Kreatywność.. co ją ogranicza?

Kreatywność.. co ją ogranicza?

   

      Jacek Kłosiński, to jeden z moich guru, jeśli chodzi o kreatywność i kreatywną pracę. Śledzę jego bloga już od dłuższego czasu i czytam wszystko co pisze, starając się wcielać jego rady w życie. Kilka dni temu słuchałam jednego z jego podcastów. To tam usłyszałam o 5 tamach, które nas blokują nasze procesy twórcze. Niby nic odkrywczego ale wiecie.. postanowiłam się podzielić się z wami wiedzą. Już dawno nic o kreatywności nie było więc...


Na początek proste ćwiczenie polecane przez Jacka Kłosińskiego.
Weź kartkę i długopis, i narysuj jabłko. ...

co przeszkadza kreatywności
   


Już? To zaczynamy opowieść o tym, co blokuje naszą kreatywność


1. Uproszczenia myślowe


      Oszczędność poznawcza to mechanizm obronny naszego organizmu. Niejako sami z siebie uczymy się stosować uproszczenia i skróty myślowe, bo zwyczajnie nie jesteśmy zdolni przetwarzać wszystkich informacji, jakie do nas docierają. Natomiast jeśli chodzi o kreatywność zarówno skróty myślowe, jak i zdrowy rozsądek bardzo często są naszymi wrogami. Sprawiają, że myślimy schematycznie. Schematy są bezpieczne i często przydatne, ale jeśli chcesz tworzyć niestety lepiej je odrzucić.
      Jak pokonać oszczędność poznawczą? Jacek podpowiada, żeby analizować, działać. Rozkładać na czynniki pierwsze i składać na nowo ale inaczej. To ze myślenie kreatywne jest impulsywne to frazes. Już kiedyś pisałam, że na pomysły wcale nie wpadamy nagle! To zawsze jest proces.. nawet jeśli nie jesteśmy go świadomi. Dlatego nie należy zakładać, że nurtujące nas problemy rozwiążemy z marszu. Analogicznie jest z blogowaniem.


2. Syndrom wyuczonej bezradności


      Znasz ten stan, kiedy wielokrotnie coś się nie udaje i w końcu się poddajesz? To właśnie syndrom bezradności. Zupełnie obcy dzieciom, a dopadający dorosłych. Wyobrażacie sobie chłopca , który próbuje nauczyć się jeździć na rowerze i poddaje się po 5.. 10 upadku? Ja nie bardzo. Natomiast jestem wstanie wyobrazić sobie mężczyznę który próbuje zrobić to samo i poddaje się za 5 razem, dochodząc do wniosku że i tak się nie nauczy. Ot.. syndrom bezradności.
      Jak pokonać bezradność? Osobiście znam tylko jeden sposób.. trzeba być upartym jak osioł i mieć anielską cierpliwość. Innej drogi nie ma. Twoje pomysły są wciąż odrzucane? Nie poddawaj się, próbuj wciąż od nowa. Analizuj, zmieniaj podejście i przede wszystkim nie poddawaj się.

 
co przeszkadza kreatywności
   

3. Efekt IKEA


      O Efekcie IKEA już na blogu pisałam tutaj ale nie zaszkodzi powtórzyć. W skrócie: jeśli w coś włożymy więcej wysiłku, to bardziej to szanujemy. Jeśli mamy poczucie wpływu na wydarzenia/rzeczy to bardziej się angażujemy. Nie inaczej jest z kreatywnością. Jeśli czujemy się w jakąś sprawę zaangażowani, jeśli nie jest nam kompletnie obojętna to jesteśmy bardziej kreatywni.


4. Efekt zakotwiczenia


      Kolejność informacji jakie dostajemy (lub podajemy sami) ma bardzo duże znaczenie. Udowodniono, że to układa sposób myślenia i postrzegania. Informacje podawane jako pierwsze zakotwiczają się w naszym umyśle tak, ze kolejne odnosimy do tych, które już mamy.
W jaki sposób blokuje to nasza kreatywność? Jeśli  długo pracujemy w jednej branży, poruszamy się w jednym temacie zaczynamy mieć klapki na oczach. Zaczynamy myśleć  jednotorowo. Dlatego tak ważne jest, by urozmaicać sobie życie. By stymulować nasze postrzeganie świata.


5. Klątwa wiedzy.


Ahh.. o klątwie wiedzy też pisałam szerzej TU. Ale pokrótce chodzi o to, że jeśli posiadamy jakąś wiedzę. Jeśli jest ona dla nas oczywista. To łatwo zapominamy o tym, że ktoś inny może nie wiedzieć tego co wiemy my.
Jak z tym walczyć? Najprościej jest spojrzeć na problem z punktu widzenia innej osoby. Spróbuj zabawić się w teatr... tak gra aktorska bardzo pomaga w takich sytuacjach.

 
   

A teraz pora na rozwinięcie ćwiczenia:

Co narysowałeś czytając polecenie? Jabłko? Kilka jabłek? Pewnie tak... A teraz weź poprawkę na wymienione wyżej tamy, które blokują kreatywność. Odrzuć schematy, odrzuć wszystko co wiesz na temat wyglądu jabłka, postaw się w roli dziecka.. co teraz pomyślisz/powiesz/narysujesz ? Sok jabłkowy? szarlotkę? a może symbol popularnej marki sprzętu elektronicznego? Puść wodze fantazji... pozwól rozwinąć skrzydła swojej kreatywności!

Spróbujesz?

W takim razie zostawiam Cię z nowym hasłem!

RUBIN!

Do dzieła mój Drogi czytelniku!!


Jak zawsze przesyłam moc dobrej energii! I bardzo Wam dziękuję za Waszą!!










pees: Nie zapomnij napisać mi swoje skojarzenia! To będzie świetna zabawa! Może zapytasz dziecko co powie?
Czy można czuć jednocześnie strach i podekscytowanie kiedy myśli się o Bożym Narodzeniu?

Czy można czuć jednocześnie strach i podekscytowanie kiedy myśli się o Bożym Narodzeniu?

   

      Znacie to uczucie, że czegoś się boicie i jednocześnie na przekór wszystkiemu na to czekacie? Ja mam tak z tegorocznym Bożym Narodzeniem. Kocham okres przedświąteczny, przygotowanie, krzątaninę, oczekiwanie na Pierwszą Gwiazdkę.. To magiczny rodzinny czas. Jednocześnie w tym roku będzie inaczej, będzie milion razy gorzej bo bez mamy... tego sobie wyobrazić nie mogę. Straszno tak...


