Kulturalni ulubieńcy odc. 8 - Luty 2017.

Kulturalni ulubieńcy odc. 8 - Luty 2017.

   

      Luty uciekł mi tak szybko jak nigdy. Zanim się obejrzałam już marzec. Nie wiem, czy też tak macie, ale ja mam wrażenie, ze czas biegnie coraz szybciej. Kiedyś czytałam, że to złudzenie.. że to wynik wielkiej ilości zajęć, zainteresowań, życia w biegu.. tylko że ja ostatnimi czasy w biegu nie żyję.. pracuję zdalnie, na spokojnie.. bez nerwów, bez spiny. Tak planuję sobie czas, żeby terminy nie goniły. Mam czas na wszystko.. i na ulubiony serial, i na ciekawy film, na książki, na ulubioną muzykę, i nade wszystko na spotkania z bliskimi.
      Jak wyglądał miesiąc kulturalnie... cóż, odkryłam nowy stary serial, odkopałam jeden z moich ulubionych filmów, zakochałam się po raz tysięczny w jednym rudym Angolu... i zaczytywałam się w pewnej historycznej serii.. Co to było?

Zapraszam!

1. Piosenka miesiąca lekko

      Wielbię Eda Sheerana od kiedy pojawił się na rynku. Jest taki angielski.. taki klasyczny, taki idealnie w moim guście. Cudownie brzmi w uszach, a każda jego piosenka to prawdziwa uczta dla moich uszu. Kilka notek wcześniej zdradziłam.. że to Ed Sheeran będzie otwierał moje wesele, więc siłą rzeczy to ta piosenka brzmiała mi w uszach najczęściej....



2. Piosenka miesiąca poważniej

      Luty pod względem muzyki klasycznej i filmowej był ubogi. Jakoś nie miałam do niej serca. Dziwne, ale tak było. Może to przez przygotowania przedślubne i taki ogólny rozrywkowy klimat.. sama nie wiem. W każdym razie w tej kategorii nie będzie ulubieńca.. jestem w szoku, ale jednak.


3. Książka miesiąca

   
źródło grafiki: http://www.czytambolubie.com/ksiazkowy-poradnik-prezentowy/

      Królowie Przeklęci, to cykl siedmiu powieści pióra francuskiego pisarza Maurice'a Druona. To typowa powieść historyczna, bo oparta o prawdziwe wydarzenia. Ogromna kopalnia wiedzy o średniowiecznej Francji, O walce o władzę nad Europą. która rozgrywała się między dwoma potężnymi siłami Anglią i Francją. Mamy tu politykę, spiski, morderstwa, bitwy i wojny. Mamy namiętność i zdradę... jest tu dosłownie wszystko. Pochłonęłam cykl w nieco ponad dwa tygodnie... książka dosłownie czytała się sama. Bo czy może być coś wspanialszego, niż historia podana w tak wspaniały... przystępny sposób?
      Nie wiem czy wiecie, ale George R.R Martin pisząc Grę o Tron inspirował się właśnie "Królami Przeklętymi.
      W mojej prywatnej skali 10/10


4. Serial miesiąca

      Starożytność, mitologia, gladiatorzy, niewolnicy, walka o wolność, powstanie... takie hasła zawsze sprawiają, ze łapię za książki, siadam przed tv czy idę do kina. Starożytność lubię chyba bardziej niż Średniowiecze..
      Jakim cudem wcześniej nie oglądałam Spartakusa (bo to ten serial jest moim numerem 1 jeśli chodzi o luty) nie wiem. Serio.. jakaś pomroczność jasna mnie dopadła, inaczej tego wyjaśnić nie mogę.
      Kim był Spartakus? Był prawdopodobnie dezerterem, później zwykłem zbójem, a wreszcie niewolnikiem i wielkim gladiatorem. Był tez przywódcą największego powstania niewolników jakie miało miejsce z Starożytnym Rzymie. To jego historię opowiada serial.
      "Spartakus"  doczekał się trzech serii.. "Krew i piach", "Zemsta" i "Wojna potępionych", każda jest wspaniała, zachwyca i ... wciąga. Dość powiedzieć.. że od gladiatorów wzroku oderwać nie można... Polecam z czystym sumieniem. ;)



5. Film miesiąca

      Uwielbiam Marysię Sadowską, lubię Magdalenę Boczarską.. więc kiedy te dwie się spotkały to ja wyniku tego spotkania zignorować nie mogłam. I tak powędrowałam na "Sztukę kochania".
      
