcastów. I uwierzcie mi metoda sprawdza się doskonale... pozwala efektywnie zapisać, a następnie wykorzystać to co czytamy, bądź słyszymy od mądrzejszych od nas ludzi.


Trzy podstawowe cele metody Cornella:


1. Wybierz najważniejsze wiadomości

      Nigdy nie widziałam potrzeby robienia rozwlekłych notatek w trakcie wykładów, wolałam słuchać i maksymalnie wyciskać to, co podaje wykładowca/prelegent.  Dlatego zawsze moje notatki składały się z pojedynczych zdań, które w zupełności mi wystarczały. Już w liceum nauczyłam się intuicyjnie wychwytywać rzeczy najważniejsze i krótko je zapisywać, by nie stracić nic z przekazywanej na bieżąco wiedzy. Wykładowca czy nauczyciel nie czekał, aż coś tam sobie pięknie opiszę.

2. Podsumuj każdą z nich kluczowym słowem, bądź hasłem

      Każde zdanie zawsze starałam się opatrzyć słowem kluczem. By później przy powtórkach działać na zasadzie skojarzeń. Żeby konkretne słowo, wyciągało z mojej pamięci zdanie.. i dalej resztę wiadomości.

3. Napisz streszczenie.. dosłownie jedno lub dwa zdania.

      Dla mnie kluczowa sprawa. Każdy wykład, każda prelekcję, każde szkolenie, staram się podsumowywać w kilku zdaniach. Kiedy po jakimś czasie wracam do notatek, zawsze zaczynam od streszczenia i wiem.. czy muszę poczytać więcej, czy streszczenie wystarcza, by przypomnieć sobie określoną wiedzę. 


Typowy szablon do notowania metodą Cornella


      Do notowania metodą Cornella potrzebujecie jedynie kartki i długopisu. Prosty szablon składa się z czterech elementów:
  • nagłówka - gdzie piszemy temat, autora i datę
  • szerokiej prawej kolumny na notatki - gdzie notujemy w trakcie słuchania/czytania
  • węższej lewej kolumny - gdzie notujemy słowa kluczowe już po zakończeniu czytania/słuchania
  • dolnej części - gdzie mamy miejsce na streszczenie

jak wykorzystac w blogowaniu
To przykład mojej częściowej notatki do jednego z postów które przygotowuję


      Proste prawda? Szczerze polecam spróbować. Wiedza dosłownie sama się zapamiętuje. Pamiętam, że na studiach takie efektywne notowanie nieraz ratowało mi skórę. Szczególnie, kiedy wykładowca z prędkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie wiedzę. Dziś takie notowanie pomaga mi głównie przy prowadzeniu bloga. Kiedy coś czytam automatycznie biorę kartkę, dzielę ją na cztery i notuje. Tak mi łatwiej.. 
      W pracy kreatywnej Metoda Cornella sprawdza się gorzej, ale też nie do końca.. ja w takich sytuacjach mieszanych, kiedy wymagane jest jednocześnie i przyswajanie wiedzy i kreatywność.. mam dwie kartki. jedna to szablon, który porządkuje mi całość, a druga, to mapa myśli, gdzie wrzucam wszystkie skojarzenia.


Znacie metodę Cornella?
Może korzystaliście z niej?
W jaki sposób robicie notatki?
A może macie tak ogromne super mózgi, że notowanie jest Wam obce?
Jak zawsze serdecznie zachęcam do dyskusji!




Katarzyna Nosowska A ja żem jej powiedziała .. czytam bo lubię #10

Katarzyna Nosowska A ja żem jej powiedziała .. czytam bo lubię #10

recenzja książki


      Chyba wszyscy znają Katarzynę Nosowską, wszyscy znają choć jedną piosenkę jej autorstwa.. choć mogą sobie nie zdawać z tego sprawy. Ja twórczość Pani Katarzyny bardzo cenię. Ostatnimi czasy najbardziej, jeśli chodzi o Męskie Granie.. ale nie tylko. Cenię ją za dystans, za to, że nie dała się skomercjalizować. Że nie biega po ściankach, nie wyskakuje z każdej lodówki. A teraz pokochałam ją jeszcze bardziej. Za co? Za jej książkę... 


