Dawaj to, co sam chciałbyś otrzymywać.. z cyklu mamine mądrości!

Dawaj to, co sam chciałbyś otrzymywać.. z cyklu mamine mądrości!



      Miałam bardzo mądrą mamę. Im dłużej jej nie ma, tym bardziej mi jej brak, ale też doceniam wszystko to, co mi przekazała. Jedną z jej złotych rad było: dawaj to, co sam chciałbyś otrzymać. Chciałbyś by ludzie krzywo na Ciebie patrzyli? No nie! Więc sam tego nie rób. Chciałbyś być odbierany pozytywnie? Uśmiechnij się! Ludzie na początku patrzą nieufnie, ale po chwili też się uśmiechają.. Dlaczego? Bo to zaraźliwe!


      Mama zawsze powtarzała... nie odpłacaj złem za zło! Nie mścij się, nie odgrywaj na tych, którzy Cie skrzywdzili. Na pytanie dlaczego miała jedna odpowiedź: "córeńko, takie działania będą niszczyć też ciebie. Zło niszczy. To może w tych czasach niepopularny pogląd ale tak jest." Czy miała rację? Z biegiem czasu przekonałam się że tak. Nie zrozumcie mnie źle! To nie chodzi o to, żeby być naiwną ciotą, popychadłem.. ofiara losu! Nie! Chodzi o to, by nie pozwolić złym emocjom zdominować swojego działania. To zawsze kończy się źle!

Dobro zawsze wraca.. ale zło też, jeszcze szybciej


      Nigdy nie miałam zaufania do ludzi, którzy nie potrafili odpuścić. Którzy pamiętali innym nawet najdrobniejsze potknięcia, pamiętali latami. Baaa... potrafili je wytknąć w najmniej oczekiwanym momencie. Nieważne że przeprosiłeś, nieważne że zadośćuczyniłeś. Taki typ będzie pamiętał.. będzie rozdrapywał wciąż na nowo i rozkoszował się swoją wyższością. Tylko co normalnego jest w rozkoszowaniu się czymś złym. Co taka osoba z siebie daje? Ona myśli, że nic złego nie robi. A tak naprawdę sieje zło. Sieje złe emocje.




      Mi ostatnio zostało wypomniane, że przewróciłam nogą butelkę i wylało się trochę płynu i ta osoba MUSIAŁA dywan suszyć. Od zdarzenia minął rok. Powiedzcie mi, co miało to na celu? Ta osoba chciała mi wbić szpilę? Chciała mi przypomnieć, że swoim nieostrożnym ruchem coś rozlałam? Nie zareagowałam, bo to starsza osoba. Osoba z ogromnymi problemami w komunikacji z innymi. Osoba, która nie potrafi powiedzieć "proszę" "przepraszam" "dziękuję", nie przyznaje się do błędów i żąda. Do tego ma pamięć jak słoń... zwłaszcza, jeśli chodzi o przewinienia innych (swoich nie pamięta, inni też nie pamiętają.. ktoś kto nic nie robi, nie popełnia też błędów prawda?). Ja taka być nie chcę. Co innego realizm.. a co innego pesymizm i momentami defetyzm prawda?


      Jak myślicie.. czy starotestamentale "oko za oko" to dobra postawa? Może stawiacie jednak na nowotestamentowe "nadstaw drugi policzek". A może jednak jesteście tak jak ja gdzieś po środku... Jestem ciekawa, jak postrzegacie siebie i swoje działania w tym kontekście.





Przeczytane 2019

Przeczytane 2019



      Hip hip hip... HURRA! Wyzwanie książkowe Anno Domini 2018 popełnione! Udało mi się przeczytać 101 książek... tak dokładnie 101 KSIĄŻEK! To daje niemal dwie książki tygodniowo... O mamo, ja chyba nic innego nie robiłam tylko czytałam! Ale wiecie... ja to lubię! Odpoczywam najlepiej czytając i słuchając cichego szelestu przewracanych kartek. Cóż.. każdy ma jakiegoś bzika. W tym roku nie podnoszę poprzeczki. Jeśli się uda.. fajnie, jeśli nie? RANYYY i tak wyrabiam normę za kilkunastu (jak nie kilkudziesięciu) rodaków. Co swoją droga jest przerażające!

      Ostatnio znajoma książkoholiczka opowiadała mi pewną historię. Jak to jej znajoma zapytała ją, jakim cudem jej dzieciaki tak chętnie i dużo czytają. I była szalenie zdziwiona i obrażona na pytanie: a czy ty czytasz przy dzieciach. No HELOŁ! Kobiecie nie przyszło do głowy, że jak jej dziecko widzi mamę non stop z nosem w telefonie, to będzie robiło to samo. A jak widzi matkę (i ojca) z książką to samo też po książkę sięga. Dzieci nie robią tego co im mówimy, tylko to, co im sami pokazujemy. A dane są przerażające! Ponad 60% Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki! Ok. 10% przeczytało więcej niż 7. Cóż.. smutne to niewymownie i doskonale potwierdza fakt, że ludzie są coraz głupsi. Szerzy się wtórny analfabetyzm, a ludzie mają problem ze zrozumieniem tekstu pisanego (mówionego też). A co za tym idzie, łatwiej nimi manipulować. Cóż.. ja będę czytać! Będę rozwijać umysł. Będę chłonąć treści. Taki mój wybór.. Ty możesz zrobić co chcesz. Czas pokaże za ilu Polaków wyrobię normę w tym roku.

ZACZYNAJMY!!!


STYCZEŃ

1. James Dashner -  Rozkaz zagłady - Ocena 6/10

      Prequel do trylogii Więzień Labiryntu. Wreszcie dowiadujemy się dokładnie, co stało u początków apokalipsy jaka nawiedziła Ziemię i skąd wzięła się Pożoga. Historię poznajemy oczami Marka i jego przyjaciół.. ludzi, którzy ocaleli z apokalipsy i próbują przeżyć w czasach "po". Autor opowiada historię dwutorowo. Tu i teraz kiedy pojawia się Pożoga, śmiertelny wirus, który atakuje mózg. W koszmarach Marka cofa się do apokalipsy i czasów tuż po, kiedy bohaterowie nie wiedzą co się stało i za wszelką cenę próbują przeżyć.

2. 





Nowy rok.. nowa ja?

Nowy rok.. nowa ja?