      "Sztuka Kochania" to historia walki Michaliny Wisłockiej z aparatem PRL. walka o wydanie pierwszej polskiej książki o seksie, książki, która odmieniła życie niejednego Polaka i niejednej Polki. Film opowiada o walce Wisłockiej z betonowym nastawieniem aparatu komunistycznego, oraz wielka niechęć mężczyzn, ale nie tylko,.. Michalina Wisłocka walczyła też z Kościołem, który zwyczajnie obawiał się, że jej poglądy wywołają rewolucję seksualną Polaków. To tez historia życia bohaterki. Pełna zakrętów, pełna pasji.. pełna życia. Czy warto iść do kina... to zależy co lubicie. Ja nie żałuję, bo bawiłam się świetnie. :)
Polecam z czystym sumieniem.

**** ZWIASTUN ***


6. Cytat miesiąca

     


      Taki był ten mój luty... przeleciał jak Struś Pędziwiatr goniony przez ciapowatego Kojota (ten kojot to ja ;) ) . Wspominam go miło, ale przede mną kolejny miesiąc pełen wyzwań! A i wiosna coraz bliżej!
Uściski!





Przygotowania do ślubu EPIZOD 2

Przygotowania do ślubu EPIZOD 2

   
Hej!

      Dziś będzie bez typowego dla mnie, długiego tekstu... bo i sprawa jest jasna i konkretna...


      Tym razem potrzebuję Waszej pomocy, bo sama nie wiem co zrobić! Lubię mieć obmyślonych kilka wariantów więc tak jest tez tym razem.. Mianowicie zastanawiam się nad upominkami dla gości. Chciałabym, żeby były personalizowane, niebanalne i... nie kosztowały majątku. Nie to, że mi szkoda kasy, tylko raczej, że to jedna z tych rzeczy, które nie muszę kosztować nie wiem ile, bardziej liczy się pomysł.

      Mam kilka pomysłów, ale może podrzucicie mi coś jeszcze... oto one:


1. Personalizowane krówki

Pomyślałam, żeby zrobić kolorowe woreczki z organzy/tiulu i wrzucić do nich po kilka krówek..., do tego jakaś mała dedykacja z cytatem

źródło: MojaKrówka.pl

 2. Pachnące woski

Tu myślałam o wydrukowaniu spersonalizowanych naklejek...

źródło: http://yankeehome.pl

3. Personalizowane małe lusterka/otwieracze do butelek.

Ostatnio byłam na weselu, na którym właśnie takie małe gadżety były dla gości... ten pomysł akurat średnio mi się podoba.

4. Magnesy ceramiczne

To też jakiś pomysł, u mnie na lodówce jest ich sporo...

źródło: dawanda.pl



      Mam tez kilka innych pomysłów.. personalizowane czekoladki/ciasteczka/lizaki, a myślałam także o zdjęciach pary młodej w formie np. pocztówki lub w jakiejś prostej ramce ... ale może jednak coś innego? Macie jakieś pomysły? Jakie upominki wręczaliście swoim gościom? Będę wdzięczna za wszelkie uwagi! Zróbmy burzę mózgów!





Serce czy rozum?  Czym kierować się w życiu? Jak zaufać własnej intuicji?

Serce czy rozum? Czym kierować się w życiu? Jak zaufać własnej intuicji?

    

Wyobraź sobie....


