Czy kobieta musi być przesadnie emocjonalna? .. czyli co ma asertywność do emocji.

Czy kobieta musi być przesadnie emocjonalna? .. czyli co ma asertywność do emocji.

      Z jednego poprzednich wpisów wiecie, że jestem Logikiem. Myślę logicznie, do problemów też podchodzę logicznie.. a co za tym idzie, nie przepadam za nadmiernym emocjonowaniem się. No już tak mam. Życie nauczyło mnie cynizmu, a jak widzę łzy, które pojawiają się z byle powodu to wietrze podstęp. Ot logik! Jeśli do tego dodacie wyuczoną już w  tej asertywność, to wielu wychodzi na to, że jestem jakimś robocopem! Czy tak jest w rzeczywistości? Czy fakt, że przyznałam sobie prawo to ignorowania cudzych emocji oznacza, ze jestem mniej kobieca? Podumajmy nad tym!

      Wyobraźcie sobie sytuację... osoba taka jak ja. Pewna siebie, myśląca logicznie i asertywna "zderza się" z osobą wrażliwą. I ta osoba, źle reaguje na moją odmowę. Źle reaguje na to, że mam inne zdanie niż ona. I to moja odmowa w jakiś sposób ją zabolała.. mimo, że jest osobą dorosłą i przynajmniej w teorii powinna się z odmową liczyć. Czy to jest moja wina? Czy jej złe samopoczucie jest moją winą?  Czy mogę brać odpowiedzialność za to, że ktoś nie dorósł by przyjąć odmowę. No kurde NIE! Każdy z nas odpowiada za siebie prawda? I nie możemy liczyć, że jeśli o coś prosimy, to druga strona rzuci wszystko w diabły i przyleci gasić wywołany przez nas pożar.

czyli jak kobieta to przesadna wrażliwość

To że jesteś nadwrażliwy, nie daje ci prawa do szantażowania otocznia swoimi emocjami. Emocjami, nad którymi zwyczajnie nie panujesz, lub się za nimi chowasz.


      Całkiem niedawno, na jednym ze spotkań ze starymi znajomymi usłyszałam jedno zdanie: "to, że nie reagujesz emocjonalnie najlepiej o Tobie nie świadczy jako o kobiecie." (większego bulshitu dawno nie słyszałam) .. Ta ocena padła w kontekście wyrażenia przeze mnie zdania, iż nie wzruszam się łatwo i nie ryczę przy byle okazji. Nie ukrywam, ze osoba, która to zdanie wypowiedziała do moich fanów nie należy i zwyczajnie chciała mi dowalić. Ma problem z moją asertywnością, ma problem z tym, że nie pozwalam się zdominować. Jej problem nie mój. Ale nie o tym chciałam! Chciałam o emocjach w kontekście kobiecości!

      Prawdą jest, że nie wzruszam się łatwo (wyjątkiem jest krzywda dzieci i zwierząt), nie ryczę na łzawych dramatach (w ogóle ich nie oglądam), nie wzruszają mnie ckliwe scenki w komediach romantycznych (patrzę na nie jak na si-fi.. czy ktoś normalny wzrusza się na filmach si-fi?). Nie wzruszam się. Kiedy zderzam się z sytuacją kryzysową zaczynam myśleć jak poradzić sobie z problemem! Od łez to mi może chwilowo na duszy ulży, ale kłopot nie zniknie. Dlatego nauczyłam się działać! Szukać rozwiązań, prosić o pomoc. To na dłuższą metę jest znacznie lepsze dla zdrowia psychicznego. Dlatego tak wkurzają mnie nadwrażliwcy... ich rozemocjonowanie, ich histerie i wieczne rozglądanie się za pomocą. Może to krzywdząca ocena, niestety wynika ona z moich osobistych doświadczeń. Bo zawsze takie osoby najwięcej ode mnie oczekiwały. Oczekiwały, ze coś za nie zrobię.. bo one nie potrafią, bo coś je przerasta. Czy to były z ich strony egoizm, strach, wygodnictwo? Nie wiem... może rzeczywiście nie potrafiły, a może otoczenie nauczyło je, ze zasłanianie się nadwrażliwością przynosi wymierne korzyści.. 

Więc co ma asertywność do emocji.


      Kiedy wreszcie nauczyłam się, że asertywność nie jest czymś złym. Że może być moją tarczą przed roszczeniowymi ludźmi. Moją tarczą, która obroni tez moje cele przed obsuwami. Odetchnęłam. I nie.. nie stałam się przez to mniej empatyczna/kobieca. I to, że część osób moje zdecydowane postawienie granic wkurza, nie będzie miało wpływu na moje postępowanie. Bo widzicie... nie jestem odpowiedzialna za emocje innych osób. jestem wolną jednostką i dopóki nie robię krzywdy drugiej wolnej jednostce to nikomu nic do tego, że mówię nie. Podczas weekendowej dyskusji o asertywności usłyszałam zarzut: ale Twoje "nie" może inną osobę skrzywdzić" .. wiesz co odpowiedziałam? Jeśli nie jestem osobiście odpowiedzialna za to, ze komuś jest źle, ze ma kłopoty.. to moja odmowa pomocy nie jest żadną krzywdą! Warto o tym pamiętać.
      Może to źle brzmi w uszach "wrażliwców" .. ale najpierw szanuję siebie i swoje potrzeby. Dopiero na drugim miejscu są inni ludzie. Ja mogę coś chcieć.. mogę kochać i skoczyć w ogień za kimś, na kim mi zależy (i pewnie bym tak zrobiła). Ale mogę też powiedzieć: "sory Winetu.. nie mój problem, że masz obsuwę w pracy" .. "nie mój problem, że wziąłeś na siebie za dużo". Czy to źle? Wrażliwiec powie że źle. Osoba asertywna powie: twoje życie, twoje wybory. Bo asertywność to szacunek do siebie i innych.