      "Schudnę".. Zapiszę się na siłownię" .. "Nauczę się nowego języka" .. "Wybiorę się w podróż moich marzeń" .. "Zrezygnuję z cukru" .. "Przejdę na weganizm" .. "Wdrożę zasadę zero weste" .. Tiaaaa... postanowienia noworoczne. Pamiętamy o nich jak je sobie gdzieś tam spisujemy.. pamiętamy przez tydzień, góra dwa Nowego Roku.. a potem nadal rutyna! Nic z tego wszystkiego nie wynika. Z tych wszystkich górnolotnych haseł najpóźniej w lutym pozostają tylko szumne zapowiedzi. Dlatego w tym roku nie podejmuję żadnych postanowień! Po co mi one? Tylko mnie zirytują w grudniu, jak gdzieś w trakcie porządkowania rocznych papierów na nie wpadnę... Więc jak? Nowy Rok .. nowa ja? Czy może Nowy Rok i ... 


      Jak przeczytałam moje zeszłoroczne postanowienia.. z resztą wypisane tu na blogu! To się złapałam za głowę, a właściwie to uśmiechnęłam pod nosem. Bo czy pisałam regularnie? NIE. Czy napisałam więcej recenzji książkowych? Oczywiście NIE. Czy przeszłam na własną domenę? Ojtam, ojtam. Czy byłam aktywniejsza w blogosferze? Tiaaaa... A może założyłam fan page na facebook? Jasne jasne.. Tylko wiecie.. kto by się tym przejmował!
      Jasne, planowałam zacząć pisać bardziej poważnie, zacząć konsekwentnie budować swoją markę w sieci i wreszcie zacząć zarabiać na tym, że przekazuję w jakiś sposób swoją wiedzę. właśnie planowałam! I przy zderzeniu z rzeczywistością te plany uległy zmianie. A właściwie to życie zweryfikowało, gdzie w mojej prywatnej drabinie wartości blog się znajduje. Zawsze było (i chyba nadal jest) coś ważniejszego... Ukochany mężczyzna, uwielbiany futrzak, książki, praca... Priorytety! Będę to powtarzać do znudzenia. Do tego doszedł jeszcze blogowstręt! Dokładnie tak! Pod koniec roku .. a właściwie cały grudzień i część listopada miałam blogowstręt! I to nie tylko jeśli chodzi o ten blog, ale też całą blogosferę. Wiecie.. mam wrażenie, że ona (ta blogosfera) schodzi na psy! W kryzysowym momencie zdawała mi się szambem.. w którym ciężko jest wyłapać coś nowego i wartościowego. A babrać się w bylejakości nie miałam (i nadal nie mam) zamiaru.


Więc co dalej?


      Nie ukrywam, trochę mi przeszło. Niewątpliwie pomógł mi w tym całkowity detoks. Znikłam, nie zaglądałam na żadne blogi. Nawet te ulubione poszły w odstawkę. To nieco pomogło. Nabrałam dystansu. Nabrałam nieco świeżości. Nadal się waham, nadal czuję swąd łajna jak próbuję się zanurzyć w blogowy świat.. Tylko z drugiej strony zdążyłam już nieco zatęsknić. Na jak długo wystarczy zapału? Kto to wie! Nic na siłę. Nic nie muszę. Nikt nie umrze, jak na blogu nie pojawi się nowa notka... baaaa jak ten blog umrze śmiercią naturalną! Uhh... trochę grobowo się zrobiło. Cóż.. życie! Póki co ... mam szkice kilku notek z ery jeszcze przed detoksem. Spróbuję ruszyć.. powoli, bez spiny! Kto wie! Może znów złapię bakcyla?


To jak... Nowy Rok - nowa ja?


      Czy planuje jakieś spektakularne zmiany w sferach poza blogowych w 2019? Odpowiedź jest jedna: NIE! Do cholery! Jestem szczęśliwa. Może nie do końca spełniona, ale szczęśliwa! Mam poukładany związek, mam pracę, którą lubię. Mam gdzie mieszkać i co jeść! A to już o niebo więcej niż ma większość ludzi na naszej planecie. Więc jak... Nowy Rok nowa ja? No nie. Nowy Rok taka sama ja! Bo na ten rok (i na następne lata też), mam tylko jeden, główny, niezmienny cel: Być szczęśliwą. Może niektórym to może sie wydać celem mało ambitnym... ale tak szczerze. Jeśli zapytacie ludzi, czy są szczęśliwi to oni odpowiadają: TAK, jest super. Czy jednak Odpowiedź brzmi.. tak.. ALE! Ja nie chcę tego ALE. Wiecie, może to jest kwestia wyjazdu na prowincję. Ale patrzę teraz na świat nieco inaczej niż jeszcze rok temu... szerzej. Świat mnie coraz bardziej przeraża. Konsumpcja, odrzucenie zasad, odrzucenie etyki, wszechobecny marksizm.. ale jednocześnie nie mam zamiaru się poddać. Dopóki moja głowa należy do mnie to się nie poddam. Będę walczyć o mój kawałek świata.. gdyby każdy tak zrobił to cóż.. póki co jest jak jest!

      I tu dochodzimy do momentu, w którym piszę: nie będę robić jakichś spektakularnych podsumowań i nie podejmuję żadnych postanowień. Mam trzy cele na ten rok... ale są to cele długoterminowe, nad którymi pracuję już od kilku miesięcy. Nic nowego... Nowy Rok.. Stara Ja! W najlepszej możliwej wersji!






Tak na koniec ciekawostka ze świata polityki...

Jak wiecie podniesiono płacę minimalną od poziomu 2250 zł. A wiecie jakie to niesie za sobą konsekwencje? Już żaden rodzic (uczciwy oczywiście, a nie cyniczny pasożyt żerujący na pracującym społeczeństwie) samotnie wychowujący jedno dziecko, zarabiający najniższa krajową nie dostanie osławionego pińcet plus... 800 zł na głowę przekroczone i HEJA WON! ... ot neokomusze wspieranie słabszych. No ulało mi się! Myślę, że w tym roku będę przemycac więcej takich smaczków na bloga... nie będę się tu bawić w politykę OBIECUJĘ! Zwyczajnie podrzucę czasem rzeczy takimi.. jakie są rzeczywiście, a nie takie jak w oficjalnych wersjach!
Remont łazienek zbliża się wielkimi krokami... RATUNKU!!!

Remont łazienek zbliża się wielkimi krokami... RATUNKU!!!