      Grażyna (tak roboczo damy jej na imię) to na pozór wyzwolona singielka, nowoczesna dziewczyna. Mieszka w miasteczku na południu Polski i tam też pracuje w filii jednego z banków. Jej rodzice mieszkają niedaleko, prowadzą z jej bratem ekologiczne gospodarstwo.
      Nasza bohaterka jest lubiana i doceniana w pracy, mało tego dostaje propozycję awansu. Niestety wiąże się on z przeprowadzką do Warszawy. Dziewczyna bardzo związana z rodzinami i bratem nie wie co robić... rozum mówi tak.. serce nie.

Co powinna zrobić Grażyna? Wybrać serce czy rozum?

      Logicznym wydaje się sporządzenie listy ZA I PRZECIW... siadam spisuję argumenty i coś tam wybieram. W teorii tak, ale jaka jest praktyka? Przecież nie znam wszystkich czynników, rynek zmienia się z godziny na godzinę, świat pędzi jak szalony. Taka lista może mnie doprowadzić do sytuacji kiedy obie opcje są dobre, w innych przypadkach mogę stanąć przed sytuacją gdzie mam kilka równie dobrych wyborów.

      Więc co zrobić? Jak podjąć trudną decyzję? Jak uniknąć rozterek?
      Czym się kierować?
      Posłuchać innych czy jednak siebie?

Co robi Grażyna?

      Grażyna rzeczywiście sporządza listę ZA I PRZECIW. Pierwsze co robi to sprawdza połączenia Warszawy z domem rodzinnym, gdyż od samego początku wie jedno, nie chce pojawiać się w domu tylko na święta. Pyta rodziców o zdanie, konsultuje się z bratem, ze znajomymi.. O dziwo wszyscy mówią jednym głosem: Jedź! Tu nie ma dla Ciebie perspektyw, utkniesz tu, zwiędniesz. Zawsze będziesz mogła tu wrócić, to Twój dom!

Serce czy rozum? Serce czy rozum?

      Nasza bohaterka wciąż się waha. Rozum wciąż krzyczy jedź, serce pełne obaw woła: zastanów się, czy warto ryzykować, warto zostawić wszystko i rzucić się na głęboką wodę? Jednocześnie ona wie.. słyszy ten swój wewnętrzny głos, który mówi: "przeprowadzka i wypłynięcie na szersze wody to najlepsze, co mogłoby Cię w życiu spotkać, nie wahaj się".

   

Intuicja. Jak szukać odpowiedzi? Jak zaufać sobie?

      Kiedyś przeczytałam (chyba w Zwierciadle), że w myśleniu intuicyjnym chodzi o zerwanie ze schematami, porzucenie automatycznego myślenia. Często jest to mylone z "myśleniem sercem", jednak tak nie jest, nasze serduszko czasem może nas zwieść na manowce... przytłoczone naszymi obawami lub lękami które zaszczepili w nas inni, nie będzie potrafiło prawidłowo wydać osądu.
      Naukowcy twierdzą (a dokładniej noblista w dziedzinie ekonomii Herbert A. Simon), że intuicja to nic innego jak szybka racjonalna analiza, Proces tak szybki, że go nie rejestrujemy. Pojawia się tylko wewnętrzny impuls by postąpić tak lub inaczej.. czy to prawda? nie mnie to osądzać. Kwestia jest prosta... albo sobie ufamy albo nie. Albo potrafimy zawierzyć swojemu wewnętrznymi głosowi, że ten zna odpowiedź, zanim my sobie wszystko przemyślimy, przemielimy, rozłożymy na atomy i złożymy do kupy. Jak do tego dojść? Trzeba sobie tylko przetłumaczyć, że często znamy odpowiedź na dręczące nas pytania, a jedynie nasze lęki powstrzymują nas przed działaniem.

Serce czy rozum? A może połączenie obu?

      To jest właśnie ten poszukiwany ideał. Zgoda między głową a targanym emocjami sercem to prosta droga do zaakceptowania swojego wewnętrznego ja. Przecież to ono daje nam zawsze szytą na nasza miarę odpowiedź (rodzice, przyjaciele.. zawsze będą patrzyć na problemy ze swojej perspektywy, na ich ocenę będą rzutować osobiste doświadczenia). To trudne, bo żeby doprowadzić do zgody między sercem i rozumem, potrzeba wiele pracy... a chyba najtrudniej nauczyć się tonować emocje i eliminować myślenie automatyczne (ono przydaje się tylko w rzeczach najprostszych)... w przypadku fundamentalnych decyzji automatycznie włączające się lęki, czy euforie pomocne nie będą. Niestety skrajne emocje nie są dobrymi doradcami (w sumie żadna skrajność nie jest dobra).