      Tak dziwnie mi w tym roku... jednocześnie się cieszę, bo magii Świąt Bożego Narodzenia nie da się nie poddać! Więc czuję to wewnętrzne podekscytowanie. Z drugiej strony świadomość, że to będą święta bez mamy dobija. Nawet jak dekorowałam dom, to towarzyszyły mi słodko-gorzkie emocje. NIby uśmiech na twarzy bo lampeczki.. a z drugiej ...
      Wczoraj zadzwonił tata, jego pierwsze pytanie brzmiało: co ze świętami? Ałć! "Przyjedziemy tato! Nie zostaniesz sam nawet na minutę, tak jak teraz nie zostawiamy Cię samego na jakiś dłuższy czas." Powiem Wam szczerze.. boję się tych Świąt. Boję się tego pustego miejsca.. Bo przecież już nigdy nie będzie tak jak zawsze. Nie ma mamy, nie będzie klimatu. Mogę stawać na głowie.. ale tej ciepłej atmosfery, jaką ona wokół siebie tworzyła nie podrobię... baaa nawet próbować nie będę. Na myśl o przygotowaniach robi mi się smutno. Zawsze robiłyśmy to razem... nawet jak już była słaba w zeszłym roku to pomagała, była obok, podpowiadała... Ehh.. człowiek wszystko zniesie.. ale będzie trudno noo..
      Wiecie.. tak sobie wczoraj po rozmowie z tatą myślałam, czy by go nie zabrać z domu tutaj do mnie. Ale przecież jest jeszcze mój braciszek... musimy coś decydować, bo święta tuż tuż! W sobotę jak zdrowie pozwoli i plecy nie zaprotestują to będziemy ubierać choinkę. Swoją droga masakra z tymi moimi plecami... miało być lepiej.. a na razie poprawy jakiejś specjalnej nie widzę. A od leżenia to mnie już tyłek bolec zaczyna. Poszłabym z Bellą na spacer a tu zonk... jeszcze nie. Cóż.. rehabilitacja może potrwać.. uczę się cierpliwości!
      Jak Wasze przygotowania do Świąt? Posprzątane? Pierniki popieczone? Domu udekorowane? Ja już mam udekorowane niemal.. Tak sobie myślę.. ze odwracam tym uwagę od ... no właśnie. Tyle tu pisałam o mierzeniu sie ze strachem, stawianiu czoła problemom. Choć z drugiej strony.. mój problem jest nie do rozwiązania, mama nie wróci. Muszę to wszystko przeżyć i tyle.. Ehhh smęcę! Ale kiedy nawet Bubel ze swoimi świątecznymi piosenkami nie pomaga to.... Nic dam radę! No i zawsze mogę wtulić nos z mięciutkie psie futerko i sobie popłakać nie? Taki słodko-gorzki ten czas...

Na koniec mam do Was prośbę. Opowiedzcie mi o swoich choinkach? Podążacie za modą? Preferujecie pstrokato i bogato czy jednak stonowanie. Choinki żywe czy sztuczne? jestem bardzo ciekawa! U mnie choinka będzie sztuczna jeszcze nie wiem dokładnie jaka ją udekoruje.. na razie szukam inspiracji!

źródło 


źródło

źródło

źródło

źródło


źródło


Życzę Wam wspaniałego weekendu! Serdeczności przesyłam!






Kortyzol mój wróg .. czyli kilka sposobów na stres!

Kortyzol mój wróg .. czyli kilka sposobów na stres!

   

      Kortyzol czyli hormon stresu. Produkują go nadnercza.. im więcej nerwów tym więcej kortyzolu, a co za tym idzie większy stres. Jakiś czas temu przeczytałam, że że podwyższony poziom kortyzolu to znam rozpoznawczy milenialsów.. cóż coś w tym jest.  Żyjemy w ciągłym biegu, wciąż mamy podwyższona adrenalinę i wielu z nas lubi ten stan. Tylko to niestety wiąże się ze stresem, a powszechnie wiadomo, ze stres to cichutki zabójca. Coraz częściej się mówi, ze to on leży u podstaw większości chorób. Jak z nim walczyć? Każdy ma swoje sposoby... ja też!


1. Obcowanie z naturą


      Może jestem nudna i się powtarzam, ale trudno. Natura wpływa kojąco na nasz organizm. Więc jeśli jesteś mocno zestresowany idź na spacer. Mnie nic tak nie uspokaja jak spacer po polach. Ale i w mieście można znaleźć miejsca, gdzie da się wyciszyć. Latem w Warszawie idealnym miejscem są Bulwary Wiślane z małym zastrzeżeniem.. to musi być w tygodniu i rano. Wtedy nie ma tam żywego ducha. Siada człowiek (po praskiej stronie na piachu, po warszawskiej na ławeczce) i gapi się na Wisłę. Ona sobie płynie, a Ty czujesz, jak się uspokajasz. Majestatyczna, groźna ale uspokaja!

2. Przyjaciele.


      Nic mnie tak nie uspokaja jak spotkanie z moją Andziu! Znamy się milion lat, możemy nie widzieć tygodniami (zwłaszcza teraz, gdy dzieli nas 150 km), ale to nic! Dla chcącego nic trudnego. Jeśli nie osobiście to można gadać przez telefon... godzinami!

  

3. Blogi i blogerzy


      Mnie blogosfera odstresowuje i nieustannie motywuje! To kopalnia pozytywnych emocji i niewyczerpane źródło inspiracji. To też jedno z miejsc, gdzie można "uciec" od złych emocji. Dać nurka między kolejne blogi i się wyciszyć.


4. Dobre wspomnienia


      Nazywam to celebracją sukcesów. Kiedy mam pod górkę. Kiedy szef wisi mi nad głową a klient po raz kolejny odrzuca wydawałoby się dopięty projekt, a ja czuję, ze ciśnienie mi się podnosi... Wyłączam się! Przywołuję do siebie sukcesy z przeszłości i rozkoszuję się nimi przez chwilę! To taki mechanizm obronny. Działa.. choć trzeba go w sobie zbudować.