      Asertywność a emocje. Czy te dwie sprawy się wykluczają? Odpowiedź brzmi NIE!  Czy asertywnosć wyklucza chęć pomocy? Odpowiedź brzmi NIE! Wreszcie.. czy asertywność to chamstwo? .. Do cholery NIE! Dlatego odpowiadając na przewrotne pytanie zadane w tytule: Czy kobieta musi być emocjonalna? Dla mnie odpowiedź jest jedna: NIE! I to nie ujmuje jej nic z kobiecości. Ale może Ty jesteś innego zdania?

      A Ty? Czy jesteś asertywny? Czy nauczyłeś się asertywności? A może uważasz ją za coś złego? jestem bardzo ciekawa! W kolejnym tekście napiszę więcej o mitach jakie krążą wokół samej asertywności... ale nie tylko! Stay tuned!




Jesteś pięcioma osobami ze swojego najblizszego otoczenia.. czyli kto z kim przestaje, takim się staje

Jesteś pięcioma osobami ze swojego najblizszego otoczenia.. czyli kto z kim przestaje, takim się staje

      Kolejny dzień i kolejny post o .. no własnie czym. Rozwoju? Dostrzeganiu, że ludzie na nas wpływają czy tego chcemy czy nie? Że warto czasem uciąć jakąś znajomość, bo działa na nas destrukcyjnie? To tak naprawdę kolejny post o mojej drodze do wolności. Czy ty jej chcesz czy nie, jak ją postrzegasz ... musisz sobie sam na te pytania odpowiedzieć. 

      Na pewno każdy z nas słyszał kiedyś powiedzonko: "kto z kim przestaje takim się staje". To powiedzenie nie wzięło się znikąd! Dziś mówi się inaczej, powtarzając za Jimem Rohem "jesteś wypadkową suma osób z jakimi najczęściej przebywasz." I nie ma się co łudzić, że to nie jest prawda! Czy tego chcemy czy nie, upodabniamy się do naszego otoczenia... No może jakieś skrajne/wybitne/introwertyczne/samotnicze osobniki są na to odporne, ale to tez wynik ich wyborów.. i tego, że ludzi unikają. Umówmy się, o skrajnych przypadkach nie będziemy tu wspominać.

kto z kim przestaje takim się staje


Nawet życiowy optymista przyjmie cechy pesymisty, jeśli będzie z nim dużo przebywał!


      Czy mogę sobie wybrać, co wezmę od drugiej osoby? Czy mogę sobie wybrać, jakie cechy mi się u niej podobają, a te powiedzmy kontrowersyjne odrzucić? No nie. To tak nie działa. Upodabniamy się do najbliższych nam osób zupełnie nieświadomie. To, że przejmujemy od innych cechy i zachowania jest całkowicie poza nami. ALe przykłady!
      Ja i Pan M. .. on lubi tworzyć głupie piosenki i dopasowywać je do znanych melodii. Dziś po 6 latach bycia razem robię to samo. tworze kompletnie bezsensowne rymowanki naszpikowane wątpliwej jakości rymami i śpiewamy sobie razem. Zwłaszcza jak jedziemy samochodem i w radio puszczą jakąś obojgu nam znaną melodię. Czy ja świadomie zaczęłam to robić? Chciałam tworzyć durne (nie bójmy się tego słowa) przyśpiewki? A skąd! W pewnym momencie mojego życia ten zwyczaj się pojawił i tyle! Pan M natomiast zaczął się interesować ogrodnictwem! Śmieje się, że jest Paździochem Działkowiczem. A jego znajomi mówią, ze odkąd go znają, nie widzieli go ze szpadlem w ręku. Dziś to dla niego normalka. Pracujemy na naszych działkach razem! Ja wniosłam do jego życia odrobinę szaleństwa i artystycznego nieładu... On w moje spokój i gigantyczną wiedzę historyczną, którą od niego wysysam ile się da!
      Niestety nie zawsze jest różowo. W moim bezpośrednim otoczeniu jest też osoba, która wpływa na mnie negatywnie. Niestety nie mogę się od niej odwrócić, odciąć. Cóż.. czasem tak bywa. Jasne ograniczam kontakt do absolutnego minimum.. ale to niewiele daje. Zauważyłam u siebie ostatnio coraz większy pesymizm i niechęć do nowego.. zwłaszcza, jeśli jest choć trochę ryzykowne. Czy to dobre? Nie uważam. Nie lubię otaczać się pesymistami, oni zawsze źle na mnie wpływali. Zabijają mój wrodzony optymizm. Niestety! Na szczęście dla równowagi mam też w swoim bezpośrednim otoczeniu nieuleczalnego optymistę! On jakoś równoważy wpływ... no wiecie.

Warto ostrożnie dobierać osoby, które są najbliżej nas.