    



Co zrobiła Grażyna?

      Nasza bohaterka spakowała się i przeprowadziła do Warszawy. Na początku przerażało ją miasto.. jego ruch, hałas, tłumy. W nocy nie mogła spać bo było za widno i za głośno... ale przyzwyczaiła się. Z natury towarzyska szybko zyskała nowych znajomych. Dziś jest szczęśliwą mężatką i mamą przecudownego chłopczyka, a także dyrektorem w jednym z oddziałów dużego banku i.... moją bardzo dobrą znajomą.
      Kiedy z nią rozmawiałam przygotowując poniekąd tą notkę powiedziała...

"Nie żałuję niczego. Napisz swoim czytelniczkom, żeby się nie bały, żeby słuchały tego, co mówi im ich wewnętrzny głos i robiły to. Strach zabija marzenia."


A jak to jest z Wami Kochani?
Słuchacie waszej intuicji?
Ufacie sobie?










"Diabeł ubiera się u Prady" - oglądam i jakbym widziała siebie sprzed lat.... prawie.

"Diabeł ubiera się u Prady" - oglądam i jakbym widziała siebie sprzed lat.... prawie.

    

      Wczoraj umierałam..... dosłownie... ot kobiece dni, które u mnie przyjmują postać
skrajną. Jestem nie do życia. A moimi najlepszymi przyjaciółmi są puchaty koc, termofor wypełniony ukropem, ptasie mleczko i babskie filmy. Ot.. ta nieprzyjemna strona bycia kobietą.. bo pokażcie mi taką, co lubi jak z niej wycieka. ;) To tyle tytułem dygresji.. a teraz przejdźmy do meritum. Jestem niemal pewna, że każdy z nas film "Diabeł ubiera się u Prady" oglądał, lub przynajmniej mniej więcej wie, o co w produkcji chodzi (jeśli nie, polecam obejrzeć), więc daruję sobie streszczanie fabuły. Przejdę od razu do moich przemyśleń. Film przeniósł mnie 15 lat wstecz...

      Pierwszy rok studiów, jest ciężko, dorabiam sobie jako niania, (bo jednak praca w hipermarketach mnie przeraża), ale wciąż szukam jakiejś dobrze płatnej pracy, żeby stanąć na własnych nogach. I udaje się.. jakimś cudem łapię się na etat w centrali jednego z banków. Najpierw jako recepcjonistka.. i następuje efekt WOW! Zachłyśnięcie się "wielkim światem". No udało się.. dostałam pracę.. jak się wykaże to mnie awansują! Więc starałam się, byłam na każde zawołanie. Pozbyłam się swojej własnej woli i oddałam w niewolę przełożonych. Awansowałam a jakże! Pracowałam (a właściwie harowałam) jak wół po kilkanaście godzin na dobę od poniedziałku do piątku a w weekend biegłam na uczelnię. I tak przez pięć lat. Pięć lat w czasie których nie żyłam a wegetowałam. Nie miałam żadnego życia osobistego, żadnych związków... BO NIBY KIEDY!?


Wiecie co jest najgorsze?