     Lubię zmieniać przestrzeń wokół siebie. Lubię przestawiać meble i lubię malować ściany. ALE ... jak mam w perspektywie większy remont z tonami kurzu to mam ciarki na samą myśl! A tu za chwilę czeka mnie TOTALNY remont łazienek. Wywalamy wszystko do gołych murów (łącznie ze wszystkimi rurami) i stawiamy łazienki od nowa. Czaicie to? Wyobrażacie sobie JAKI to będzie syf? Kurde... to normalne, że zaczynam panikować?

     Mamy w domu dwie łazienki. Obie wołają o remont od jakiegoś czasu więc... cóż decyzja zapadła! Nie można dłużej czekać, bo nam się wszystko do reszty pozatyka i w czasie mrozów będziemy biegać do domu chłopa, albo do lasu! Nie no żart! Trzeba zrobić i już. Koniec z pierdolamento .. że trzeba, ale może nie teraz.. może za rok. Trzeba podjąć decyzję i jazda! Swoją droga to się doskonale wpisuje w zdanie: "nie ma zmian bez zmian"! Ejj.. no serio! Nie można jednocześnie narzekać, ze woda kiepsko spływa z kibelka i jednocześnie oczekiwać, że bez gruntownego remontu to się samo naprawi! Choć znam takich, co tak myślą... ale o tym, to może innym razem, albo wcale. A wracając...


REMONT!


      Lubię zmiany w swoim otoczeniu. Lubię przestawiać meble o ile to możliwe, lubię dostawiać kwiaty. Może nie szaleję z ilością ozdób.. bo ich nigdy wiele nie mam. Ot minimalizm i praktyczne podejście do sprzątania. ;) Ale kwiaty? Jak najbardziej... kocham i uważam, ze domy bez kwiatów nie mają duszy... są zimne i puste jak szpitale ewentualnie sklepy meblowe. W nowych łazienkach na bank będą stały paprocie! Kto bogatemu zabroni no kto! Długo się zastanawiałam na co postawić.. klasykę, czy może odrobinę szaleństwa. Jedno wiedziałam na pewno, nie ma oszczędzania na materiałach. Łazienki remontuje się raz na kilkanaście/kilkadziesiąt lat. Więc nie ma co żydzić na tanich nierównych płytkach, które zaraz popękają. Tak samo doskonałej jakości powinna być armatura i ogólnie cały biały montaż.  Nie ma pomiłuj... ale nic. Pieniądze uzbierane... teraz tylko działać! I modlić się, żeby nam wykonawca się nie spóźnił. Bo jak się okaże, że prace zahaczą o Boże Narodzenie to ja dziękuję jednak. I znów mi się przesunie! Wrrrrr!

Inspiracja... czyli godziny na Pintereście

      Czy Wy też tak macie, że jeśli szukacie jakiejkolwiek inspiracji to natychmiast udajecie się na pinteresta? Ja tak mam! Ostatnio spędzam tam mnóstwo czasu, oglądając, wybrzydzając, krzywiąc się i szczerząc do monitora.. oczywiście nie jednocześnie! Tyle kreatywności w jednym miejscu! Bajka! Chciałabym Wam pokazać to, co najbardziej mi się podoba... liczę na Waszą ocenę!

Biel plus drewno czyli ponadczasowa klasyka, która będzie w obu łazienkach!

      Czyli coś, na co zdecydowałam się u siebie. Idealne, klasyczne połączenie. Właśnie na klasykę postanowiliśmy postawić. Podobają mi się szalone orientalne kafelki, są teraz modne. Tylko znów... wzory mają to do siebie, że się nudzą. Czasem mogą też męczyć. Tak samo modny ostatnio beton.. no ja sobie nie wyobrażam przez dziesiąt lat patrzeć na betonową ścianę w łazience.. ale to akurat kwestia gustu, a o gustach jak wiadomo się nie dyskutuje. W planowaniu potrzebna jest może nie tyle ostrożność, co spójność i patrzenie w dłuższej perspektywie.

      Znajomi odradzają mi białe kafelki. Moja przyjaciółka powiedziała wprost: zwariowałaś? Zaraz będziesz miała zacieki, będzie widać wszystkie przebarwienia. Mam na to gotową odpowiedź: jak się dba o czystość, to nie ma prawa być syfu. Mam zamiar kupić też myjkę parową.. ona powinna rozwiązać większość problemów. Nienawidzę ciemnych pomieszczeń... ciemne łazienki to klaustrofobia murowana przynajmniej u mnie. Po co mi to? Zdecydowanie wolę jasne pomieszczenia. Do tego z łazienkami to jest tak, ze nie zawsze jest w nich dostatecznie dużo światła dziennego. Tak jest u nas. Niby są okna, ale małe, a do tego ściana zachodnia, więc słońce to się pojawia późnym popołudniem. Latem to jeszcze ujdzie.. ale pozostałe pory roku? Jest ciemno i tyle! Dlatego będzie jaśniutko.. i nie jakaś tam śmietankowa/waniliowa/ czy inna udawana biel. Tylko ta klasyczna.. z zastrzeżeniem, ze mi się błyszczeć nie będzie, bo błysku to ja nienawidzę! Powiecie, będzie czysto, szpitalnie.. No nie. Od tego będzie drewno i dodatki, żeby biel oswoić. Tak czy nie?

*żródło*
*źródło*

*źródło*
*źródło*

      To tylko kilka ze zdjęć, które sobie pościągałam z sieci. Może nie do końca są spójne, ale przecież nie o to chodzi w szukaniu inspiracji. Przynajmniej ja tak robię. Bardzo jestem ciekawa jak jest u Was.. na jakie kolory stawiacie w swoim otoczeniu. Jasne czy ciemne? Wzory, czy jednak gładkie faktury? Co u Was króluje.. mat czy może błysk? Jestem tego bardzo ciekawa!






Edycja:

Postanowiłam to napisać w tej notce, bo talentu do opisywania kosmetyków nie mam. Napisze tylko kilka słów. Jeśli masz problem z łupieżem, krostkami we włosach, wypadaniem.... spróbuj do szamponu dodać kilka kropel olejku herbacianego i potrzymać taki szampon kilka minut (przy okazji masz inhalację.. Twoje zatoki Ci podziękują). Potem zmyj wodą i normalnie nałóż odżywkę czy co tam nakładasz. Zapach olejku utrzyma się do momentu, kiedy włosy całkowicie nie wyschną. Po trzech aplikacjach moje problemy skórne na skalpie właściwie zniknęły, włosy wypadają w znacznie mniejszych ilościach... a do tego... właściwie przestały się przetłuszczać.
Nie jestem zimną suką! Jestem asertywna! Nie myl pojęć do cholery!