5. Ruch


      Ćwiczenia to endorfiny... te z kolei to zabójcy kortyzolu. Wniosek? Jesteś zestresowana? Zmęcz się! Wytwórz armię endorfin i pokonaj nimi podstępnego wroga! Działa! U mnie najlepiej sprawdzają się interwały.. one dodatkowo wyłączają mój mózg, śmiejcie się, ale ja ćwiczenia powtarzam mechanicznie i za wiele przy nich nie myślę. Niby się przy tym męczę, ale odpoczywam!

   

6. Zacznij oszczędzać!


      Banał! Ale czasem warto o rzeczach banalnych mówić. Powszechnie wiadomo, że największym źródłem stresu potrafi być brak stabilności finansowej. Cóż.. jest na to jedna rada. Trzeba mieć tą poduszkę finansową. To poza ekstremalnymi przypadkami możliwe. Da się odłożyć te kilkadziesiąt złotych miesięcznie bez szkody dla stopy życiowej. Po kilku latach uzbiera się z tego mała sumka, która da poczucie, ze w razie W nie jest tak źle. Tu się kłania zasada nie ilość a jakość. Bo jeśli ktoś ma mało pieniędzy, to nie powinno go być stać na śmieci, które za chwilę trzeba będzie wyrzucić i kupić nowe.

7. Nie "zestresowana", a "podekscytowana"


      To takie troszkę działanie podprogowe i oszukiwanie mózgu. Ale u mnie to działa zwłaszcza w sytuacjach publicznych wystąpień. Zamiast mówić "ależ jestem zestresowana", powtarzam sobie "ależ to ekscytujące", "ależ jestem podekscytowana". Na początku mój mózg protestował, ale z czasem się poddał i daje oszukiwać. A co za tym idzie nie wysyła już sygnałów o stresie (w każdym razie nie tak mocno jak wcześniej).

8. Mów wolno, myśl szybko


      To naczelna zasada wszelkich rozmów, zwłaszcza tych służbowych. Wysłuchaj co rozmówca ma do powiedzenia przez kilkadziesiąt sekund, delikatnie przerwij. Upewnij się, że dobrze zrozumiałeś i potem odpowiedz. Takie postępowanie pozwala uniknąć nieporozumień, to z kolei powoduje spadek adrenaliny. A dalej to wiadomo.. mniejszy stres.

    

9. Muzyka


      To tak dla formalności. Muzyka łagodzi obyczaje prawda? Dlatego sięgaj po nią kiedy tylko możesz, ona ukoi nerwy, wyciszy i spowoduje, ze się uśmiechniesz. Na mnie dźwięki tak działają. A jak jest u Ciebie?

10. ... 


      ... a to miejsce na Twój sposób na stres, podziel się nim ze mną proszę!



      To kilka moich sposobów na walkę ze stresem. Większość pewnie dobrze znacie, może chcielibyście coś dodać? Może o czymś pisząc ten post zapomniałam? Śmiało! Zapraszam do dyskusji!


Przesyłam Wam moc dobrej energii rodem z malowniczej mazowieckiej wsi!





Do jasnej cholery ludzie! Jak można chandrę utożsamiać z depresją?

Do jasnej cholery ludzie! Jak można chandrę utożsamiać z depresją?

   

      Dziś znów będzie emocjonalnie! I to do bólu.. Wczoraj odwiedziła mnie koleżanka. Cóż.. ja się wybrać do niej nie mogłam więc.. I wiecie.. chyba pierwszy raz w życiu żałuję, że miałam gościa. Cóż.. pokłóciłyśmy się. O co? O jej rzekomą depresję! W sumie głupstwo dla wielu.. ale mnie nie. Miałam do czynienia z tą straszną chorobą i widziałam jak zabija! I tak.. jestem na jej punkcie przeczulona bardzo. O co poszło?


     Lubię Gośkę! Naprawdę ją bardzo lubię, ale czasem mnie ponosi. Jak przyjmuje postawę umęczonej męczenniczki i zachowuje się, jakby dźwigała na swoich barkach losy całego świata, to mam ochotę ją trzasnąć. SERIO! Mam alergię na męczenniczki, na kobiety, które robią z siebie ofiary losu. SZCZEGÓLNIE jeśli nie mają powodów. Kiedy ta postawa powodowana jest jedynie potrzebą bycia w centrum uwagi. No ponosi mnie wtedy.. cóż z cierpliwości dla głupoty znana niestety nie jestem .. no nie jestem! Co się stało? Otóż!

   


     Odkąd wyprowadziłam się na wieś mam mniejszy kontakt z ludźmi. Może nie tyle mieszkam na odludziu, co jakoś tu nie ma mody na odwiedzanie się nawzajem! Pracuję nad tym.. ale to długi proces! Dlatego tez cieszyłam się z odwiedzin koleżanki! Pomyślałam sobie.. wypijemy winko, zjemy coś dobrego spędzimy miło czas. Tiaaaaa... Już na wejściu zauważyłam, że Gośka jest w jednym z tych swoich nastrojów...

- Gocha - ściskam ją serdecznie i śmiejąc się mówię - Od Twojej miny skwaśniałoby świeżo wydojone mleko!
- A daj spokój!
- Co się stało? 
- Musze się napić i Ci opowiem!
- Coś nie tak z Grześkiem?
- Wszystko! Ten kretyn wpędził mnie w depresję!
- depresję? - zapaliła mi się żółta lampka
- No tak! Jest taka beznadziejna pogoda! Nic mi się nie chce, w pracy mamy młyn, jak to przed świętami, szef się czepia i jeszcze ten kretyn!
- No dobrze, ale co on takiego zrobił? I dlaczego od razu depresja?
- Nie chce jechać do SPA na weekend!
- aha... a ta depresja? Bo wiesz, to brzmi poważnie!
- No mam depresję!
- Masz depresję, bo Cię Grzesiek do SPA nie chce zabrać? - ciśnienie mi się już podniosło
- No tak!
- Gośka... depresja to choroba psychiczna, śmiertelna choroba psychiczna.
- Oj tam wiesz o co mi chodzi!
- Wiem, ale do szału mnie doprowadza, jak ktoś sobie lekko traktuje tą chorobę.
- Oj tam semantyka! Napijmy się!