      Że po skończeniu studiów wcale nie zwolniłam. Przecież mogłam to rzucić w  diabły i poszukać czegoś lepszego, nie tak wymagającego. Ale nie, ja musiałabym być najlepsza.. pięłam się w górę jak typowy korposzczur. Wylądowałam aż w biurze prezesa banku. Tam to już był pełen hard core... wypisz wymaluj jak w filmie. Praca niemal non stop, gigantyczne wymagania, zero sentymentów i zwyczajny mobbing. Nie opamiętałam. A może nie było komu wylać mi wiadra wody na głowę? Może nie słuchałam. W tym czasie Andzia też wpadła w wir.. rodzice byli zadowoleni, że tak dobrze sobie radzę. Nie zauważyli jak bardzo jestem zmęczona bo i dobrze się maskowałam. Tak było dopóki nie zaprotestował mój kręgosłup. Wydaje mi się, że pisałam już o tym.. ale powtórzę. Sparaliżowało mnie.. ale nie tak leciutko jak w zeszłym roku, na jeden dzień (a potem z ogromnym bólem, ale jednak mogłam funkcjonować chociażby iść do toalety), o nieee. Leżałam przykuta do łóżka ponad dwa tygodnie. Mój wycieńczony organizm odmówił współpracy w sposób drastyczny. Nie chcę wracać myślami do tego okresu. Dość powiedzieć, że bycie całkowicie zależną od innych jest straszne. Przez pierwszy tydzień nie wstawałam... potem jeśli mnie ktoś postawił do pionu i podał kule byłam wstanie powlec się do łazienki i tylko tyle. Dopiero miesiące rehabilitacji postawiły mnie na nogi. Koszmar.

Dlaczego o tym piszę?

      Ano ku przestrodze. Nie warto.. mówię Wam, nie warto poświęcać wszystkiego co się ma dla kariery... potrzebna jest równowaga między życiem zawodowym a prywatnym. Wypośrodkowanie, ustalenie priorytetów.
      Czy żałuję tamtych lat? Teraz już nie. Bardzo długo żałowałam, wyrzucałam samej sobie własną głupotę. Dziś pogodzona ze sobą i z życiem jestem spokojniejsza, dojrzalsza. Wiem, że wiele się nauczyłam, to doświadczenie pozwoliło mi wyciągnąć wnioski, przewartościować życie. Płacę za tamtą głupotę do dziś, bo kłopoty z kręgosłupem mam od 10 lat i one już ze mną zostaną, mniej lub bardziej dokuczliwe. Ale też nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie tamte czarne dni. Widać tak miało być ale.... nie idźcie moją drogą. To zwyczajnie za bardzo boli.

      Można być szczęśliwym i spełnionym bez poświęcenia wszystkiego karierze. Kiedy patrzę na na moich znajomych z korpo.. starzy zmęczeni ludzie. Często po rozwodach i to już drugich, albo trzecich. Zestresowani, znerwicowani, uzależnieni od psychoanalityków. Nie twierdzę ze wszyscy, bo nie. Ale jednak wciąż znaczny procent.
      Tak sobie myślę.. czasem lepiej mieć mniej i żyć spokojniej.


Wspaniałego weekendu Wam życzę. Odpoczywajcie z bliskimi i nabierajcie sił na kolejny pełen wyzwań tydzień.

Tymczasem pochwalę się Wam, że wybrałam piosenkę na pierwszy taniec na wesele... oto ona:







Nawet nie zauważyłam kiedy minął rok...

Nawet nie zauważyłam kiedy minął rok...

 
   

      Przegapiłam pierwsze urodziny bloga!


      Nawet nie zauważyłam kiedy minął rok mojej obecności tu, na tym blogu.. w moim kawałku internetu. Zaczynając pisać nie sądziłam, że wytrwam aż tak długo, ale o dziwo udało się.. na przestrzeni tych 12 miesięcy przeszłam kawał drogi. Kiedy przeglądam teraz starsze notki, widzę że blog ewoluował. Ale to chyba o to chodzi prawda? O drogę, rozwój, poznawanie siebie i innych, pasję i dążenie do celu.
      Zaczynając pisać nie wiedziałam jeszcze co chcę przekazać, w jaki sposób. Wiedziałam tylko, że ma być po mojemu. Celowo nie przeglądałam żadnych blogów.. zwyczajnie nie chciałam się sugerować czymkolwiek. Z czasem, kiedy poczułam się lepiej, a wizja zaczęła nabierać kształtów poszło z górki. Mam jeszcze problem z systematycznością, ale pracuję nad tym cały czas.
      Przyznam szczerze.. nie spodziewałam się, że blogowanie aż tak mnie wciągnie, że będę się źle czuć nie zaglądając na bloga, zaniedbując komentarze czytelników, czy też nie odwiedzając innych blogów. Poznałam też sporo osób, może nie osobiście, ale tak wirtualnie. Rozpoznaję nicki i styl pisania. To miłe i.. nie oszukujmy się daje dobrą energię.
      Powiem to śmiało: złapałam bakcyla! Wiem dokąd zmierzam i co chcę osiągnąć. Czy się uda? Pogadamy za parę lat... bo tak to sobie wstępnie rozplanowałam. Na razie pomysłów nie brakuje.. więc kto wie! Jaki był ten rok?