Nie jestem zimną suką! Jestem asertywna! Nie myl pojęć do cholery!



      Zawsze fascynowało mnie, jak ludzie mylą pojęcia, lub nie znają znaczenia słów.. a mimo to w lubością ich używają. Używają ich i nie wiedzą, że są śmieszni. Baaa.... czepiają się innych w oparciu o błąd w rozumieniu! Na ogół staram się tłumaczyć błąd. Jak napotykam ścianę to się zwyczajnie śmieję i odsyłam do słownika języka polskiego. Może autorytet znawców języka polskiego trafi bardziej niż ja i taki delikwent przestanie mylić pojęcia i choć w części przestanie być śmieszny..  Jeszcze częściej problem tkwi w niezrozumieniu przekazu. W błędnej interpretacji tekstu.. w jego nadinterpretacji, na dopowiadaniu sobie Bóg wie czego.. Dlaczego o tym piszę? Posłuchajcie!


      Na początek cytat, właściwie to wiadomość jaką dostałam jako wiadomość prywatna na instagramie...

      Ty jesteś jakaś nienormalna! Baaa ta cała Budzyńska twoja idolka też jest nienormalna. Poczytałam co ona wypisuje i jestem tego pewna. Obie jesteście nienormalne! Jak można nie wykazywać zrozumienia dla wyjątkowości sytuacji! Nie każda kobieta to pozbawiona wrażliwości zimna suka co to nie widzi dalej niż czubek własnego nosa. Ale co może wiedzieć o życiu bezdzietna singielka, co sobie z psa zrobiła substytut dziecka? Nic! Nic nie wiesz kobieto. Nic nie wiesz o życiu. Nie wypowiadaj się na tematy, o których pojęcia nie masz. Jesteś zwykłą zmanierowaną cizią, co to udaje wszechwiedzącą. Wyjdź za mąż, urodź dziecko i wtedy pogadamy o wyjątkowości! Bo w tobie nic wyjątkowego nie ma poza egocentryzmem, o ile ten może być wyjątkowy.

Cóż.. to by było na tyle. Co zrobiłam, ze zasłużyłam sobie na taki stek pomyj wylanych na głowę? Napisałam cyt:

4. Myślenie że jestem wyjątkowa.

Akurat ten błąd usłyszałam na webinarze Pani Swojego Czasu. I mocno mnie uderzyła prawda, jaka w nim jest. O co chodzi? Kobiety (ale nie tylko, mężczyźni też!) mają tendencję to usprawiedliwiania swoich niepowodzeń wyjątkową sytuacją. Bo byłam chora, bo mam piątkę dzieci, bo muszę dojeżdżać z innego miasta, bo mąż w delegację pojechał, bo pokłóciłam się z teściową... A to planując nie wiedziałaś, że takie masz obciążenia? Że może się coś niespodziewanego wydarzyć? Wiedziałaś, więc dlaczego nie miałaś planu b, czasem planu c? Dlaczego założyłaś tak sztywne ramy czasowe? Wybacz kochana.. ale każdy niesie swój krzyż. nawet ja bezdzietna singielka. Choć w sumie mam psa.. Bella zajmuje mi średnio 4h dziennie, tak dokładnie tyle czasu poświęcam tylko jej (liczy się czy nie?). Może to brutalne, ale Ola ma w tym aspekcie świętą rację! Każdy na swój sposób jest wyjątkowy. W sumie to temat na notkę!


       Na początku zaznaczam.. zwykle nie mam w zwyczaju odpowiadać, jeśli na starcie ktoś mnie obraża. Inwektywy zawsze skreślają u mnie rozmówcę na starcie. Wiecie jak to jest: nie rozmawiaj z idiotą, bo cię szybko sprowadzi do swojego poziomu i zwyczajnie pokona. I na inwektywy nie odpowiem. Nie mam z zwyczaju oceniać osób, których nie znam. Bo co mam myśleć po takiej wiadomości? Co wynika z tych słów? No jakaś życiowa frustratka, co nie ogarnia życia postanowiła sobie ulżyć i sobie ulżyła. Jak jej lepiej to luz. Po mnie to spływa.. mogę jej tylko współczuć. Napiszę tylko: uważajcie jak pytacie kobiet dlaczego nie mają dzieci, lub mówicie im, ze skoro dzieci nie mają to nic nie wiedzą. Bo one mogą bardzo tych dzieci pragnąć, ale nie mogą ich mieć! I może nie chcą o tym trąbić do cholery, a każde takie pytanie to strzał prosto w serce! A teraz do meritum!

Wyjątkowość sytuacji .. czy może być usprawiedliwieniem ciągłych niepowodzeń?


      Czy wyjątkowość sytuacji może być usprawiedliwieniem ciągłych niepowodzeń? Nie może! Jeśli na coś, co jest stałą w naszym życiu ciągle zwalamy porażki to problem tkwi w nas. Dlaczego? Bo planując nie bierzemy pod uwagę specyficznej sytuacji.. jaka ona by nie była! Do tego trzeba pamiętać, że każdy ma swoje problemy! Każdy niesie jakiś krzyż! Moja mama chorowała na raka, przez jakiś czas (za krótki! wiele bym oddała, by był on wiele dłuższy!), musiałam przy niej czuwać niemal non stop! Czy to zastopowało moje plany? Nie! Dlaczego? Bo wiedziałam, że ta sytuacja kiedyś przyjdzie! Uwzględniałam ją w moich planach! Moi współpracownicy tez wiedzieli. Wiedzieli też, że nie będę usprawiedliwiać niepowodzeń moją specyficzną sytuacją. Że wezmę na siebie tyle, ile będę mogła i ani krztyny więcej! W ostatnim momencie zwyczajnie znikłam, ale też wszyscy wiedzieli dlaczego. Postawiłam sprawę jasno.
      Przekaz moich słów jest jasny dla każdego, kto potrafi czytać ze zrozumieniem. Jeśli coś ci ciągle nie wychodzi, to nie zwalaj tego na wyjątkowe sytuacje! Nie wierzę, ze wciąż przydarzają ci się coraz to nowe nieprzewidziane wypadki! Ale jeśli robisz coś ciągle tak samo i oczekujesz nowych rezultatów. A w razie niepowodzenia usprawiedliwiasz to jakąś wyjątkową sytuacją no to sorry... nie szukaj u mnie współczucia. Każdy jest wyjątkowy, każdy ma wyjątkowe sytuacje, każdy ma problemy. Zadaj sobie pytanie: dlaczego jedni mogą, a Ty nie? To wina świata.. czy może błąd tkwi w tobie?  Zaryzykuję stwierdzenie, że to jednak błąd tkwi gdzieś w Tobie. I nie.. nie jestem zimną suką! Jestem asertywna i potrafię mówić co myślę bez owijania w bawełnę. Jeśli myślisz, że asertywność jest równoznaczna z egocentryzmem i całkowitym brakiem wrażliwości na krzywdę innych, to cóż... Odsyłam cie do słownika języka polskiego. Poczytaj, może specom od języka uwierzysz szybciej, o ile zrozumiesz co piszą... że tak zakończę złośliwie! Czasem bywam złośliwa!