      Dlaczego o tym piszę. Kiedyś, dawno temu... kompletnie nie dbałam o to jak osoby z mojego najbliższego otoczenia wpływają bezpośrednio na mnie. Liczyło się tylko to, czy je lubię. Nie liczyła się relacja zwrotna. Specjalnie nie martwiło mnie, ze żyję w hermetycznym, bardzo zaborczym środowisku.. które nie wpływa na mnie dobrze. Bo sama przez to stawałam się pozamykana i nieufna do tych, których moje środowisko uznało za niegodnych uwagi/wrogich. Jaki był tego wynik? Samotność w wielkim tłumie! Izolacja i smutek. Tak naprawdę odetchnęłam, kiedy się odcięłam. Dopiero wtedy dostrzegłam.. że sama sobie robiłam krzywdę! Żeby była jasność! Nie mam do nikogo pretensji! To, że sprawa wyglądała tak jak wyglądała, to był wynik moich wyborów. Dziś, kiedy jestem świadoma, w życiu nie wplątałabym się w tamto bagienko.

Jesteś wypadkową suma osób z jakimi najczęściej przebywasz.


      Dziś pisze to Ciebie drogi Czytelniku.. Może warto przyjrzeć się znajomościom. Może dostrzeżesz jakieś większe lub mniejsze patologie. Dostrzeżesz, ze niektóre osoby zwyczajnie powodują, ze robisz się gorszy! Że robisz rzeczy, które oburzałyby cię jeszcze miesiąc/dwa temu. Swoją drogą to ciekawa sprawa. Poobserwować świadomie, jak osoby, z którymi przebywamy najwięcej na nas wpływają. Sprawdzasz to czasem? Czy może kompletnie Cię to nie obchodzi?
      Warto przyjrzeć się otoczeniu zwłaszcza wtedy, kiedy ma się kłopoty z samooceną. Brakiem pewności siebie, problemami z radzeniem sobie ze stresem. Czy też brakiem radości z nawet największych sukcesów. To ze te problemy się pojawiają, może być sumą wpływu naszego otoczenia. Które dominuje/deprecjonuje/podkopuje pewność siebie. To jak sprawdzisz jak wyglądają Twoje relacje? Kto najbardziej na Ciebie wpływa? Warto!





Metoda sześciu kapeluszy ..  czyli jak rozwiązywać problemy.

Metoda sześciu kapeluszy .. czyli jak rozwiązywać problemy.


      Wyobraź sobie, że masz duży projekt. Obojętnie jaki on jest. Chociażby mega rozwinięcie swojej marki w sieci. I masz problem z której strony go ugryźć i jak w miarę bezproblemowo zaplanować działania. To wyzwanie prawda? Właśnie do takich sytuacji przyda Ci się Metoda Sześciu Kapeluszy. Metoda stosowana głównie w biznesie, ale jest tak uniwersalna, że można ją wykorzystać w rozwiązywaniu problemów wszelakich, czy też właśnie w planowaniu! Zatem do dzieła!

      Metoda Sześciu Kapeluszy, stosowana jest, jak napisałam wcześniej, w biznesie. Pozwala na szczegółowa i kompleksową ocenę szans i zagrożeń, jakie czyhają w kolejnych projektach,, czy tez ogólnie w przedsiębiorstwie. Głównie w zespołach, ale to nie jest konieczne. Nawet sam jesteś wstanie tej metody użyć. Na czym polega? Na kolejnym wcieleniu się w 6 ról.
      Pamiętam jak w listopadzie postanowiliśmy zastosować tą metodę w naszym zespole. Mieliśmy na tapecie duży, dość ryzykowny projekt.. 6 osób, każda przyjęła inną rolę...


czyli jak rozwiązywać problemy


Sześć kolorowych kapeluszy.. każdy inny, każdy symbolizuje coś innego


      Odrzućmy jednak zespoły. Piszę przecież do Ciebie, który znalazł się tu, żeby znaleźć sposób na rozwiązanie swojego problemu prawda? To do dzieła!
      Sześć kapeluszy, każdy ma inny kolor i każdy symbolizuje inne ujęcie dręczącego Cię problemu, czy wyzwania. Wszystko co potrzebujesz w tej chwili to kartka i długopis.. to co zaczynamy? Spróbujemy to zrobić na przykładzie moich planów dotyczących podróży do Australii.

Biały Kapelusz .. LOGIKA

      Logika jest nieubłagana i bezwzględna. Chłodna i nie ulega emocjom. Dlatego analizując problem z logicznego punktu widzenia MUSISZ odrzucić wszelkie emocje. Nie ważne:: strach, radość, ból czy ekscytacja. Wszystko co czujesz, kiedy myślisz o analizowanej sprawie, odłóż na bok. Tylko fakty, żadnych mitów, czy tez pobożnych życzeń. Logika da Ci obraz sytuacji, pokaże na czym stoisz, bez emocjonalnej otoczki.

PRZYKŁAD: Z logicznego punktu widzenia, muszę wiedzieć jak wygląda sprawa lotu, zakwaterowania. Jak wygląda sprawa ubezpieczeń w  razie wypadku czy choroby. Jak wygląda sprawa na miejscu, jeśli chodzi o tubylców i przede wszystkim.. Czy mam odłożone wystarczająco dużo pieniędzy plus poduszka finansowa w razie W.

Czerwony kapelusz .. UCZUCIA

      Całkowite przeciwieństwo białego kapelusza. Czerwony kapelusz to emocje i intuicja. Kiedy go "zakładasz", liczy się tylko to, co czujesz myśląc o dręczącej Cię sprawie. Jakie ona w wywołuje w Tobie emocje. A emocje jak wiadomo albo dają energię do działania, albo wręcz przeciwnie, zabierają ją całkowicie. Nawet jeden z najwybitniejszych logików naszych czasów Albert Einstein powiedział: „Wierzę w intuicję i inspirację; czasami jestem pewien, że mam rację, chociaż nie znam powodów”.