      Tak wyglądała nasza rozmowa na dzień dobry. Odpuściłam, bo nie chciałam się kłócić na dzień dobry. Temat wrócił, jak Gośka wypiła kilka drineczków. Wtedy włączył jej się tryb męczennicy... to wtedy pokłóciłyśmy się na dobre. Epitetów jakimi zostałam obrzucona nie będę przytaczać. W skrócie jestem nieczułą, pozbawioną empatii zimną suką. Bo odmówiłam jej prawa do narzekania i przypisywania sobie wyimaginowanej choroby.

   


      Zapytacie dlaczego tak zareagowałam? Cóż.. widziałam na własne oczy co depresja potrafi zrobić z człowiekiem. Moja daleka kuzynka chorowała na depresję.. widziałam jak gasła. Nie pomagało nic. Leki, sesje terapeutyczne, miłość rodziców.. nic! Agnieszka najpierw przestała chodzić do pracy. Później nie wstawała już z łózka całymi dniami, przestała jeść w końcu przedawkowała leki. W tych lepszych momentach opowiadała o demonach, które siedzą w jej głowie. O braku nadziei na poprawę. O ogromnych wyrzutach sumienia i poczuciu winy względem rodziców. Wiedziała, że krzywdzi najbliższych i jednocześnie nie była wstanie zmobilizować się, by cokolwiek zmienić. Miała 28 lat.... z chorobą walczyła 7.
      To Aga jest powodem, że nerwowo reaguję na nazywanie zwykłych spadków nastroju depresją. Kiedy coś takiego czytam, lub ktoś coś takiego mówi, mam ochotę krzyczeć i gryźć! W takich momentach moja osławiona dyplomacja gdzieś ucieka, a we mnie budzi się agresja! I gdzieś mam, że ludzie stosują te dwa wyrażenia zamiennie, że to tylko chaos semantyczny. Właśnie ten chaos semantyczny trzeba zwalczać. Czy ludzie na określenie problemów z wypróżnianiem stosują zamiennie zaparcie i raka jelita grubego? Czy mieszają ze sobą pojęcia przeziębienia i ciężkim zapalenia płuc? Nie. To dlaczego w przypadku depresji są tak lekkomyślni? Kompletnie tego nie rozumiem. Napisze jeszcze raz: Depresja to ciężka psychiczna choroba, która zabija! Chandra to okresowy spadek nastroju, na który zwykle pomagają umilacze! Przykro mi to mówić.. ale zakupy, wizyta w spa czy nawet czekolada nie pomogą! Ehhh mam ochotę kogoś pobić! Chyba pójdę na długi spacer w pola.. bo się nie uspokoję.

      Pisze ten post na gorąco, w emocjach więc wybaczcie mi rozedrgany język i może nieskładne zdania.. ale musiałam do Was napisać. Ehh.. blogowanie to znakomity sposób na upuszczenie pary..

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę mega udanego weekendu!





Kulturalni ulubieńcy ODC. 17 - Listopad 2017

Kulturalni ulubieńcy ODC. 17 - Listopad 2017

   

      Listopad. Przez ogół społeczeństwa najmniej lubiany miesiąc. Długie wieczory, słoneczne dni można policzyć na palcach rąk, zimno, wietrznie i deszczowo. Cóż.. nie mam zamiary z tym poglądem dyskutować. Ale ja na przekór wszystkiemu w tym roku listopad przebrnęłam bezproblemowo niemal. Żadnej chandry nie zanotowałam, zdrowie dopisuje. Bella rośnie jak na drożdżach.. Na cóż tu narzekać? Jeszcze dziś świeci piękne słoneczko! Dlatego zapraszam Was na optymistycznych listopadowych ulubieńców!

1. Piosenka miesiąca lekko


     Nie przepadam za twórczością Miley Cyrus.. ale jestem wręcz psychofanką Pentatonix. Dlatego, kiedy przypadkiem wpadłam na to wykonanie szlagieru Dolly Parton przepadłam! NO podoba mi się no! Słuchałam tego w listopadzie miliard razy chyba i nadal mi nie przechodzi. Ehhh.. potęga śpiewu a capella!



2. Piosenka miesiąca poważniej


      Kocham Michaela Buble. To chyba mój ukochany współczesny wokalista.. jego głos to balsam na moją czasem udręczoną duszę. W listopadzie królował niepodzielnie.. jest wręcz idealny na jesienne wieczory. No idealny! To co na robi ze mną jak go słucham... szkoda gadać! Lepiej słuchać!




pees. jak znam życie grudzień też będzie należał do Bubla.. wszak pora będzie najwyższa na świąteczne piosenki. ;)


3. Książka miesiąca

     Mało czytałam.. oj mało.. Ale problemu z wybraniem książki nie miałam (wielkiego wyboru nie było ;) ) Zdecydowanie postawię na Boga w wielkim mieście Katarzyny Olubińskiej. Kilka dni temu napisałam recenzję tej książki, tych, którzy jeszcze nie czytali zapraszam tu: KLIK. Książkę polecam serdecznie każdemu, kto ma otwarte serce i głowę.

   


4. Serial miesiąca

      Nie ma i nie będzie! Powód jest prosty, kompletnie nic nowego nie obejrzałam! Zachęcona entuzjastycznymi opiniami na temat sezonu drugiego Watahy, zaczęłam oglądać pierwszy sezon i wiecie co? Jeszcze nie wiem co o tym serialu myśleć. Więc niestety pozostawię Was w zawieszeniu.. za to mogę zdradzić, co się znajdzie w tej rubryce za miesiąc... albo wiecie co? Nic nie będę pisać.. wszak już napisałam... :D


5. Film miesiąca

No jasne że Thor!


      "Thor zostaje uwięziony po drugiej stronie wszechświata. Osłabiony i pozbawiony młota musi znaleźć sposób, by powrócić do Asgardu i stawić czoła bezwzględnej i wszechpotężnej Heli oraz powstrzymać Ragnarok – "zmierzch bogów", zagładę świata i całej asgardzkiej cywilizacji. Przedtem jednak musi stanąć do gladiatorskiego pojedynku na śmierć i życie z byłym sprzymierzeńcem i członkiem drużyny Avengers — niesamowitym Hulkiem!" - tyle od dystrybutora kinowego co myślę ja?