Dla ciekawych linki do mini cyklu, który wywołał wyżej cytowany hejt: część 1część 2 i część 3. Jak zawsze zachęcam do dyskusji.. DYSKUSJI a nie wylewania frustracji!





Kulturalni ulubieńcy ODC. 27 - PAŹDZIERNIK 2018

Kulturalni ulubieńcy ODC. 27 - PAŹDZIERNIK 2018



      Październik! Mój ulubiony miesiąc w roku! Dlaczego? Mam wtedy urodziny! A poważniej... w październiku zaczyna się jesień. Melancholijna.. kolorowa.. mglista! Lubicie mgły? Ja uwielbiam i ciągle mi ich mało! W ogóle w tym roku jeszcze ich nie doświadczyłam! Pogoda rozpieszcza.. słoneczko! Bo kto to słyszał.. żeby pod koniec października takie temperatury były! Całe lato much w mieszkaniu nie miałam, a teraz mi bzykają... o osach dziadygach nawet nie wspominam wrrr! Kosmos! Jaki był mój październik? Uhh... Mignął mi gdzieś między grabieniem liści, a walką z kolejnymi roszczeniowymi ludźmi, którzy się na mojej drodze pojawili. Ale był dobry! No i Bella zaczęła mi lekko na wadze przybierać, a to jest CUD! A teraz ulubieńcy! Kulturalni żeby nie było!

1. Piosenka miesiąca.


      Nie wiem, czy Wam o tym pisałam. Ale jest w Polsce wokalista, którego wielbię nad innych. W zetknięciu z którym ubywa mi połowę mózgu i staję się głupią rozchisteryzowaną nastolatką. Co ten facet wyprawia z moim ... ehmmm ze mną to jest KOSMOS! Któż to taki? Ano Piotr Cugowski! Według mnie najlepszy wokalista w Polsce. Nie umniejszając Kortezowi, Piotrowi Roguckiemu czy .. bo ja wiem... Krzyśkowi Zalewskiemu. Taki głos, takie żylety w głosie ma tylko on Piotr Cugowski. Wokalista kompletny, wokalista, który może zaśpiewać wszystko i jest przy tym mega prawdziwy, niepowtarzalny. Na koncertach brzmi lepiej niż z płyt, a to już WIELKA umiejętność.... Czy pisałam, że jest też mega przystojny? (tak w tym momencie trace mózg i cofam się w rozwoju do lat szczenięcych). I ten oto Piotr Cugowski wypuścił swój solowy kawałek. To nic, że na sam koniec października... to nic, że bardziej popowy, radiowy niż się spodziewałam. I tak ukradł muzycznie cały miesiąc. Jeśli jeszcze nie słyszeliście to polecam!





2. Książka miesiąca


*źródło: najlepsze fantasy.pl*


      W październiku zaczęłam czytać Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary. Jestem w połowie, czyli przeczytałam 6 na 11 tomów. Czytam chronologicznie, a nie tak, jak ukazywały się kolejne tomy. Czy jestem zachwycona? Może to za duże słowo. Ale ja lubię twórczość Piekary. Lubie fantastykę. O czym jest cykl? Krótko mówiąc, to opowieść o przygodach Inkwizytora Mordimera Madderdina. Historia osadzona w alternatywnej rzeczywistości... takiej, w której Chrystus zstąpił z krzyża i dał do wiwatu swym prześladowcom, a także tym, którzy w niego nie uwierzyli. To tak pokrótce. Tak myślę, ze jak już przeczytam resztę, to napiszę większą recenzję. Jakoś tak nie lubię opisywać pojedynczych tomów większych cykli...

3. Serial/film miesiąca


      Kolejny miesiąc posuchy! Myślałam, że jesień przyniesie zmiany, ale jednak nie. Piękna pogoda zniechęca do przebywania w domu. A wieczory należały do książek więc.... Ale czy to źle, że nie ciągnie mnie przed szklany ekranik? Że po 8 godzinach wgapiania się w ekran laptopa nie mam chęci dalej męczyć oczu gapiąc się w TV? To się chyba nie zmieni, dopóki nie pojawi się kolejna i ostatnia część Gry o Tron.... Tymczasem oglądam tylko nowe odcinki Kiepskich i jestem nimi coraz bardziej rozczarowana. I po każdym odcinku mam ochotę udać się do reżysera/producenta i zakrzyknąć niczym Kmicic do Wołodyjowskiego: "KOŃCZ WAŚĆ WSTYDU OSZCZĘDŹ!".

4. Cytat miesiąca


      Tym razem nie uraczę Was zadnym umoralniającym/motywującym/budującym cytatem tudzież powiedzonkiem. Tym razem przychodzę do Was z czymś, co ubawiło mnie do łez i przeniosło do czasów kiedy mój ukochany futrzak był mini szczeniorem i wracając do domu nie wiedziałam co zastanę.... Kochani UŚMIECH PROSZĘ!

źródło: Zwierzofochy *


      Taki oto był mój październik! Za krótki, słoneczny i pełen... wzlotów i upadków też! Swoją drogą.. czy Wy też odliczacie czas do Bożego Narodzenia? Bo ja tak... już bym choinkę ubierała.. to pragnienie mnie cieszy i irytuje jednocześnie! Bo gdzie jeszcze do świąt... no i ja nigdy komercyjna nie byłam nooo!