      TA KSIĄŻKA TO PETARDA!

Wydawało się, ze nic już nas nie zaskoczy w internecie. I wtedy pojawiła się ona. Śmieszna gęba, która mówi mądrze o życiu. Prosto, zwięźle, szczerze i bez owijania w bawełnę. Ze zrozumieniem, bez pouczania - ciepło, z doświadczeniem i życiową mądrością.
Mówi o show-biznesie, celebrytach, współpracach, współczesnych snobizmach, fobiach i modach. O druzgocącym wpływie portali społecznościowych na nasze życie, o dylematach partnerstwa, problemach w okiełznaniu nastolatków, o miłości do jedzenia i terrorze rynku reklamowego. O tym, jak kochać i nie kochać. O tym, ze czarny nie wyszczupla, a seks tantryczny nie polega tylko na faszerowaniu, faszerowaniu, faszerowaniu.

Nosowska jest szczerą, dojrzałą i oryginalną obserwatorką rzeczywistości. I ma to, czego brakuje teraz wszystkim - dystans do samej siebie.

Nieoczywiste, głębokie, błyskotliwe, świetnie napisane i bawiące do łez.

Kaśka zabije cię MIŁOŚCIĄ.

recenzja książki


Tyle od wydawcy.. a co myślę ja?


      Wiecie.. rzadko, kiedy zgadzam się z okładkowymi opisami książek. One rzadko kiedy odzwierciedlają zawartość książki. Czytam je zawsze i po ich lekturze moje oczekiwania wobec książki dzielę na trzy. Dzięki temu rzadko kiedy się zawodzę.. znacznie częściej czuję przyjemne rozczarowania. Książka Katarzyny Nosowskiej miała ze mną podwójnie trudno. Dlaczego? Bo znam jej twórczość. Bałam się, ze to może być podobnie jak z Kolekcją nietypowych zdarzeń Toma Hanksa, która okazałam się totalnym niewypałem. Ale wiecie.. mimo wszystko zamówiłam, przyjechała do mnie, zabrałam się do niej natychmiast. Zaległam na hamaku i.. przepadłam na bite dwie godziny...

      Zwykle unikam książek o samorozwoju, o rozwoju. Książek gdzie wszelkiej maści znani i lubiani (lub nie), piszą o tym, jak im było źle. A teraz zrozumieli to i tamto i jest im już dobrze. Jakoś podświadomie wyczuwam w nich fałsz. Mało tego nie jestem wstanie uwierzyć, że ktoś, kto średnio posługuje się językiem polskim w mowie potocznej, jest wstanie sam napisać książkę. A tu? Tu mam Katarzynę Nosowską.. kobietę, matkę, poetkę, wokalistkę. Wiedziałam.. czułam.. ze jej książka to nie będzie byle co! I nie jest. Nie oderwałam się od niej dopóki nie przeczytałam ostatniej strony. Śmiałam się, kiwałam głową i znów się śmiałam. Nosowska o sprawach trudnych pisze lekko, z ironią, momentami ciut sarkastycznie (a może tylko ja to wyczuwam?). No trafia idealnie w moje poczucie humoru, w moją estetykę.

      Czytając książkę miałam wrażenie, że Kaska siedzi mi w głowie. Że przelała moje własne myśli na papier. Myśli na temat świata, ludzi, na temat technologii, nowych mediów. Tego wszystkiego co nas zalewa każdego dnia. Kaśka pisze o trudnym dzieciństwie, trudnych początkach. O kłopotach z samoakceptacją. O problemach z uciekającym czasem i tym, że ludzie nie godzą się na starość. Powiecie banał... no własnie nie. I mówię to ja.. wieczny cynik i malkontent, zwłaszcza jeśli chodzi o tego typu książki. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to serdecznie polecam!!

recenzja książki



"Bywanie w śniadaniówce jest twoim obowiązkiem.Wiedza na temat wszystkiego pojawiła się w twojej głowie naturalnie, kiedy zostałeś gwiazdą. Uświadom to sobie, sobie..."