      Zacznę od tego, ze uwielbiam produkcje rodem ze świata Marvela. Chyba wszystkie widziałam w kinie. Dlatego i tym razem nie mogło być inaczej! Pomaszerowaliśmy z Panem M. grzecznie do kina, oczekując dużej dawki efektów specjalnych i w miarę dobrej gry aktorskiej. Co do efektów to się nie zawiodłam ale.. paradoksalnie, najlepiej bawiłam się, kiedy bohaterowie siedzieli na tyłkach i gadali! To nie były jakieś wybitne rozmowy filozoficzne! O nie! Nie tego możemy się spodziewać po mięśniaku jakim jest Thor, po Brusie Bannerze i jego alter ego zielonym Hulku, mającej problem z alkoholem Walkirii, to raczej zabawne sytuacyjne wymiany zdań, które nie ukrywam, nie każdemu przypadną do gustu. Mi się podobały.. znakomicie odmóżdżają. Thor Ragnarok to fajne, rozrywkowe kino. A Chris Hemsworth.. mmmmm cud, miód i orzeszki. ;)

w mojej prywatnej skali 7,5/10

6. Cytat miesiąca

      Z cytatem było w tym miesiącu ciekawie! Jakiś czas temu wygrałam konkurs u Sylwii konkurs, w którym nagroda był Słoik Pozytywnych Cytatów zrobiony przez nią własnoręcznie. Piękny upominek. Jeszcze raz dziękuję Kochana! Sięgam do niego może nie codziennie, ale wtedy, kiedy potrzebuję odrobiny pozytywnej motywacji. I tak się złożyło, że na początku listopada sięgnęłam do tej skarbnicy motywacji i wyciągnęłam pewną myśl.. potem wrzuciłam ją z powrotem do słoika i potrząsnęłam. Kilka dni później znów potrzebowałam odrobiny pozytywnych myśli, potrząsnęłam i wyciągnęłam to samo! Zbieg okoliczności? Nie wierze w takie zbiegi okoliczności!

   



      Taki był mój kulturalny listopad. Optymistyczny i radosny, choć nieco melancholijny. Nieco mniej przeczytałam, więcej czasu spędziłam na rozmyślaniach.. ale to nic! Tak trzeba. Ehhh mam wspaniałe życie! AWy moi drodzy? Przeczytaliście coś ciekawego? Może możecie polecić mi jakiś fajny serial? Albo film? Ja się jaram nadchodząca premierą kolejnego sezonu Wikingów! Można już dni odliczać!

Serdeczności przesyłam!!





Katarzyna Olubińska "Bóg w wielkim mieście" .. czytam bo lubię #2

Katarzyna Olubińska "Bóg w wielkim mieście" .. czytam bo lubię #2

   

      Pora na kolejny post z serii "czytam bo lubię". Dziś coś zupełnie odmiennego od Dana Browna. Dziś będzie o książce Bóg w wielkim mieście. Nie wiem czy wiecie, ale swego czasu było o niej dość głośno. Mój Pan M. śmiejąc się zapytał: to ta książka o nawróconych celebrytach? No cóż.. i tak i nie. Więc jeśli jesteście zainteresowani co o niej myślę i jak mi się czytało to serdecznie zapraszam!



Kogo spotkamy w Wielkim mieście?

Była jedną z wielu młodych ambitnych dziewczyn, które zjeżdżają z całej Polski do Warszawy, alby spełnić swoje marzenia. Konsekwentnie realizowała plan na idealne życie. Praca kilkanaście godzin na dobę, perfekcja w każdym calu, błyskotki wielkiego miasta. Tylko dlaczego to wszystko nie dawało jej szczęścia? W końcu wycieńczona pustką swojego życia zawołała: "Ratuj!". On zareagował od razu, jakby tylko czekał na ten krzyk. Przyszedł w łagodnym powiewie.

On - Bóg, który odpowiada na nasze wołania..
Ona - Katarzyna Olubińska,

dziennikarka programu Dzień Dobry TVN, autorka bloga "Bóg w wielkim mieście. Opowiada o swojej drodze do Boga, pięknie małych gestów, celebracji życia. Rozmawia z gwiazdami pierwszego formatu o sprawach, wobec których wszyscy jesteśmy równi: o miłości, przyjaźni, strachu, cierpieniu, śmierci, rodzinie, karierze, marzeniach, szczęściu. Co się zmienia, gdy najważniejsze wydarzenia życia przeżywa się razem z Bogiem?

    

Tyle od wydawcy... a co o książce opowiem ja?


      Bóg.. wiara.. chrześcijaństwo. Tematy w dzisiejszych czasach niepopularne. Według stereotypów Polak Katolik to antysemita, rasista, nietolerancyjny szowinista... ogólnie ciemna masa rodem z Podlasia, co to nigdzie nie była i nic nie widziała. Tak katolików lubią przedstawiać wszelkiej maści postępowe (z nazwy tolerancyjne) środowiska rozciągając wybryki jednostek na ogół. Tak jest i nie ma co z tym dyskutować! Ale miało być o książce!

      "Bóg w wielkim mieście" to książka, która opowiada historie ludzi, którzy Boga szukali i znaleźli.. bądź szukają go nadal.. Na pierwszym miejscu sama autorka, ale znajdziemy tu też świadectwa osób ze świata szołbizu. Krystian Wieczorek, Sebastian Fabijański, Iza Miko, Marika czy wreszcie Marcin Gotard. Nazwiska znane.. nazwiska nośne. Za każdym nazwiskiem stoi osoba i jej historia o tym, jak Bóg działa w jej życiu. Bardzo często pojawia się też mój ulubiony warszawski kościół Dominikanów na Służewcu (powiem krótko: Dominikanie wymiatają), oraz ojciec Adam Szustak.. znacie go?

   

      Samą książkę czyta się bardzo szybko! Autorka swoją historię opowiada tak, iż mamy wrażenie, że siedzimy z nią w przytulnej herbaciarni (kawiarni) i zwyczajnie sobie gadamy.. Tak samo prowadzone są wywiady z gwiazdami.  Nie znajdziecie tu nadęcia, nie znajdziecie złych emocji, złości. Znajdziecie za to piękno wiary. Wiary pozbawionej politycznego nalotu, wiary pełnej piękna i miłości choć nie zawsze łatwej. Wiecie.. rzadko zdarza mi się czytać książkę z notesem i długopisem lezącymi obok. W tym przypadku, co chwilę odrywałam się od lektury by coś zapisać (znam takich co piszą i marzą po książkach, dla mnie to świętokradztwo). Tu pisałam dość często:


"Możesz mieć wady, być lękliwy i czasem podirytowany, ale nie zapominaj, że twoje życie jest najważniejszym przedsiębiorstwem. Tylko ty możesz zapobiec jego fiasku"


"Ktoś mi kiedyś powiedział, że Pismo Święte to najlepsze miejsce na schowanie pieniędzy przed złodziejem, bo nikt tam nigdy nie zagląda"


"Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga,
ale pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie."