Serdeczności Kochani!




Przyjaciela mam!

Przyjaciela mam!



      Ktoś mądry powiedział kiedyś: "Miłość to dwie dusze w jednym ciele. Przyjaźń to jedna dusza w dwóch ciałach." Czy to prawda? Czy może wierutna bzdura? Przyjaciele... kim są? Czy są naszymi cichymi aniołami, które uczą nas latać i łapią w razie nieszczęścia? Czy są rzeczywiście potrzebni? Czy można mieć więcej niż dwoje/troje prawdziwych przyjaciół? Czy warto walczyć o przyjaźń? Jak to jest, kiedy traci się przyjaciela? I właściwie dlaczego taki tekst akurat teraz!?

      Zacznę może od podstawowego pytania, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Nurtuje, kiedy obserwuję ludzi, którzy nie mają bliskich osób poza małżonkiem/dziećmi. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się: a jeśli małżonek odejdzie (z jakiejkolwiek przyczyny), dzieci dorosną i wyemigrują to co? Zostajesz sam/sama jak palec. I co wtedy? Samotność jest straszna! Nie da się żyć bez ludzi.. nie da się, jeśli jest się zdrowym psychicznie. Więc jak...

Czy ludziom potrzebni są przyjaciele?


      Czy ludziom przyjaciele są potrzebni? Zadałam to pytanie kilku osobom. I o dziwo otrzymałam różne odpowiedzi. Od dwóch skrajnych: "Ludziom ufać nie można, każdy cię prędzej czy później wydyma" i "Czym jest życie bez przyjaciół? Smutnym wegetowaniem!". Pierwsza opinia pochodzi od osoby pozamykanej na ludzi i świat. Osoby, która bliższy kontakt utrzymuje tylko z współmałżonkiem i dziećmi. A z moich obserwacji wynika, ze im tez nie ufa do końca. Najśmieszniejsze, że jej nikt nigdy nie skrzywdził, bo ona nikogo do siebie nie dopuszcza. Swoją opinię opiera na przekazach osób trzecich, osoby trzecie zostały zdradzone przez przyjaciół.. więc to jest argument żeby przyjaciół nie mieć.. Druga opinia pochodzi od totalnego ekstrawertyka. Osoby, która nie może żyć bez innych ludzi. Osoby, która potrzebuje ludzi jak powietrza. Osoby, która chyba myli przyjaźń z zwykłymi dobrymi znajomościami. To opinie skrajne. A reszta? Reszta jest niemal jednogłośna. Warto mieć przyjaciół, ale tez bardzo o nich trudno.

Ja i Ona ... czyli przyjaciela mam!

   
      Mam przyjaciół. Teraz troje. Ale taką najbliższą przyjaciółkę mam jedną. Dam się za nią pokroić i wiem, że ona zrobi to samo. Znamy się długo. Czy znamy się na wylot? Nie. Powiedziałabym, że wciąż się siebie uczymy. Przecież nasza przyjaźń sprzed 20 lat to nie to samo co dziś! Jesteśmy inne, mamy inne priorytety. Obie też rozwinęłyśmy się na wielu poziomach. Jedno pozostało niezmienne.. zaufanie i świadomość, że możemy na siebie liczyć w nocy o północy. Że ona może dzwonić do mnie o każdej porze i ja zwyczajnie odkładam co tam robię i jestem dla niej. Nie ważne, czy dzwoni powiedzieć "cześć co tam" czy dzwoni rozpieprzona z płaczem.. i rozmowa przeciąga się na 5h. Ona wie, że jeśli ja wyczuję, że jestem potrzebna, to najpóźniej następnego dnia zapukam do jej drzwi. Ona nie musi mówić, ja wiem po jej głosie, że coś jest nie tak, jak powinno być. I to działa w obie strony!! Pamiętacie jak pisałam o tym co zabija przyjaźń? My z moją A przeszłyśmy przez wszystkie etapy. Żadne sukcesy nie szkodziły więzi. Byłam i jestem największą fanką jej wszystkich działań. Cieszę się, ze razem z partnerem tak wspaniale budują swój świat. Jasne, miałyśmy kryzysy! Spierałyśmy się. Wiele razy uważałam, że ona robi głupstwa! Wiele razy się myliłam i ona miała rację. Normalne ludzkie rzeczy prawda? Ale to wszystko nigdy nie szkodziło więzi. Nigdy! Jak pisałam wyżej... ja wiem, ze mogę dzwonić w nocy o północy! Ona wie, ze jeśli zadzwoni i poprosi, żebym jechała 200 km. żeby zaśpiewać na ślubie jej brata to ja pojadę! Nie będę się zastanawiała ani minuty! Od tego mnie ma! Od tego są przyjaciele! By być na dobre i złe. Nie wiem jak Wy to postrzegacie.. Ale dla mnie największą zaletą posiadania przyjaciela jest fakt, że przyjaciel wali prawdę między oczy. Nie przejmuje się, że może urazić. Jeśli przyjaźń jest prawdziwa to nie ma się o co obrażać prawda? Wydaje mi się też, że rodzice, partnerzy.. czasem nie chcą nas zranić surowymi ocenami. Prawdziwy przyjaciel nie będzie miał takich skrupułów.

A Ty masz przyjaciela?


      Tyle o mnie i moim "peanie" na cześć przyjaźni. Powiedz mi drogi czytelniku.. Czy Ty masz przyjaciół? Są Ci potrzebni? Czy może uważasz, że nie warto inwestować czasu w przyjaźnie? Może uważasz, ze przyjaciele Ci nie potrzebni, a jednocześnie zazdrościsz tym, którzy przyjaciół mają? Bardzo jestem ciekawa! Tymczasem wracam pod koc! Bo dopadło mnie jakieś paskudne dziadostwo i głowa mi za chwilę pęknie!

Uściski ślę!




Głupota... czy tylko mi się wydaje, że jest jej coraz więcej?

Głupota... czy tylko mi się wydaje, że jest jej coraz więcej?