"Manifestacje? Pikiety? Jeśli naprawianie burdelu na świecie wydaje ci się prostsze, niż zaprowadzenie porządku w głowie i zagrodzie, to współczuję."

"To, ze Edyta Górniak odpowiedział ci kiedyś "cześć", nie oznacza, ze masz koleżankę w Los Angeles."

"Starość jako nieatrakcyjny koniec życiowego cyklu, od jakiegoś czasu jest zakazana. Wkrótce z tych samych powodów wyeliminowane zostaną: jesień, zima i niedziela."

"Nie lękaj się ślubu. Po prostu obiecujecie sobie, że będziecie ze sobą na dobre i na dobre, i że nie opuścicie się aż do pierwszych problemów. A dzieciaki mają być twarde."

"Jeśli dajesz się poderwać w klubie, po browarze, to nie zakładaj, ze chłopak ma za paskiem u spodni gałęzie do wicia z tobą gniazda rodzinnego."

"Ciche dni - to brzmi niewinnie. Podlicz wszystkie, a okaże się, że na dziesięć lat wspólnego życia przemilczeliście trzy..."

recenzja książki



      To tylko kilka cytatów z książki.. tego jest więcej i więcej. One nie są ani jakieś specjalnie wyszukane, nie niosą nie wiadomo jakiej głębi. To celne spostrzeżenia, genialnie opisujące dzisiejszą rzeczywistość. Rzadko kiedy tak piszę ale... książkę Kaśki kupujcie w ciemno! Jeśli nie ufacie mi.. zaufajcie jej! Zaufajcie Kaśce!!


W mojej prywatnej skali: 9/10






PS. jak zarzucicie na siebie wielką czarną płachtę, to wcale nie będziecie wyglądać szczuplej! Czarny NIEWYSZCZUPLA! ;)
Kulturalni ulubieńcy odc. 23 - CZERWIEC 2018

Kulturalni ulubieńcy odc. 23 - CZERWIEC 2018



      No to mamy koniec czerwca.. Jaki był ten miesiąc? Jeśli mam być szczera określę go słowem: trudny. Dlaczego? Ano wszystko szło nie tak jak powinno w pracy. Do tego kłopoty z siecią koszmarnie mnie opóźniały i opóźniają nadal. No niestety NIECH ŻYJE ORANGE! Ale nie o tym chciałam! Chciałam o książkach i muzyce! No to zaczynamy!!!


1. Piosenka miesiąca


      Od czerwca postanowiłam nie rozdzielać muzyki na lżejsza i poważniejszą. Zwyczajnie przestałam czuć taką potrzebę. Nic na siłę prawda? Co zostało piosenką czerwca? Cóż.. w czerwcu w moich uszach królował  KORTEZAle kilka dni temu pojawiło się pewne nagranie.. nagranie, które wymiotło z moich uszu wszystko co było.. Kto pokonał Korteza? Ano Ed Sheeran .. Andre Bocelli i ich wspólny występ na Wembley. To jest muzyka! Muzyka, która dotyka najdalszych zakątków duszy... Posłuchajcie!





      Chciałam Wam też podrzucić jeden z klasyków.. Marek Grechuta.. Korowód. Na ostatnim festiwalu w Opolu Korowód śpiewała jakaś młoda aktorka (nie pamiętam ani imienia ani nazwiska).. cóż, przełączyłam szybciutko kanał.. to grają MISTRZOWIE!!! Zwróćcie uwagę na perkusję i GENIALNY bas... Na flecie gra Marek Bałata.. według mnie najlepszy wokalista jazzowy w Polsce. Miałam okazję śpiewać z nim (on solo oczywiście ja tylko w chórach) w jednym projekcie. Nigdy nie zapomnę jak raz poprowadził rozśpiewkę.. pokładaliśmy się ze śmiechu wszyscy.