   

Podsumowując

      "Bóg w wielkim mieście" to książka, która poruszy każdego, kto podejdzie do niej bez uprzedzeń. Kto sięgając po nią, nie będzie myślał: "ciekawe jaki katolicki zabobon tu wciskają". Mnie poruszyło w niej przede wszystkim piękno wiary, walka o zaufanie Bogu i ogromna odwaga by mówić! Warto po nią sięgnąć chociażby po to, by zobaczyć chrześcijaństwo takim, jakim ono jest (powinno być?) .. a nie takim, jakim przedstawiają je media i wszelkiej maści antyklerykałowie. Czy polecam? Tak. Tylko zanim zacznie się czytać, najpierw warto zadbać o otwartą głowę.


W mojej prywatnej skali: 7,5/10


Jak zawsze zapraszam do dyskusji!
Serdeczności!!





Kiedy boli dusza...

Kiedy boli dusza...

    


      Cześć witajcie!!

      Postanowiłam pociągnąć temat jesieni w kolejnym poście. Dlaczego? Zaobserwowałam u kilku moich ulubionych blogerek symptomy jesiennej melancholii. Totalnego spadku formy i kreatywności. Smuci mnie to noo... Jasne, że każdy może/musi? miewać spadki formy! To nienormalne być cały czas na full.. Ale warto pomóc sobie (i otoczeniu) i zwyczajnie nie dać się! Mam na takie spadki nastrojów kilka swoich patentów! Kiedy boli dusza i nic się nie chce wtedy...

Słuchajcie mojej Pańci ja Wam dobrze radzę, bo jak nie...

Wyjdź z domu!


Zwyczajnie po prostu! Załóż ciepłe buty, czapkę, szalik i kurtkę! Jeśli masz psa, weź go ze sobą, kto jak kto, ale pies się ucieszy z każdego spaceru! Nie masz psa.. zadzwoń do koleżanki, idźcie na pyszna kawę do Green Nero (herbatę tez mają tam dobrą) i nie zapomnijcie zamówić ciacha! Z doświadczenia wiem, że najgorsze co można zrobić, kiedy spada nastrój, to wpełznąć pod koc i zacząć się nad sobą użalać! Wtedy niestety, ale zaczynamy sami siebie nakręcać! Lepiej wyjść! Iść przed siebie, nie myśleć, nie analizować.. iść! Nie lubisz chodzić? Idź do kina i rozsiądź się w fotelu! To nie prawda, że nie można samemu! Ja tam często chodziłam sama.. gwizdałam na to, że sobie coś tam ktoś o mnie pomyśli. Phii .. warto pamiętać jedno: "jeśli wydaje Ci się, że ludzie o Tobie gadają, to masz rację. WYDAJE CI SIĘ!"

To jak wyjdziesz z domu?


tulimy.. tulimy

Jak już wrócisz z tego spaceru/kina/spotkania z koleżanką, to zafunduj sobie domowe SPA!


      Okej.. może nie jestem największym autorytetem w dziedzinie kosmetologii stosowanej. Nie znam połowy kosmetyków, które można nałożyć na twarz i ciało. Ale akurat TO można sprawdzić prawda? Osobiście polecam: AgnieszkęMonikęMarikę, Tatianę i Aneczkę! Każda z nich jest wyjątkowa, każda ma wiele do powiedzenia na tematy kosmetyczna. Marika dodatkowo wytwarza swoje własne cuda! Na blogach tych wspaniałych kobiet spokojnie znajdziecie wszystko co tam trzeba. te wszystkie maseczki, peelingi, toniki, kremy, balsamy.. coś pominęłam?
      Wracając.. jak już wrócisz do domku, to zadbaj o siebie. Porozpieszczaj się! Do licha ciężkiego o siebie tez trzeba dbać. Nie lubimy tu męczenników i cierpiętników! Zdrowy egoizm jest bardzo pożądaną cechą, która bardzo ułatwia życie. O asertywności można pisać elaboraty.. w sumie może i ja tu napiszę? Kiedyś pisałam pracę zaliczeniowa z psychologii: "asertywność na rynku pracy" .. chyba gdzieś to jeszcze mam!

To jak? Spróbujesz poprawić sobie nastrój kosmetycznymi umilaczami?


moja piłeczka ... moja!

Książki!


      Jak już będziesz wypielęgnowana, mięciutka, gładka i pachnąca (i o ile w tym momencie nie dopadnie Cię mąż/narzeczony/partner/chłopak ciągnąc wiadomo gdzie i w wiadomym celu) to polecam Ci nalać do kieliszka odrobinę ulubionego wina. Potem rozłóż się wygodnie na kanapie lub łóżku, przykryj ciepłym kocem lub kołderką i otwórz książkę! Wiem, ze jestem nudna i przewidywalna do bólu, ale kurde... Książki zawsze były ucieczka od szarości dnia, od nudnej codzienności.
      Książki to szkoła dla wyobraźni. Książki to oderwanie myśli od wszystkiego co nas przytłacza. Wreszcie książki to znakomity wstęp przed snem.. wyciszają, koją umysł i przygotowują organizm do odpoczynku! Pomijam już, że czytanie książek bardzo wzbogaca słownictwo i eliminuje problemy z wysławianiem się.

To jak? Poczytasz coś? Ja właśnie kończę "Boga w wielkim mieście".. recenzja będzie w piątek!


A rano, jak  już wstaniesz wypoczęta to polecam Ci poćwiczyć!


      Nie od dziś wiadomo, że ruch to zdrowie! Ale nie tylko! Ruch to też endorfiny! Możecie się śmiać, ale tak jest. Zawsze jak sobie poćwiczę (może niekoniecznie akurat teraz), to jestem szczęśliwa! Niby zmęczona (Chodakowska łatwych programów nie ma.. nawet te leżące są wymagające), a jednak mam wrażenie, że mogę przenosić góry! To pomaga mi ogarniać problemy bieżące. Nie straszni mi czepliwi klienci i uciążliwe problemy z laptopem (Właśnie pisałam Wam? nie dość, że niemal się nie ruszam, to jeszcze laptop wyzionął ducha! Ehhh życie!).
      Żeby nie było.. ćwiczyć można też PO pracy/wykładach/szkole! Monotonne, mechaniczne powtarzanie tych samych ruchów znakomicie odpręża umysł.


ten kot tam siedzi! mówię Wam!