 Tak wiem, statystyka jest nudna, ale w podsumowaniu nie może jej zabraknąć.

82 opublikowane notki
71 obsewatorów
18000 wyświetleń
1838 komentarzy
Najczęściej komentowany post: Przygotowania do ślubu Epizod 1


      Powiecie w sumie niewiele.. ale dla mnie to dużo, szczególnie dlatego, że nie piszę na tematy popularne, nie wpiszę o modzie, kosmetykach, fotografii... czy jest trudniej.. czy łatwiej? Sama jeszcze tego nie wiem. I nawet się nad tym nie zastanawiałam. Bo i po co? Każdy ma swoją drogę.
Najbardziej cieszy progres.. widzę, ze blog jest częściej odwiedzany i częściej komentowany, to cieszy i motywuje!

Moją siłą planowanie.. 

      Planuję nieco usystematyzować publikacje notek. Będą się ukazywać dwa razy w tygodniu we wtorki i w piątki. We wtorki planuję pisać poważniej, w piątki bardziej lifestylowo. To chyba optymalna opcja.. częściej nie dam rady, zwyczajnie zbraknie czasu, a nie chciałabym, żeby ucierpiała jakość. Trzymajcie kciuki!


A kwiaty i wino...



...są dla moich czytelników. Bez Was to miejsce nie byłoby takie jak jest. Więc dziękuję po stokroć i proszę o więcej. Przecież bloger nie pisze dla siebie.. ale przede wszystkim dla swoich czytelników. Więc nie zamierzam ściemniać i pisać, że mi nie zależy na jak najszerszym gronie odbiorców. Pisanie pamiętnika dla siebie do szuflady mam już dawno za sobą.. dziś piszę przede wszystkim dla Was.. wiecie dlaczego? Bo informacja zwrotna jest wspaniała, a moc dobrej energii przyprawia o zawrót głowy.  Jeszcze raz dziękuję!

Jako że przegapiłam rocznicę (nie wiem co ja miałam w głowie, ale byłam pewna, że zaczęłam blogować w kwietniu) nie ma rozdania, ale będzie całkiem niedługo więc STAY TUNED!

Tymczasem zapraszam Was do mojej grupy na Google+ .. dlaczego warto? Zawsze warto budować nowe miejsce, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, gdzie można pozostawić po sobie ślad.. (nie muszę dodawać, że google bardzo lubi swój portal, a każdy link jest cenny). Zapraszam dołączajcie bo ... W KUPIE SIŁA!

Tu link: ŚWIAT KOBIETY



Na koniec coś.. co za mną chodzi non stop!







Przygotowania do ślubu EPIZOD 1

Przygotowania do ślubu EPIZOD 1

    

      Jak na początku stycznia wspominałam, rok 2017 minie mi pod znakiem przygotowań do ślubu. Cały styczeń poświęciliśmy na szukanie odpowiedniej sali, takiej która by nas urzekła i gdzie spotkalibyśmy się z profesjonalizmem. Na początku postawiłam na sieć. wynalazłam pierdyliard domów weselnych i wysłałam zapytania emailem. I już w tym momencie nastąpiło odsianie 70% możliwości. Dlaczego? Albo nie było żadnego odzewu, albo tak mało profesjonalny, że odrzucało mnie natychmiast. Przykład:

Mój email:

Dzień Dobry.