PRZYKŁAD: Co czuję? Ekscytację, niepisaną radość i gigantyczną ciekawość! Chce zwiedzić Sydney.. ale tez pojechać do buszu, spędzić noc pod gwiazdami. Koniecznie zobaczyć kangury i odwiedzić farmę krokodyli!

Czarny kapelusz .. PESYMISTA

      Co to pesymista to wiadomo. Wiecznie na nie i wiecznie szuka dziury w całym. Właśnie kimś takim masz być, przyjmując postawę rodem z czarnego kapelusza. Masz narzekać, masz torpedować własne plany i szukać zagrożeń wszędzie, nawet tam, gdzie z logicznego punktu widzenia nie powinno ich być. Krytykuj do woli.. tylko krytykuj sam projekt, a nie siebie!

PRZYKŁAD: Po co mi ta podróż? To Polski mi za mało? Europy? Antypodów mi się zachciało? Jak nic ugryzie mnie jakiś pająk. Buszu mi się zachciało.. a panna słyszała o Tajpanie?

Kapelusz żółty ..  Optymista

      Jaką postawę trzeba przyjąć zakładając żółty kapelusz to chyba tłumaczyć nie muszę prawda? Optymista zawsze patrzy na jasną stronę życia. Chce działać, a potem... jakoś to będzie no nie? Żółty kapelusz to nic innego jak korzyści płynące z rozwiązania naszego problemu. A także motywacja by działać, by się nie poddawać czarnym myślom. By iść do przodu i nie zrażać się drobnymi potknięciami! Optymista zawsze stymuluje naszą kreatywność... 

PRZYKŁAD: Ileż ja mogłabym się tam nauczyć. Ile nowych rzeczy zobaczyć i doświadczyć. Ocean inspiracji do zmagazynowania na lata! Węże? Pająki? Przecież ludzie tam żyją i nie umierają tysiącami prawda? Trzeba tylko słuchać przewodników!

Kapelusz zielony .. MOŻLIWOŚCI

      Zielony kapelusz uruchamia całą nagromadzoną w Tobie kreatywność. To tu jest miejsce na szukanie rozwiązań, mniej lub bardziej logicznych. Zwolnij hamulec i wymyślaj. Pozwól sobie na najbardziej szalone pomysły.. może one tylko Tobie wydają się szalone. Może jak spojrzysz z boku to im przyklaśniesz? Dzięki temu, ze spojrzysz na swój problem poprzez propozycje jego rozwiązania, sam problem staje się łatwiejszy do oswojenia. Śmiało!

PRZYKŁAD: Skąd mam wziąć brakujące fundusze... może jakaś dodatkowa fuszka, bo nie chcę naruszać żelaznych rezerw... A może jednak dla takiej wyprawy warto uszczknąć? Jaką mam możliwość dorobienia? Czy w całym planie są jakieś możliwości zaoszczędzenia. MOze wartoby zagrać w totka.. a nuż się uda?

Kapelusz niebieski .. Organizacja

      Zamieniasz się w orła, wznosisz ku niebu i patrzysz na swój problem z góry. Patrzysz na pozostałe kapelusze. Oceniasz i wyciągasz wnioski. Analizujesz, porządkujesz uzyskaną wiedzę i ustalasz drogę do celu. Może potrzebujesz jeszcze raz włożyć któryś z kapeluszy? Jesteś bezstronnym obserwatorem.. analizuj i... DZIAŁAJ! Ja już mam plan na moją podróż do Australii!!


      Na koniec zostawiam Cię, z moją ulubiona myślą lutego (była w podsumowaniu). Bo widzicie, problemy się zdarzają, wyzwania też.. baaa sami je powodujemy! Ważne jest, by przy pomocy opisanej przeze mnie Metody Sześciu Kapeluszy, czy analizy SWOT, analizować i przede wszystkim działać. Bo z działaniem przyjdzie też zadowolenie z efektów, a te wyniosą motywację w kosmos!
     Swoją droga znasz Metodę Sześciu Kapeluszy?  Może próbowałeś jej? Zdradzę Ci, że ja w zespołach, kiedy rozgryzamy projekty w 99% przypadków jestem Logikiem! Kiedy rozgryzam problemy sama, tez najłatwiej mi patrzeć logicznie... Ciekawe jak jest u Ciebie!




Ucieszyło, zachwyciło -  Luty 2019

Ucieszyło, zachwyciło - Luty 2019

      I skończył się luty.. Luty który minął pod znakiem remontu łazienek i Jeżycjady. Luty, który był zdecydowanie lepszy pod względem samopoczucia niż styczeń. Luty.. który przyniósł niepewność... ale o tym to kiedy indziej! Dziś małe podsumowanie.. tych dobrych i tych gorszych momentów! Na szczęście tych dobrych nie było tak mało!


Zachwyciło ... muzyka i książki

      Luty upłynał mi pod znakiem Jezycjady. To książka mojego dzieciństwa i młodości. O ile nie cierpię teraz na pomroczność jasną to pisałam już o tym na blogu. Ale cóż.. Do Jeżycjady wracam chętnie co jakiś czas. Historia rodu Borejków zachwyca mnie na nowo i na nowo.. i wciąż znajduję w tej historii coś nowego. Znasz Jeżycjadę? Czytałeś?

*żródło: lubimy czytać.pl*



      Muzycznie było mi ciężko. Bobrowanie za ścianą nie sprzyjało ani koncentracji ani słuchaniu muzyki. Niemniej jednak coś tam znalazłam! Najnowsze dzieci Korteza.. On jest z innej bajki.. majestatyczny, melancholijny, poetycki... to esencja muzyki. Muzyki, która porusza, która zmusza do myślenia, która koi i intryguje jednocześnie. A jak dołożymy do tego ciepłą barwę głosu Korteza to...