      Taki łańcuszek: duża influencerka, a połowa followersów kupionych, lajki pochodzą z Azji, a komentarze wysyłają boty. Agencja marketingowa... która poleca klientowi wcześniej wspomnianą osobę, jako idealny słup reklamowy. Wreszcie firma, która idzie na taki układ i tak naprawdę wywala pieniądze w błoto. Głupota prawda? Wszędobylska obecność speców od wszystkiego. Spotykasz takiego w sieci, odpowiadasz mu, przedstawiasz swój punkt widzenia co Cię spotyka?  "jesteś bezmózgim korwinistą" .. "takie brednie to babci opowiadaj" .. "jesteś tak głupia, że szkoda czasu na rozmowę z tobą". Zero argumentów, morze inwektyw. Co powoduje takie zachowanie? Strach przed zdemaskowaniem? Głupota? 
      Wszystko zaczęło się od spaceru z Bell i niemiłego spotkania z agresywnym psem! Posłuchajcie!

      Całą historię opisywałam już w sieci u jednej z blogerek mianowicie u naszej kochanej Czerwonej Filiżanki, ale muszę ją tu przytoczyć, jako przykład totalnej głupoty!

      Mam sunię. Ukochaną, wymarzoną sunię owczarka niemieckiego o wdzięcznym imieniu Bella. Nie będę ściemniać, "mała" jest dla mnie ważniejsza niż większość ludzi. Trzęsę się nad nią bardzo, tym bardziej że bardzo mocno chorowała i choroba zostawiła na niej swój ślad. trwały ślad. I wyobraźcie sobie... Jakieś dwa może tygodnie temu chodziłyśmy sobie po naszym lesie. Straszyłyśmy wiewiórki, Bella obszczekiwała krzyczące na nią sroki. Ot sielanka prawda? Wyobraźcie sobie moje przerażenie, kiedy nagle z krzaków wyskoczył na nas wielki TTB! Szczekający, warczący i obśliniony! Serce we mnie zamarło. Ale nic. Całe życie uczono mnie, żeby broń Boże przed psami nie uciekać, bo to najgorsza droga. Więc upomniałam Bell i stałyśmy. Sama najspokojniejszym głosem na jaki mnie było stać przemawiałam do psa. Bella psem uległym nie jest, ale jak na swój wiek jest zrównoważona, więc nie zaczęła szczekać ani uciekać. Stanęła tylko między mną a Amstafem i go obserwowała czujnie. To chyba przeważyło, że amstaff nie zaatakował. Na moje szczęście pojawił się tez właściciel. Wesoły, jakby nigdy nic zapiął smycz. Zero reakcji, zero przepraszam NIC! Tylko lakonicznie wzruszył ramionami i: "przecież nic się nie stało, czego pani panikuje". No zagotowałam się! Jak można być takim idiotą! Tylko ameba umysłowa tak reaguje. Zero wyobraźni, zero odpowiedzialności.. zero myślenia. Według tego kretyna nic się nie stało! No nie stało się, bo obie z Bellą wiedziałyśmy jak się zachować! Jakby na naszym miejscu była matka z dzieckiem i dziecko zaczęłoby krzyczeć, płakać? Gdyby pies wtedy zaatakował? Czyja to by była wina? Psa? No nie! Winny byłby pozbawiony wyobraźni i elementarnej odpowiedzialności człowiek, choć jak znam życie, to najwyższą cenę zapłaciłby pies.


Ludzka głupota czasem mnie powala!


      Żeby była jasność. Ja nie winię psa za to, że zachował się tak, a nie inaczej. Bo wychowanie psa spoczywa na jego opiekunie! Bardzo niewiele rodzi się psów, które nie nadają się do obcowania z ludźmi. Takich, które nie poddają się socjalizacji. Ten do nich na bank nie należał, bo zwyczajnie by zaatakował i tyle. Ale nie chciałam o psie tylko o jego właścicielu. Stereotypowym tępym osiłku z kompleksem małego prącia, co to sobie groźnym psem i głośnym samochodem poprawia pozycję wśród jemu podobnych typów. Serio ja inaczej takich typów nie potrafię określić. Normalnie agresywna nie jestem, ale przy kontakcie z takim lekceważeniem zagrożenia mam ochotę walić na odlew!

      Ale ale...

      Żeby nie było, ze tylko się wyżywam na właścicielach czworonogów! Rozmawiałam o tej sprawie z kilkoma osobami, dyskusje o głupocie są czasem ciekawe wiecie? I wszyscy mówią to samo:

Głupoty na świecie jest coraz więcej.


      Niemal wszyscy moi znajomi powtarzają to samo. Głupota, prymitywne zachowania i postawy roszczeniowe zalewają świat. Nie mówię już o internecie.. bo to gigantyczna wylęgarnia kretynizmu. To samo telewizja... coraz głupsze programy (ostatnio liczyliśmy z panem M ile w tej chwili jest wszelkiego rodzaju paradokumentów.. nie pytajcie ile nam wyszło!), coraz więcej jazdy na najniższych instynktach. Wszędobylskie tumiwisizm i róbtacochceta. Promocja tandety (i nie mam na myśli disco polo) i permanentne przesuwanie granic. Czy tylko mi się wydaje, że Europa odrzuciła wszystko, na czym została zbudowana? Że samozwańcze elity, robią wszystko by masy ogłupić.. bo głupimi ludźmi łatwo się steruje? Ja wiem, ze to może zabrzmieć brutalnie, ale tak jest!
      Ludzie nie czytają książek, nie szukają wartościowych pozycji w kinach, nie chodzą do teatrów. Nie interesują się światem. Zamknięci na odcinku.. praca, dom, tv głupieją. Czy wiecie, że mózgi Inków, Majów, Azteków były o wiele bardziej rozwinięte niż nasze? Mózgi naszych przodków, Słowian żyjących na terenach dzisiejszej Polski przed tysiącami lat tak samo (nie ściemniam, na terenach Polski znaleziono grobowce starsze, niż piramidy egipskie). Za nas myślą komputery, dziennikarze mówią nam, co powinniśmy sądzić o tym i o tym. Szkoła nie uczy myślenia, tylko schematów. Szukania kluczy. Ostatnio miałam kontakt z dziewczyną, która jest w mojej firmie na okresie próbnym. Zaczyna teraz studia.. Wiecie do bycia pomocą biurową wielkie umiejętności nie są potrzebne... Cóż... dziewczyna świetnie wyszukuje informacje, ale niestety ma problem z ich wykorzystaniem. Ma problemy z komunikacją. Szkoła jej tego nie nauczyła... nie nauczyła pracy w zespole, nie nauczyła wyciągania wniosków.. wreszcie co mnie boli najbardziej.. nie nauczyła języka polskiego. Niby szkoła skończona z wyróżnieniem... a tak naprawdę to wszystkiego trzeba się uczyć od podstaw. Chociażby tego, że w życiu nic na tacy nie podadzą, a błędy ortograficzne to zwyczajna siara. Smutne...