Organizujemy wesele na ok 130 osób, planujemy uroczystość na październik. Czy mają Państwo wolne terminy? Jakie są szacunkowe koszty jeśli chodzi o dorosłych i dzieci? Jak wygląda sprawa korkowego? Czy istnieje możliwość noclegu większej liczby osób?

Pozdrawiam moje imię i nazwisko



Na co otrzymuje odpowiedź:


Tak mamy termin.



      WTF za przeproszeniem? Mnie natychmiast odrzuca. Zero jakiegokolwiek zainteresowania klientem, zero odpowiedzi na pytania.. no nic! Ja rozumiem, że nie wszyscy korzystają z sieci.. ale jeśli tak jest, TO PO CO UMIESZCZAĆ FORMULARZ KONTAKTOWY NA STRONIE??? Ja się pytam PO CO? Skoro albo się nie odpowiada, albo się odpowiada w taki sposób.. że potencjalny klient czuje się olany i natychmiast szuka czegoś innego?
      W dzisiejszych czasach, kiedy na rynku jest tak duża konkurencja jednak o każdego potencjalnego klienta trzeba zawalczyć choć trochę... a może ja jestem jakaś przewrażliwiona co? Chyba nie, bo dostałam kilkanaście wspaniale przygotowanych ofert, ze spisem potraw, kosztorysem i zaproszeniem na spotkanie! Były odpowiedzi, nawet jak nie mieli terminów na październik, bo podano alternatywne możliwości.. wesele w piątek lub jakiś pojedynczy termin we wrześniu, lub listopadzie. Od razu inaczej odbiera się potencjalnego kontrahenta prawda?
      Mój wybór padł na Hotel Mansor w Ząbkach. Przepiękne miejsce, wspaniała właścicielka. Od pierwszej chwili wiedziałam, że się dogadamy na 100%. Pełen profesjonalizm, indywidualne podejście. Może nie jest najtaniej.. ale wolę zapłacić te 10 zł od osoby więcej i mieć pewność, że wszystko będzie dograne na TIP TOP. Dodatkowo z Hotelu do Kościoła w którym będzie ślub jest trzy minutki na piechotkę, więc goście sobie spokojnie przyjadą, rozlokują się w pokojach, spacerem przejdą na ślub i wrócą na wesele.

Kilka zdjęć:


źródło: mansor.pl

źródło: mansor.pl

źródło: mansor.pl

źródło: mansor.pl

źródło: mansor.pl

źródło: mansor.pl

      Drugim punktem jeśli chodzi o styczeń był zespół. Tu problemu nie było żadnego bo... wiedzieliśmy o jaki zespół nam chodzi. To zespół z rodzinnych stron mojego Pana M. który gra na niemal wszystkich weselach w rodzinie.. grał u braci mojego Pana M, grał u kuzynów i kuzynek. Więc jest wypróbowany i pewny.. cztery główne instrumenty: perkusja, klawisze, gitara elektryczna i gitara basowa, plus tego oczywiście akordeon do przyśpiewek. Jak dla mnie opcja idealna.  Na szczęście w terminie w którym zaklepaliśmy salę mieli wolny termin! Jedyny w październiku... to się nazywa mam szczęście! Grają wszystko.. hity polskich kapel rockowych i piosenki z lat młodości moich rodziców, i hity disco polo, przecież bez nich żadne wesele się nie obędzie prawda?






No i nieśmiertelny niedościgniony Zenek!



      Na co dzień do słuchania disco polo nie nagoni mnie nawet bat... ale wesela rządzą się swoimi prawami.. i tam naszej rodzimej muzyki zabraknąć nie może. Jakie macie na ten temat zdanie? A może inne?

      Luty upłynie mi pod znakiem szukania fotografa i kamerzysty. I już widzę, że będzie chyba gorzej niż z salą... ale nie poddaję się i walczę, więc trzymajcie mocno kciuki. Bo przeglądam portfolia i na razie nic mnie nie urzekło. A chciałabym żeby tak było.. wybredna jestem noooo.

Ale ale...