Remont łazienek


      Luty minął mi pod znakiem remontu łazienek. Mówię Wam! To jest koszmar... Najpierw ekipa opróżniła je ze wszystkiego co tam było. Przez tydzień jadłam kurz. Mimo że pozabezpieczaliśmy wszystko jak się dało. Mimo że pozakładaliśmy kurtyny foliowe do sypialni, mimo że odcięliśmy na stałe pokój gościnny i jeden salon... Kurz jest WSZĘDZIE!! Uhh... Powiem Wam też... to się tak ciągnie.. o ile na początku postępy było widać.. to potem... Miałam (i mam nadal) wrażenie, że chłopaki nic nie robią, tylko kręcą się jak bąki w tulipanach... po całym dniu pracy przybywało kilkanaście płytek. Nie jest łatwo patrzeć na coś takiego, zwłaszcza, że zależy człowiekowi na czasie, bo za chwile senior idzie na operację (swoją drogą kiedyś Wam opowiem, bo procedury to zdrowego mogą wykończyć) i nie wiadomo co będzie "PO" .. wiecie, grzebanie w mózgu zawsze jest ryzykowne, drugie grzebanie w mózgu jest jeszcze ryzykowniejsze... Stres towarzyszy nam ostatnio każdego dnia... nie jest łatwo.
      Swoją drogą, łazienki jeszcze nie wykończone... zakładam, że jeszcze ze dwa tyg.. to lekką ręką. Czy zamkniemy się w 5 tygodniach? Kto to wie...  Na górze widzę już światełko w tunelu.. montują już powoli biały montaż.. Mam też grafiki w stylu retro do górnej łazienki (do dolnej też mam, ale total nowoczesne)! Nawet wsadziłam już w ramki!

Myśl miesiąca


      Jak tylko zobaczyłam ten tekst od razu pomyślałam o sobie! Noż kurczaki.. wypisz wymaluj ja! Nie załamuję rąk, tylko działam.. nawet w zderzeniu z największym... wiecie czym! Polecam!

Na blogu


Luty był w porównaniu ze styczniem miesiącem, w którym nastąpił progres, jeśli chodzi o systematyczność blogowania. opublikowałam 7 postów:

1. Ucieszyło, zachwyciło - styczeń 2019 - post o tym, co dobrego (i niedobrego) zadziało się z styczniu. Takie małe podsumowanie? A właściwie to zalążek cyklicznych miesięcznych podsumowań.

2. Z małych gestów zbuduję wielkie rzeczy.. - post o pomaganiu. Tylko i aż... to ważne!

3. Jak działać efektywnie i się nie rozpraszać.. czyli pomodoro - post o technice, którą stosuję, kiedy mam do zrobienia bardzo dużo, bardzo ciężkich rzeczy. Działa cuda!

4. Jak zwiększyć produktywność.. - czyli moje zasady zachowania zdrowia psychicznego, przy nawale obowiązków.

5. Odwaga do bycia nielubianym - czy w swiecie, gdzie krolije kult ciała, a usta knebluje poprawność polityczna można być sobą? Czy łatwo zaakceptować to, że ludzie nie polubią nas przez to, jakimi jesteśmy?

6. Historia rozbitego kubka - czyli o trudnych relacjach..

7. Siódmy wpis to ten, który czytasz teraz...


     Ja jestem zadowolona.. widzę progres, widzę jak małe zmiany przywracają mi radość pisania. A może to słońce?


      Taki był mój luty... ciężki, ale kreatywny! W pracy obyło się bez żadnej obsuwy. W obyło się bez większych zgrzytów. Nawet remont ich nie wywołał. Oby nie było gorzej.. to nie będę narzekać! A jaki był Twój luty? Czekam na Twoje wieści!





Relacje... czyli "dla mnie umarłeś" czy może jednak "zacznijmy od nowa".

Relacje... czyli "dla mnie umarłeś" czy może jednak "zacznijmy od nowa".

      Relacje międzyludzkie... ciężki temat prawda? A jednocześnie mnóstwo osób się na ten temat wypowiada. Piszą eksperci i ci się ekspertami obwołują. Prawda jest taka, ze dopóki w ton moralizatorski nie popadamy, to każdy o swoich doświadczeniach w relacjach z drugim człowiekiem może pisać. Wiec piszę i ja... o doświadczeniach z trudnymi ludźmi. Ale na początek historia!

      Pamiętam ten wykład jak dziś. Pierwszy albo drugi rok studiów licencjackich. Psychologia... Tak na bankowości była też psychologia. Wykładowcą była młoda pani magister psychologii. O mamo.. jaka to była odmiana te wykłady! Człowiek dłubał macierze i robił analizy finansowe... a tu taki oddech! I z tych wykładów pochodzi pewna opowieść: Krótka opowieść o kubku!


odwaga by wybaczyć

Historia rozbitego kubka


Dwoje ludzi.. jedno nabroiło i zabiega o przebaczenie. Ta druga osoba zaś...

- Dlaczego nie umiesz wybaczyć i nie może być tak samo jak było!
- Proszę weź ten kubek..
- Po co?
- Weź go i robij o ziemię, nie będę zła.. proszę zrób to!
- Dobrze - kubek zostaje rozbity
- A teraz spróbuj go złożyć proszę
- Po co!
- Zaraz zrozumiesz.. zrób to
- No już...
- Teraz powiedz mi.. czy ten kubek jest taki sam jak przedtem?
- No nie.. jest potłuczony!
- Tak samo jest z naszą relacją... ona nigdy nie będzie taka jak przedtem.