      Więc jak?  Głupiejemy? Co myślicie? Cofamy się w rozwoju? Pozwalamy by żerowano na naszych najniższych instynktach?  Zadowalamy się tanią rozrywką.. a jak ktoś próbuje nas zachęcić do wysiłku intelektualnego to w najlepszym przypadku go ignorujemy.





Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz.3

Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz.3



      Pora na ostatni wpis mini cyklu o planowaniu. Dziś przychodzę do Was z moimi sposobami na efektywne planowanie i moim sposobem, by to planowanie było dobre! Czy wiesz jak wygląda wykres Twojej dobowej wydajności? Czy planując bierzesz go pod uwagę? Jeśli nie, to może warto się tematem zainteresować. Może w tym tkwi Twój błąd? Jeśli jesteś też ciekawy jakie mam zasady planowania, to zapraszam do czytania!

Krzywa efektywności dobowej..


      Krzywa efektywności dobowej.. cóż to takiego i z czym to się je. Cóż, to nic innego jak wykres, pokazujący Twoją wydajność w ciągu dnia. To jak działa Twój organizm. Kiedy jest najbardziej efektywny, a kiedy Twoje możliwości twórcze spadają do zera. Jeśli chce się pracować efektywnie to trzeba ją poznać. Jeśli wiem, kiedy mój organizm jest najbardziej wydajny, jestem wstanie dobrze zaplanować dzień. Ja np. najbardziej efektywna jestem rano. Od 7 do 11 jestem wstanie góry przenosić.. i to wtedy pracuję najwięcej i mam zaplanowane najcięższe rzeczy. Po 11 mam lekki spadek formy.. krótko mówiąc najchętniej położyłabym się na pół godzinki spać.. nie robię tego, tylko idę na godzinny spacer z Bell. Po 12 siadam znów do pracy, ale robię już rzeczy, które nie wymagają ode mnie ogromnego wysiłku umysłowego. Natomiast po 20 jestem już dętka, i jedyne co mogę to poczytać coś lekkiego. Tak mam ja. Znam osoby, które mają rytm dobowy zupełnie odwrotny. To niezwykle ważne, by go poznać. Łatwiej się wtedy żyje i zdecydowanie łatwiej planuje i działa. Dla mnie jasnym jest, by nie planować ciężkich rzeczy na wieczór. Jasne jak się zdarzy wyjątkowa sytuacja to siadam i robię.. ale to ZAWSZE zajmuje mi cztery razy więcej czasu.


Moje zasady planowania


      1. Planowanie w moim rytmie dobowym

Pisałam już o tym wyżej. Zawsze planuję biorąc pod uwagę moją wydajność dobową. Uwierzcie mi, to naprawdę usprawnia moją pracę. Mam to szczęście, że moi współpracownicy działają podobnie. Więc łatwiej nam współdziałać.

      2. Priorytety!

To chyba naczelna zasada planowania. Bez tego ani rusz! Musisz! Po prostu musisz wiedzieć co jest dla Ciebie najważniejsze. Co jest najbardziej przybliża Cię to upragnionego celu. Jeśli jesteś mamą maleńkiego dzidziusia na pełen etat i przyszło Ci do głowy by zacząć rozwijać swój biznes, to zastanów się. Czy będziesz wstanie zignorować popłakiwanie maleństwa i realizować zamówienie? Czy będziesz wstanie zostawić chore maleństwo pod opieką taty/babci i iść na spotkanie biznesowe? Co będzie Twoim priorytetem? To może skrajny przykład ale doskonale obrazuje wartościowanie.. doskonale pokaże jak może układać się hierarchia wartości. Żebyśmy się dobrze zrozumieli.. sama znam mamy, które godzą macierzyństwo z rozwijaniem biznesu (i sa w tym ŚWIETNE!), ale wiem tez ile je to kosztuje. I jak czasem żałują, że nie poczekały, aż maluch trochę podrośnie.  Także ten.. PRIORYTETY!! Pamiętaj.

      3. Planując biorę pod uwagę moją sytuację.

Jestem egoistką. Tak dokładnie.. nie uważam, by zdrowy egoizm był czymś złym. Wychodzę z założenia, że czasem.. a nawet częściej niż czasem, trzeba myśleć najpierw o sobie. Już jakiś czas temu wypleniłam z siebie postawy siostry miłosierdzia. Takiej, co rzuca wszystko i leci gasić czyjś pożar. To nie jest zdrowe! To generuje stresy. Dlatego planując zawsze patrzę na siebie. Czy dam radę, jak coś mnie obciąży. Nie patrze na to, że koleżanka robi więcej. Jej sprawa. Ja to ja, ona to ona. Moje życie nie jest jakimś cholernym wyścigiem zbrojeń. Już nie!

      4. Planowanie to nie to samo co pisanie listy zadań.

Niby proste prawda? Ale jak często mylimy te dwie sprawy. Zapominamy, że planowanie to wyznaczanie drogi do określonego celu. Że listy zadań, to część składowa planowania.

      5. Rozkładam wszystko na czynniki pierwsze.

To ułatwia mi działanie i jeszcze bardziej motywację do działania. Nawet jak mi się nie chce, to łatwiej mi się zmusić. To powoduje, ze kolejne rzeczy nie spadają mi na później.. Nawet jak mi się koszmarnie nie chce.. to małą rzecz mogę zrobić.


      To by było na tyle, jeśli chodzi o moje planowanie. Moje zasady, błędy których się wystrzegam i mój... egoizm. Nawet wczoraj usłyszałam, ze jestem egoistką, bo nie zgodziłam się na wejscie do drugiego zespołu, pracującego nad dużym projektem. Cóż.. jeśli wiem, że nie dam rady czasowo, jeśli wiem, ze coś za bardzo skróci mój czas prywatny to mówię "nie". Az tak mi na kasie nie zależy.

      Powiedzcie mi.. umiecie mówić "nie"? Umiecie odmówić mimo ewentualnych korzyści? A jeśli nie odmawiacie.. to jak to wpływa na Wasze plany?

Zainteresowanych odsyłam do dwóch poprzednich wpisów o planowaniu: część 1 i część 2 .

Serdeczności ślę!





Copyright © 2014 Draqilka.. rozwijajmy się razem , Blogger