2. Książka miesiąca.


      Wiecie.. ma problem. No nie wiem KTÓRA z książek, które przeczytałam w tym miesiącu zasługuje na miano najlepszej. Ale chyba postawię na Trylogię Husycką, którą napisał mistrz Sapkowski.


ŻRÓDŁO *

      Trylogia Husycka, to w sumie nieoficjalna nazwa cyklu trzech powieści: Norrentum, Boży Wojownicy i Lux Perpetua. Trylogia Husycka to taka mieszanka fantastyczno-historyczna, której tłem są wojny husyckie. Głównego bohatera Rejnmana z Bielawy poznajemy, gdy po igraszkach z zamężna kochanką ucieka goniony przez szwagrów niewiernej. Początek ramonsidłowy? Tyle że w to mylące. Dlaczego? Bo Trylogia Husycka to studium konfliktów wewnątrzchrześcijańskich.. całego szaleństwa inkwizycji, z domieszką nadprzyrodzonych sił. Jasne rozwiązanie typu: bohater wpada w tarapaty i cudownym zrządzeniem losu się z nich wydostaje może być irytująca.. ale mi nie przeszkadzała. Trzy książki pochłonęłam w w niecały tydzień.. Sapkowskiego nie da się nie lubić! Dla mnie jest mistrzem, który pisze dowcipnie i tak zajmująco, ze strony uciekają same.

Także ten.. jeśli lubicie książki historyczne, przygodowe i fantastykę.. to tu macie wszystko w jednym! POLECAM!


3. Film/serial miesiąca


      Czerwiec telewizyjnie minął mi pod znakiem Mundialu. Nasi jak grali wiadomo.. szkoda gadać. Ale to nie przeszkodziło mi kibicować innym drużynom.. mojej ukochanej Brazylii i nie mniej lubianej Hiszpanii. Obie awansowały więc mam komu kibicować! A jak dodamy do tego, że po fazie grupowej do domu jadą też obecni (jeszcze) mistrzowie Niemcy.. to się tak lżej na duchu robi! Swoją drogą, to jakaś nowa świecka tradycja bo.. już od kilku mundiali mistrzowie odpadają po fazie grupowej....

Oglądacie?

4. Cytat miesiąca.


       Będzie tak w kontekście tego, co własnie jest przepychane przez Parlament Europejski, tego co przepychane jest teraz (przy okazji mundialu) przez nasz Sejm.. Cytat jest o wolności...




      To by było na tyle, jeśli chodzi o mój czerwiec? Jaki był Wasz? Uciekł gdzieś? Zdarzyło się Wam coś inspirującego?? Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze! I jak zawsze zapraszam na moje media społecznościowe!

INSTAGRAM / GOOGLE + / TWITTER






Moje pieniądze moja sprawa.. z cyklu nie zaglądaj mi do portfela.

Moje pieniądze moja sprawa.. z cyklu nie zaglądaj mi do portfela.

z cyklu ludzkie gadanie


      Może to niepopularny pogląd, może jestem dziwna, ale nienawidzę jak mi ktoś do portfela zagląda i wylicza na co ile wydaję. Nie interesuje mnie i NIGDY nie interesowało, ile kto zarabia. Nie zwracam uwagi co ludzie mają w domach, czy ich samochody są warte kilka tysięcy czy kilkaset. Interesuje mnie człowiek i to co sobą reprezentuje, a nie zawartość jego portfela.