Czy po zdradzie zaufania jest szansa na powrót do czasu "przed"?


      Bo czy kobieta może wybaczyć zdradę mężczyźnie? Czy mężczyzna będzie potrafił ponownie zaufać kobiecie, która go zdradziła? Czy na takich relacjach nie pozostają rysy? Czy jeśli takie osoby podejmują decyzję, że jednak zostaną razem, to ich relacja nie jest takim posklejanym kubkiem? Nigdy nie będą takie jak na początku... a może się mylę i się da? Ja bym chyba nie potrafiła wybaczyć zdrady. Chociaż, człowiek nigdy nie wie jak się zachowa... Gdybać to sobie można..

      Mam nadzieję, że rozumiecie co chcę powiedzieć. Nie namawiam do chowania urazy! Broń Boże! Raczej pokazuję.. że po zdradzie zaufania zawsze pozostają blizny. Trzeba być niewiarygodnie dobrym.. świętym wręcz, by po doświadczeniu zła zaufać ponownie bezwarunkowo.  Dlaczego o tym piszę? Jakiś czas temu odezwała się do mnie osoba z przeszłości. Osoba z ery korpo.. osoba, która narobiła mi mnóstwo nieprzyjemności. Pod płaszczykiem koleżeńskiej relacji podkładała mi jedną świnię za drugą. A dziś... a dziś chciałaby powrotu do relacji sprzed.. Tak naprawdę to ona przypomniała mi historię o kubku..
      Czy ja Hani potrafię znów zaufać? Czy w ogóle chcę to zrobić? Szczerze? Mam na to wywalone.. jest mi wszystko jedno.. ona i jej działania kiedyś w przeszłości do tej przeszłości należą. Ona należy do przeszłości, przeszłości do której nie chcę wracać. Do szczęścia mi to nie potrzebne kompletnie. To inny czas i inna ja.. Czas pokaże, czy zawiążemy ponownie jakąś nić sympatii... nic na siłę!


Jak jest u Was? Dajecie 2/3/15 szansę?
Potraficie wybaczyć i zapomnieć? Czy może macie pamięć jak słoń?
Jak zmieniają się Wasze relacje z ludźmi, którzy niekoniecznie dobrze się Wam kojarzą?
Czekam na Wasze komentarze!!!




Czy łatwo zaakceptować to,  że nie wszyscy nas lubią .. czyli odwaga do bycia nielubianym.

Czy łatwo zaakceptować to, że nie wszyscy nas lubią .. czyli odwaga do bycia nielubianym.

      Nie wiem jak Ty drogi czytelniku...ale ja z przerażeniem obserwuję u części moich znajomych absurdalny wręcz pęd do bycia cool. Ludzie za wszelką cenę chcą być lubiani, chcą być akceptowani bez zastrzeżeń.. A kiedy spotykają się z jakimś krytycznym zdaniem, zamykają się w sobie. Czasem wręcz obrażają. Skąd to się bierze? Skąd się bierze przekonanie, że wszyscy muszą nas lubić? 

      Moja droga do bycia wolną, od potrzeby bycia lubianą przez wszystkich, zaczęła się już dobrych kilka lat temu. Kiedy porzuciłam korpo i znalazłam pracę w firmie, w której obecnie pracuję. Byłam wtedy w nienajlepszej kondycji psychicznej i generalnie w nosie miałam, jak mnie będą postrzegać współpracownicy. To czy mnie polubią było sprawą drugorzędną.. chciałam tylko, żeby wiedzieli że zawodowo będę bez zarzutu. Z reszta na wejściu powiedziałam, że mam za sobą ciężkie przejścia i nie mam ochoty na gierki. To początkowo ucięło sprawę... Początkowo! Okazało sie bowiem, że dziewczyny myślały, że to z mojej strony gra... tiaaaa. Cóż, ich sprawa. Ja już byłam na takim etapie, że nie zabiegałam o sympatię, a o szacunek dla moich zawodowych umiejętności. Więcej czasu zajęło mi odcięcie się od towarzystwa, które wpływało na mnie destrukcyjnie. Które bardzo hermetyczne.. nie dawało szansy na rozwój.To zajęło mi kolejne kilka lat, ale wreszcie się udało. Z resztą post o tym, że nie wszyscy muszą mnie lubić pojawił się już na blogu.. dziś napisze ciut o odwadze i wolności, jaką taka postawa przynosi.



Co jest ważniejsze... poczucie wolności, czy akceptacja tłumu?

      Co jest ważniejsze... sympatia czy szacunek? Czy można kogoś lubić i jednocześnie nie szanować jego poglądów, jego zachowania, tego kim dana osoba jest? A może jedno z drugiego wynika? Co jest ważniejsze.. bezwarunkowe dostosowanie się do tłumu, czy własny komfort i szacunek do siebie? Wolność, czy poczucie zniewolenia?  Bo co z tego, że mam akceptację otoczenia, skoro wiem, że nie mogę swobodnie wyrażać siebie? Co z tego, że wszyscy mnie lubią, jeśli sama siebie nie lubię? Co z tego, że znajomi klepią mnie po plecach, stawiają za wzór, jeśli sama czuję się zniewolona przez maskę, którą muszę nosić? Co z tego, że na zewnątrz jestem tryskającym optymizmem i zaangażowaniem pracownikiem, kiedy w środku dygocze ze strachu przed zdemaskowaniem moich rzeczywistych poglądów i pragnień?