      Dusza czasem boli, czasem nie wiadomo właściwie skąd chandra. Ale jak napisałam, są pewne uniwersalne sposoby by się nie dać! Może nie zadziałają przy ciężkim kalibrze.. ale na okresowe spadki formy z pewnością podziałają. Byle tylko próbować.. bo jeśli już na starcie się poddajemy to wiadomo... I nie waż mi się pisać, że się nie da, że nie masz czasu! To chyba powiedziała Ola Budzyńska: "Nie mów, że się nie da.. lepiej powiedz od razu, ze Ci się nie chce".
To tyle ode mnie!

Jak zawsze zachęcam do dyskusji! Może zdradzicie mi swoje sposoby na walkę z jesienną chandrą. Macie takie?
Wspaniałego tygodnia życzę!!







Na samiuśki koniec ogłoszenia parafialne:

Dla tych co tęsknią za pandami! Spokojnie one są i nigdzie się nie wyniosły. Zwyczajnie mam sporo fajnych, bardzo dobrych jakościowo zdjęć Bellsona i one mi jakoś tak pasują!


Dlaczego kocham jesień? To proste!

Dlaczego kocham jesień? To proste!

   
Cześć witajcie!


      Właśnie wróciłam ze spaceru z Bellą. Mamy taką swoją pięciokilometrową rundkę. Musimy przejść kawałek ulicą (niezbyt ruchliwą jak to na wsi) i otwierają się przed nami pola! Wtedy przepinam moją futrzastą przyjaciółkę na dziesięciometrowa linkę i ruszamy! Ona truchtem biega po z pola na pole, a ja powolutku w emeryckim tempie idę sobie drogą kontemplując przyrodę. A to Bella wypłoszy bażanta, a to stadko kuropatw. Czasem sarny przebiegną drogę wiecie jak to na wsi! Ale wracając! Tak wróciłam ze spaceru i uderzyła mnie jedna myśl! Ja kocham jesień! Jesień jest melancholijna.. jesień jest zmienna .. jesień jest jak kobieta!
      Zapraszam do czytania. Wyjątkowo jak na mnie będzie sporo zdjęć, większość autorstwa mojego braciszka i jego żony!!


      Na dobry początek kilka jesiennych migawek przedstawiających dwójkę futrzastych futrzaków, których łączy szorstka przyjaźń.. czyli Rudy zaczepia, a Bella do pewnego momentu go ignoruje, a potem wiadomo pogoń...

mój futrzasty przyjaciel!
Jego Eminencja Rudy 102
Rudy zwiał na drzewo a Bella...
hop .. hop .. hop
      A wracając do jesieni!

      Powiecie wariatka! Lubi jak pada! No lubię! Jesień to dla mnie czas melancholii, czas zadumy. Wreszcie czas kiedy mam więcej czasu dla rodziny. Dlatego zachęcam Was do przeczytania moich powodów dlaczego warto jesień polubić i spróbować dać jej szansę! Nie tylko wtedy, kiedy jest ładnie i kolorowe liście zdobią drzewa. Spróbujecie?

Po pierwsze: MGŁY!


kocham mgły!

      Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, nowi niekoniecznie, więc napiszę. Kocham fantastykę! Książki o tej tematyce pochłaniam jedną za drugą, filmy już mniej, ale mam kilka swoich ulubionych (kto nie zna ekranizacji Władcy Pierścieni, czy Niekończącej się opowieści.. no kto?). Może dlatego kocham mgły? Mgły są tajemnicze, niepokojące, mgły pobudzają wyobraźnię! A już mojej momentami rozbuchanej wyobraźni sprzyjają zdecydowanie! Czasem aż za bardzo!
      Jak można nie kochać mgieł?

Po drugie: spacery!

Moje dwa Skarby!

      Powiecie ma psa to musi chodzić! No w teorii nie muszę! Bella ma duże podwórko i las do dyspozycji, plus tego kolegów ze wszystkich stron, z którymi za chwilę będą się odwiedzać, żeby się pobawić. Jasne piesek powinien być wyprowadzany poza swój teren, ale nie muszę robić tego codziennie. Tymczasem czy deszcz czy plucha wskakuje w buty i idziemy!
      Powiecie... mieszka na wsi to łazi! Otóż nie! Jak mieszkałam jeszcze w mieście też spacerowałam, z tym że wybierałam raczej wieczory, dziś maszeruję w dzień. Spacery mnie uspokajają. Spacery sprzyjają wyciszeniu, otwierają na otaczający świat. Człowiek ma czas pomyśleć.. albo wręcz przeciwnie NIE MYŚLEĆ! Nogi niosą same, a mózg odpoczywa. Zachęcam by odrzucić uprzedzenia. Przestać się martwić o przeziębienie (spacery uodparniają! trzeba tylko mieć dobre buty!) i iść!

kontemplując... 

Po trzecie: długie wieczory z książką!

Bóg w wielkim mieście... na razie czyta mi się miło..


      Wyobraźcie sobie: Wygodna kanapa (lub fotel jak kto woli), ciepły milusi kocyk. na stoliku kubek pysznej aromatycznej herbaty (lub np. soku malinowego), a w ręku książka! No bajka! Za oknem cicho szumi wiatr, może nawet pada deszcz, ale to nie istotne! Nam jest ciepło i możemy bez przeszkód zanurzyć się w świat książek.
      Powiedzcie, istnieje coś przyjemniejszego? Do dopełnienia obrazu możecie sobie dodać świece/lampki, ukochana osobę, która tak jak Wy czyta. Dla mnie jesień to najlepszy czas na nadrabianie zaległości lekturowych. To o niebo lepsze, niż bezrozumne wgapianie się w ogłupiający telewizor.

część zbioru..część przeczytana.. część czeka na swoja kolej...

Po czwarte: Światełka!

      Wiecie dobrze, ze jestem inna i świec palić nie mogę. No już tak mam, że mnie szybko boli głowa. Jeszcze te bezzapachowe sojowe ujdą.. ale o wszelkich zapachach mogę zapomnieć. Musiałam sobie więc znaleźć alternatywę! No i mam! Jak tylko robi się ciemniej, to rozciągam wszelkiej maści światełka i cotton-ballsy. Zapalam moje ledowe cudeńka! Świece ledowe tez mam.. prawie jak tradycyjne wyglądają... prawie.

to tak poglądowo.. oczywiście nie wszystko!