      Zdarzyło Wam się kiedyś, ze ktoś wytykał Wam ze wydajecie za dużo? Albo kupujecie niepotrzebne rzeczy? Obojętnie, czy to będą kosmetyki, ubrania, czy drogie gadżety... Nie mówię tu o takich podśmiechujkach w stylu: "Stara serio potrzebna Ci 20 kiecka w kolorze pudrowego różu?" Tylko o wymówkach w stylu: " nie masz na co pieniędzy wydawać?" lub "takie samo kupię za połowę ceny". Mnie to irytuje lekko. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, kiedy ktoś pyta mnie o opinię! Lub komentuję czyjąś publiczną wypowiedź. Mówię o sytuacjach, kiedy ktoś sam z siebie wytyka mi, że kupuję biały T-shirt za 120 zł, kiedy w sklepie z chińszczyzną "taki sam" jest za 15. Lub kiedy wydaję na Conversy 300 zł.. a "identyczne" trampki u chińczyka są za 30.

Do ludzi nie dociera, że za jakość trzeba zapłacić....


       Sytuacja, która zainspirowała mnie do napisania tego posta zdarzyła się kilka dni temu. Nie ukrywam.. zagotowało się we mnie. Otóż:

      Kupiłam nowe conversy.. moje wymarzone, białe za kostkę! Nie ma co gadać, one SĄ drogie. Tyle tylko, że ja płacąc za nie te 200 zł wiem, ze pochodzę w nich ładnych kilka lat. Moje poprzednie białe conversy wytrzymały 8.. i byłby nadal dobre, gdyby Bell się do nich nie dobrała. Chodziłam w nich, wrzucałam do pralki, prałam, suszyłam i znów chodziłam! Dlatego, kiedy rozważałam zakup nowych trampek, właściwie tylko takie wchodziły w grę. Zamówiłam, zapłaciłam, mam. I tu zaczyna się historia!

"Phii za zwykłe trampki 200zł.. takie same na bazarze za 30zł" .. "Kto to słyszał, tyle wydać na coś takiego".

Brałam poprawkę na to, że osoba, która się czepia ma swoje lata, jest wręcz sknerą i niewiele wie .. o stosunku jakości do ceny. Mało tego mentalnie została w latach 80-tych, kiedy to wszystko było lepsze! ALE ... po trzeciej wymówce nie wytrzymałam!

Na co ona: "no ale tyle na buty"
"Te buty będa ze mną 10 lat to sobie prosze policzyć ile wychodzi"
"To są zwykłe trampki.."
"No tak.. na zwykłe trampki pani mąż wydał w ciągu roku 100 zł.. chodzi w trzeciej parze bo poprzednie w kontakcie z wodą się rozpadały.. "
"Te kosztowały 200"
"W tempie jakie pani wydaje na te tanie za dwa lata będzie 300, a te są na gwarancji i zapewniam, że się nie rozpadną po pierwszym kontakcie z wodą."
"A skąd wiesz..." odpowiedziała mistrzyni w sianiu defetyzmu.... i w tym momencie nie wytrzymałam i odpowiedziałam:
"Przepraszam, ze będę niegrzeczna ale nie widzę innej drogi, bo ta rozmowa do niczego nie prowadzi więc.. sięgnę do żelaznego argumentu: "proszę mi do portfela nie zaglądać, za swoje kupiłam i nic pani do tego"
Te słowa zamknęły usta starszej pani.

      Noż kurr... mówię Wam.. jak grochem o ścianę, i jeszcze łaziła za mną i gderała. Jezusie Nazareński Królu Żydowski jak ja nienawidzę takich ludzi... izolowałabym ich w jakichś skansenach! Nienawidzę, jak ludzie narzekają, gderają dla sportu. Marudzą na wszystko... Nie wiem.. to jakiś fetysz? Takie rozsiewanie złych emocji?
      Tak samo stosunek jakość/cena. Ze trzy lata temu kupiłam biały T-shirt. Typowy basic... Wiedziałam, że jeśli kupię coś z sieciówki, to po trzech praniach ... no po jednym sezonie.. nie będzie się nadawać do noszenia i pójdzie na szmaty. Kupiłam więc koszulkę na jakiejś promce w COSie.. zapłaciłam sporo. TYLE ŻE .. ona jest ze mną już kilka lat i jest jak nowa! Nie powyciągana, nie zżółkła... nie żałuję że dałam dobrze ponad 100 zł. Nie oszczędzam na rzeczach ponadczasowych. Liczy się dla mnie jakość... zwyczajnie nie stać mnie na badziewie bo... nie zarabiam milionów, żeby co roku wymieniać pół szafy. A taka (tu następuje niecenzuralne słowo) .. będzie mi wypominać... wrrrrr