Czas powiedzieć DOŚĆ!

      Pamiętaj! Nie jesteś tabliczką czekolady i nie wszyscy muszą Cię lubić! Jak to zrobić? Nie mówię, że to łatwe! Żadne wyjście ze strefy komfortu nie jest łatwe. Zapewniam jednak, że jeśli znajdzie się w sobie odwagę do stanięcia w prawdzie i powiedzenia dość, to człowieka dosłownie zwala z nóg! Poczucie wolności, jakie poczułam, kiedy nauczyłam się, że nie wszyscy musza mnie lubić było oszałamiające! Dotarło do mojego steranego umysłu.. że ja przecież nie muszę być lubiana przez innych! Ja mam lubić siebie! Ja mam siebie akceptować! Bo kiedy polubiłam siebie, zaczęłam konsekwentnie bronić swoich przekonań i głośno artykułować swoje pragnienia to świat stanął przede mną otworem! Osoba, która przez ładnych kilka lat była sama, znalazła miłość swojego życia. Wystarczyło, że machnęłam ręką na konwenanse, odrzuciłam to, co mnie wiązało, odcięłam się od towarzystwa, które mnie tłamsiło i.. poleciałam! Możecie mi wierzyć, ale jak już poczułam się wolna to przyszły miłość i szczęście! Niedawno minęło 6 lat, a ja wciąż latam. Pogodzona ze sobą, wolna i szczęśliwa... Rany brzmię jak jakiś cholerny kaznodzieja z bożej łaski, albo nawiedzony kołcz-motywator. Ale tak było! Odrzuciłam to co mnie wiązało przy ziemi i fruuu!

Nie jestem tabliczką czekolady, nie wszyscy musza mnie lubić.

      Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule... nie jest prosto zaakceptować fakt, że ze względu na to kim jesteśmy i co robimy, nie wszyscy nas lubią. Mnie było trudno, wymagało to ode mnie mnóstwo pracy, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby, które w moim życiu były "od zawsze". Cóż.. nikt nie powiedział, ze będzie łatwo prawda?.
      Już tak na koniec... chciałam powtórzyć dwa cytaty, które idealnie tu pasują. One już są na blogu, ale to nic! Mądre rzeczy warto powtarzać:

"Nie ufaj temu, kto zbyt nisko się kłania. Bo jest albo głupi, albo złośliwy.
Człowiek godny okazuje szacunek innym bez poniżania siebie."

"Szanuj swój wysiłek. Szacunek do samego siebie prowadzi do panowania nad sobą. Jeśli osiągniesz jedno i drugie otrzymasz moc ostateczną."


Jak jest z Wami? Co jest dla Was ważniejsze? Wolność, czy uwielbienie tłumu? Autentyczność, czy strach przed wyrażaniem swoich poglądów? Chcecie być za wszelką cenę lubiani, więc sie nie wychylacie... czy jednak nie boicie się iść pod prąd? Strach czy odwaga!
Z utęsknieniem czekam na Wasze komentarze.





Jak zwiększyć produktywność? Mam kilka zasad.. dokładnie 7.

Jak zwiększyć produktywność? Mam kilka zasad.. dokładnie 7.

      Jestem dziwną osobą. Lubię i jednocześnie nienawidzę rutyny! Lubię rutynę w rzeczach prostych, niewymagających zbytniego zaangażowania. Lubię rutynę, kiedy pomaga mi zapanować nad słabościami. Jednocześnie nienawidze rutyny.. bo zabija we mnie wszelką kreatywność... zabija moją ciekawość świata i jest totalnie bezwzględna dla mojego wewnętrznego dziecka. Dlatego staram się jakoś wypośrodkować życie między rutyna a spontanicznością. Między spontanicznym tworzeniem, a mrówczą pracą. Między silnymi motywacyjnymi kopniakami... a zmuszaniem się do działania. Co robię? Przeczytaj!

      O nawykach i rutynie pisałam na blogu już kilka razy. Pisałam o moich nawykach, a także o tym, że przyzwyczajenia zabijają ciekawość świata. Dziś napiszę Wam.. jak wspomagam mój umysł w trudach codziennego tworzenia. Moich zasadach.. które wprowadziłam już jakiś czas temu i które doskonale się sprawdzają. Pomagają mi w uspokajaniu czasem totalnie rozedrganego umysłu. Zwłaszcza dziś.. kiedy stoję w rozkroku między śmiertelną chorobą bliskiej mi osoby, totalną rozpierduchą w domu i gigantycznym nawałem pracy. W takich chwilach muszę dbać o umysł.. z reszta zawsze trzeba dbać o umysł.. inaczej produktywność leży i kwiczy!



Bez tych działań moja produktywność leży i kwiczy

      Wiem, że to co przeczytasz poniżej, nie jest żadną wiedzą objawioną. Ale czasem trzeba coś napisać, przeczytać, żeby do nas dotarło. Bo wiesz.. oczywiste oczywistości na ogół nie są takie oczywiste. A te najprostsze rzeczy najtrudniej wprowadzać. Zwłaszcza, kiedy wpada się w popłoch, bo życie wali się na głowę, a czas przecieka przez palce.

1. Opróżnianie głowy.

      O opróżnianiu głowy szerzej pisałam już na blogu... dziś dodam tylko, że od kiedy kładę się spać ze spokojną głową.. rano wstaję wypoczęta i pełna energii. To już moja taka wielomiesięczna rutyna, w którą wciągnęłam też Pana M. Co wieczór omawiamy sobie cały dzień. Gadamy, a ja czasem zapisuję w zeszycie pojedyncze zdania, myśli by o nich nie zapomnieć. Wyrzucam wszystko.. i to co było dobre i to co było złe. To pomaga ukoić mózg i wspomaga dobry, spokojny sen.