Po piąte wreszcie: przecież zbliżają się Święta Bożego Narodzenia!

      Żeby była jasność. Nie jestem zwolennikiem stawiania choinki w okolicach 1 listopada i wkurzają mnie wszelkie dekoracje pojawiające się w sklepach. Znacie mnie już na tyle i wiecie, że nienawidzę wręcz nachalnego marketingu i komercjalizacji wszelakiej. ALE! Od kiedy byłam mała to tak mniej więcej od połowy listopada niecierpliwie wyczekiwałam Wigilii. Może to kwestia bytności w chórach, w których kolędy śpiewa się od października.. może czegoś innego. ALE! Lubię święta.. uwielbiam ten czas, kiedy rodzina siada wspólnie i śpiewa kolędy!  Sama ozdoby świąteczne rozciągam dzień przed rozpoczęciem Adwentu (w tym roku 2 grudnia). Lubię atmosferę radosnego oczekiwania noo!
Uśmiechnij się! Jesień jest piękna!

      To jak? Zachęciłam Cię, by choć trochę polubić jesień? By dać jej szanse roztoczyć swoje uroki? Gorąco Cię do tego zachęcam.. inaczej czeka Cię jesienna melancholia i okresowe spadki nastroju. A po co Ci to?

Jak zawsze zachęcam do komentowania!
Udanego weekendu życzę i przesyłam moc serdeczności!






Dan Brown "Początek" .. czytam bo lubię #1

Dan Brown "Początek" .. czytam bo lubię #1

   

      Cześć witajcie!

      Tym postem zaczynam nowy cykl na blogu. Cykl będzie się nazywał "Czytam bo lubię". Jak wiecie (lub nie), ale czytam naprawdę sporo książek. I postanowiłam się z Wami podzielić moimi opiniami o książkach. Jakoś mi tak mało raz w miesiącu pisać krótko o książce w ulubieńcach, więc będą dłuższe recenzje i już! Dajcie znać co o tym myślicie. Tymczasem na pierwszy ogień pójdzie Dan Brown i jego najnowsze dzieło "Początek". Kochani w pierwszej książkowej recenzji na blogu Draqilki zabieram Was w świat Profesora Roberta Langdona. Na wstępie napisze tak... nie spodziewałam się wiele ... co się okazało? Zapraszam do czytania!


"Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda i specjalista od symboli,
przenosi nas do malowniczej Hiszpanii.
Tam przemierza ulice Madrytu, Barcelony, Sevilli i Bilbao,
w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ludzkość pytania:

Skąd pochodzimy?

Dokąd zmierzamy?


Brown zapełnił karty tej fascynującej powieści,
kodami, symbolami i odkryciami naukowymi,
ciekawostkami religijnymi, historycznymi i architektonicznymi.
Powiewu świeżości dodają opisy dział sztuki współczesnej
i najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych!

Bez względu na to kim jesteś i w co wierzysz,

nie masz wpływu na to, co się wydarzy...



   


Tyle od wydawcy... co myślę ja??


POWINNAM SIĘ JUŻ NAUCZYĆ PO INFERNO ŻEBY.... ehhhh


      Sięgając po "Początek" łudziłam się (ZNÓW), że może jednak znajdę w tej książce choć odrobinę magii, która tak zachwyciła mnie w "Kodzie Da Vinci" i w "Aniołach i Demonach" niestety... Dan Brown rozczarował mnie po raz kolejny. Ale od początku!

    

      Wszyscy Ci, którzy śledzą losy profesora Roberta Langdona, znają modus operandi Dana Browna. Każda książka z tego cyklu ma swój sztywny szkielet. Nie inaczej jest tutaj. Główny bohater znów styka się z zagadką, znów ginie człowiek. A on znów ucieka mając u boku piękną kobietę. W tle mamy po raz kolejny Kościół Katolicki, tajemniczego kościelnego dostojnika i wynajętego mordercę. Brzmi znajomo? A no właśnie! Jedyna nowością jest wprowadzenie do fabuły nowych technologii. Cóż.. można to lubić lub nie, kwestia indywidualna. 
      Jeśli myślicie, że znajdziecie w "Początku" tajemniczość, zagadki, symbole i kody, oraz sacrum (i profanum też), to natychmiast porzućcie tą nadzieję.. Tego tutaj nie ma. Książka jest przewidywalna do bólu. Osobiście mniej więcej od połowy wiedziałam czego się spodziewać. Nuda.. nuda.. nuda! Mało tego, ja rozumiem, że profesor Langdon się starzeje, ale tutaj brak mu nawet tego charakterystycznego błysku, intelektu, szybkiego łączenia faktów. Nie mówiąc już o dowcipie! Cóż, nawet najwybitniejszy bohater nie zabłyśnie, jeśli nie da mu się szansy.. a Dan Brown tej szansy nie daje niestety.


   

      Podsumowując...

      W "Początku" nie ma nic zaskakującego, nic zachwycającego. Sprawy nie ratują piękne miejsca, w których osadzona jest fabuła, a pogrążają ją wstawki rodem z sama nie wiem skąd. Może encyklopedii? Książkę czyta się ciężko, momentami ma człowiek ochotę rzucić ją w kąt i nie wracać już nigdy! Gdyby nie to, że jak już zaczynam coś czytać, to czytam do końca to nie wiem... Umęczyłam się niesamowicie i odetchnęłam z ulgą, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Szczerze powiedziawszy czytając miałam wrażenie, że Dan Brown zwyczajnie napisał przeciętniaka na odwal. Cóż.. machina marketingowa zrobi swoje, ludzie książkę kupią. Autor zarobi.. wydawnictwo zarobi.. film się nakręci więc i filmowcy zarobią... pozostaną niedosyt i rozczarowanie Ja osobiście książki nie polecam.. szczególnie jeśli jest się wymagającym czytelnikiem!


W mojej prywatnej skali: 3,5/10


Swoją drogą mam już nowe nabytki książkowe...

   

Dajcie koniecznie znać co myślicie o moim nowym cyklu!
Serdeczności przesyłam i wspaniałego tygodnia życzę!