z cyklu: chore fascynacje ludzi


Nie rozumiem, skąd się bierze ta chora fascynacja cudzymi pieniędzmi...


      Nie wiem jak Wy tak macie ale... Mnie nigdy nie interesowało, ile kto zarabia i na co wydaje. Mnie to nie interesuje. Chcesz wydawać na pierdoły? Rób to. Chcesz kupować tony kosmetyków? Nikt, Ci nie broni. Mogę to obśmiać delikatnie, bo tego nie rozumiem... Mogę obśmiać siebie, bo nie znam nazw połowy rzeczy, których używasz. Mogę poradzić coś.. żeby tych pieniędzy wydać mniej (np. ostatnio pisałam, żeby nie wydawać pieniędzy na odżywki do rzęs tylko iść do apteki i kupić olejek rycynowy).
      Czy to jakiś fetysz? Ta chora fascynacja cudzymi pieniędzmi? Jakie macie doswiadczenia z reakcjami ludzi na ilość Waszych pieniędzy? Ostatnio Olfaktoria na swoim instagramie pytała, czy jej subskrybenci wiedzą ile zarabiają ich partnerzy. Opisała sytuację, kiedy to jej były partner nie chciał jej tego powiedzieć, więc przeszukała jego dokumenty... Napisałam, że nie wiem i że mnie nie interesuje ile zarabia Pan M.... zostałam zaatakowana przez inne dziewczyny.. że jak to nie wiem? Że nie ufam swojemu partnerowi. Że nie traktuję go poważnie.. Że po co robić tajemnicę z pieniędzy.. i takie tam... Nie mogły pojąć, ze tu nie chodzi o tajemnicę, tylko brak zainteresowania.. jak zapyta to odpowiem i jestem pewna, ze gdybym ja zapytała tez by mi powiedział.. pytanie tylko po co? Rachunki sa popłacone, jedzenie kupione, mamy wspólny fundusz przeznaczony na ten cel, tak samo wakacje.. więc o co chodzi? Pomijam już skandaliczne moim zdaniem myszkowanie w cudzych papierach... Wolność jednostki i poszanowanie jej prawa i potrzeby do prywatności jest dla mnie fundamentalne.. Może jestem inna?

 Jak to jest u Was?
Jak podchodzicie do kwestii pieniędzy? Nie pytam, czy są ważne, bo są. Bez nich to ewentualnie karton pod mostem. Pytam raczej o to, czy przeliczacie wszystko co widzicie na kasę..
Interesują Was cudze pieniądze?


Na koniec serdecznie Was zapraszam na moje kanały społecznościowe:

INSTAGRAM / GOOGLE + / TWITTER




Milcząca większość... czyli nie samymi komentarzami człowiek żyje.

Milcząca większość... czyli nie samymi komentarzami człowiek żyje.

milczysz? dajesz zezwolenie na działanie


      Milcząca większość... co to jest? A właściwie kim są ludzie, którzy się do niej zaliczają. Jak wykorzystać ich ogromny potencjał? Jak wreszcie zmusić ich, by może się zaangażowali? A może wcale nie trzeba ich zmuszać? Trzeba robić swoje i swoimi działaniami prowokować ich do kontaktu? Milcząca większość.. czyli dzięki Jasonowi Huntowi uświadomiłam sobie, że nie samymi komentarzami blog żyje! A teraz do rzeczy!