2. Podejmuję decyzje.

      Nie ma nic gorszego dla mojego samopoczucia niż niezdecydowane osoby. Niecierpię i unikam ludzi, którzy w nieskończoność roztrząsają wszystkie za i przeciw.. nawet jeśli sytuacja dotyczy kupna majtek. Sama z podejmowaniem decyzji nie mam problemów. Wiem co lubię i czego nie lubię. Płytki i armature do dwóch łazienek wybrałam w dwie godziny! Jasne zrobiłam wcześniej krótki rekonesans, ale to tez nie trwało godzinami! Może jestem dziwna.. ale tak mam. Podobnie jest w życiu zawodowym. Szybko podejmuję decyzje i zaczynam działać. Czy to kwestia odpowiednio ustalonej hierarchii wartości? Pewności siebie? Poznania siebie? Pewnie wszystko po trochu... Szkoda mi życia na pierdoły!

3. Pozbywam się zbędnych rzeczy... zbędnych ludzi już się pozbyłam.

      Jestem minimalistką. Nienawidzę przeładowanych, zagraconych pomieszczeń. Dlatego sukcesywnie pozbywam się rzeczy, których nie używam. Które mi są zbędne. Obojętnie czy to dekoracje, ubrania czy buty. Ostatnio znów odchudziłam swoją garderobę i wyniosłam worek ubrań. Moja teściowa za każdym razem wyrzucam rzeczy to pyta.. ale dlaczego.. przecież to dobre. To nie ma znaczenia. Nie jest mi potrzebne puszczam dalej! O moim wybiórczym minimalizmie pisałam już na blogu. Więc jeśli zainteresowanych serdecznie zapraszam!

4. Jak coś zaczynam to kończę!

      Nie wiem jak Ty drogi czytelniku... ale ja nienawidzę wręcz niedokończonych spraw. Takie sytuacje są dla mnie jak uprzykrzający spacer kamyk w bucie! I to wcale nie chodzi o to, że jak coś zaczynam to choćby (za przeproszeniem) skały srały to skończę. Nie! Dla mnie świadoma rezygnacja z jakiegoś projektu (z jakiegokolwiek powodu) to zakończenie sprawy. Takie postępowanie bardzo ułatwia mi życie. Zwłaszcza że ostatnimi czasy działam w systemie dalekim od multitaskingu. Zaczynam i nie zaczynam nic nowego dopóki nie skończę.

5. Myślę perspektywicznie.

      Tego podejścia nauczyłam się jeszcze na studiach. Kiedy znajomi ze studiów balowali, a ja siedziałam i pisałam notatki i uczyłam się na bieżąco. Wiedziałam, że jak nie nauczę się teraz, to jak przyjdzie sesja to polegnę. Podobnie było w pracy.. zawsze robiłam wszystko na czas, bo nie wyobrażałam sobie w dłuższej perspektywie nadrabiać zaległości. Podobnie jest z planowanie dni.. tygodni .. miesięcy. Zawsze staram się do pewnego stopnie przewidzieć jak określone działania wpłyną na mnie w dłuższej perspektywie. Ot... tak mam!

6. Wdzięczność!

      Nie będę w tym punkcie odkrywcza! Wdzięczność to coś, czego wciąż się uczę. To nie chodzi nawet o to, że nie potrafię powiedzieć "dziękuję". Nie! Chodzi o dziękowanie za małe rzeczy. Za uśmiech. Za kolejny bezproblemowy spacer z Bell. Za to, ze mimo rozproszeń moja sunia wreszcie wraca na komendę. Czy choćby za to, że muszę się przenieść z praca na kanapę, bo bystre słońce nie pozwala mi siedzieć przy biurku. Praktykowanie wdzięczności za najdrobniejsze rzeczy pomaga mi być szczęśliwą! A to w dzisiejszych czasach.. kiedy ludzie gonią nie wiadomo za czym.. wielka sztuka!

7. Wysypiam się.

      Brutalna prawda jest taka, że jak się człowiek nie wyśpi to ma siano zamiast mózgu. Można sobie wmawiać, że długi sen nie jest potrzebny, że wystarczy kawa, albo inny wspomagacz. Że zamiast snu energii dostarczy aktywność fizyczna. To wszystko o kant tyłka potłuc! Na dłuższą metę brak snu jest wyniszczający. Jasne każdy z nas jest inny. Jednemu potrzeba 8h, a innemu 7. Osobiście potrzebuję 8h snu, żeby funkcjonować cały dzień na pełnych obrotach. Jasne mam swoją krzywą efektywności dobowej. Wiem jak układać dzień. Kiedy jestem wyspana nie potrzebuję wspomagaczy. Nie potrzebuje kawy, żeby się rano rozbudzić, nie potrzebuję jej, żeby w ciągu dnia utrzymać aktywność. Wystarczy mi dobry sen w nocy. Także ten.. chcecie być produktywni? Wysypiajcie się.. 

      Takie to moich 7 zasad. I powiem szczerze.. jeśli się ich trzymam. Jeśli działam w zgodzie z nimi, to zdecydowanie łatwiej mi się żyje i działa. Ze swojej strony serdecznie polecam takie działanie. Jednocześnie jestem mega ciekawa Waszych drodzy czytelnicy sposobów. Macie jakieś? Czy może idziecie na żywioł...