      Znacie Ryśka Nixona? Tak był prezydentem Stanów Zjednoczonych.. prezydentem niezbyt lubianym zresztą głównie za wojnę w Wietnamie. Dlaczego o nim piszę? Bo to on użył pojęcia "milczącej większości". Użył go w kontekście wojny i masowych protestów przeciwko niej. Tłumaczył wtedy pokrętnie, że to owa milcząca większość daje mu przyzwolenie na działania wojenne, a krzykliwa opozycja jest tak naprawdę w mniejszości. Pokrętne myślenie polityka prawda? Coś w tym niewątpliwie jest. Dlaczego?

Jeśli milczysz, to dajesz tym samym milczące przyzwolenie na działania innych, nawet jeśli się z nimi nie zgadzasz...


      Jeśli nie idziesz na wybory, dajesz innym prawo do decydowania o swoim losie. Jeśli nie protestujesz, kiedy za ścianą mąż katuje żonę, to tak naprawdę się z nim zgadzasz. Jeśli nie zgadzasz się z działaniem współpracownika, ale o tym nie mówisz, to dajesz mu swoje przyzwolenie na działanie. Czy reagujesz, kiedy widzisz, że ktoś katuje psa/kota? Nie? Zdajesz sobie sprawę, ze milcząco akceptujesz działanie oprawcy prawda? Takie przykłady można mnożyć. Jasne możecie się oburzyć.. że jak to! Ja się nie zgadzam! Ale jeśli się nie zgadzasz, to dlaczego milczysz? Gorzej! Dlaczego nie interesujesz się tym, co się wokół Ciebie dzieje? Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale swoim milczeniem dajesz przyzwolenie na działanie innym. Warto o tym pamiętać.

milczysz? dajesz przyzwolenie na działanie innym

Wbrew pozorom milczącą większość masz też na blogu i w social mediach...


      Popatrz na statystyki. Ilu masz czytelników/odwiedzających? A ile osób zostawia komentarz, baaa.. ilu zostawia po sobie jakikolwiek ślad? 5%? Na instagramie za sukces uważa się, jeśli pod zdjęciem mamy ok 10% reakcji. A cała reszta obserwujących? Albo Twoje treści do nich nie docierają, albo są w milczącej większości, która cię obserwuje/czyta i swoim milczeniem daje przyzwolenie na twoje działania, Twoje myśli, Twoje słowa. Uwierzcie mi, jeśli ktoś się z nami nie zgadza, to albo sobie od nas pójdzie, albo co prędzej.. napisze nam o tym (w mniej lub bardziej kulturalny sposób). Dlatego i o ta milczącą większość trzeba dbać! Trzeba pisać, trzeba być w social mediach (tak wiem, mnie niemal nie ma.. ale obiecuje poprawę) i trzeba być aktywnym. Dlaczego? Bo jeśli swoimi działaniami sprowokujemy do działania choć kilka procent "milczących", to ruszymy do przodu z kopyta!


Mam nadzieję, że napisałam dość jasno. Jeśli macie jakieś pytania to proszę śmiało! Mam nadzieję, ze będziecie od tej pory pamiętać.. jeśli milczycie to się zgadzacie. Obojętnie, czy to będą działania polityka, dziennikarza, sąsiada czy współpracownika. Nic nie mówisz, znaczy akceptujesz. Oni tak myślą...

Jak to jest z Wami? Pamiętacie o czytelnikach, którzy milczą?
Może sami jesteście takimi milczącymi czytelnikami/obserwatorami?
Sama nigdy taka nie byłam, może powiecie mi.. jak to jest być w tej milczącej większości?

Na koniec serdecznie Was zapraszam na moje kanały społecznościowe:

INSTAGRAM / GOOGLE + / TWITTER   




Copyright © 2014 Draqilka.. rozwijajmy się razem , Blogger