      Jest jeszcze kilka pewników! Suknia będzie na bank długa. Jak mnie mama z moją Andziu wzięły w obroty to mnie przekonały! Poddałam się i przyznałam im rację. Będzie długa i z długim rękawem. Jeden kłopot mniej.. teraz tylko muszę schudnąć, żeby nie wyglądać jak beza! Nie wiem jak Wy, ale ja nigdy nie wyobrażałam sobie siebie w bieli, nie widzę się kompletnie. Jakaś dziwna jestem czy co? Ania śmieje się ze mnie, że jeszcze nie spotkała Panny Młodej, która nie miałaby swojego ślubu obmyślonego "od do". Cóż.. zawsze byłam cudakiem, taki mój urok. :D

źródło: szafa.pl
źródło: allieexpres

źródło: zdocu.xyz
źródło: alieexpress


      Jak Wam się podobają suknie? Mnie coraz bardziej zachwycają.. zastanawiam się tylko, jak będę w takiej wyglądać nie mając figury modelki.. choć znajome pocieszają mnie, że moim atutem będzie wzrost!

Na koniec dla rozluźnienia.. moja sobotnia podróż do mamy. Bajkowa puszcza Kozienicka. Znacie Opowieści z Narni? Jak tak jechaliśmy to miałam wrażenie, że Biała Czarownica za chwilę wyjedzie spośród drzew.!













Liebster A(wk)ward

Liebster A(wk)ward

     

      Do tej pory konsekwentnie może nie tyle ignorowałam nominacje to tej zabawy, co odkładałam na potem ze względu na ogromny sceptycyzm. Ale przyszła kryska na Matyska! Zdopingowały mnie do tego dwie wspaniałe blogerki LeBleuet z bloga Porcelanowe włosy swoją nominacją i Mama z różowa torebką swoimi odpowiedziami. Obie zaś.. podejściem do zabawy. Sama lubię czytać takie posty, więc w imię solidarności chce napisać w podobnym tonie o sobie.
      Jeśli macie ochotę i chwilę czasu to zapraszam w podróż do mojej nieco pokręconej głowy.. oto 10 faktów.. 10 pilnie strzeżonych tajemnic.. absolutny TOP SECRET..


1.
  Śpiewak 
      Muzyka towarzyszy mi od dziecka. Występy w przedszkolu? Zawsze byłam do tego pierwsza! Wskakiwałam w fikuśne sukieneczki łapałam mikrofon i śpiewałam. Tak było przez cały okres lat szczenięcych przedszkole.. podstawówka.. liceum.. potem studia. Odkąd pamiętam wolałam śpiewać, niż deklamować wiersze czy czytać na głos. Śpiewanie nigdy mnie nie stresowało.. czytanie tekstu tak. Dziś czasem śpiewam na ślubach. A tak to w domu non stop.. przy gotowaniu, sprzątaniu, pracy.. wspominałam ze śpiewam pod prysznicem? Zdarza mi się zapomnieć się w autobusie, nucenie na spacerach to standard. Ludzie dziwnie na mnie patrzą.. tak to ja postrzelona maniaczka dźwięków!


2.
   Minimalista

      Minimalizm.. nie wiem czy to zaleta czy wada.. ale jestem minimalistką w niemal każdej dziedzinie. Czy jeśli chodzi o pielęgnację, czy ilość posiadanych ubrań, butów torebek ogólnie rzeczy.. Wyjątek stanowią dekoracje świąteczne, w nich umiaru nie znam.
      Jestem już na takim etapie życia, że przedkładam jakość nad ilość. I wierzcie mi.. ta zasada sprawdza doskonale nie tylko w podejściu do dóbr materialnych, ale też w relacjach międzyludzkich. Lepiej mieć kilkoro wypróbowanych znajomych niż otaczać się tabunami ludzi w gruncie rzeczy całkowicie nam obojętnych.


3.
Łamaga

      Pomylić prawo z lewo? Zgubić się w znanym sobie terenie? Gdzie jest wschód a gdzie zachód? Pod tym względem typowa ze mnie kobieta. Nie ogarniam kierunków, nie orientuję się w terenie.. puśćcie mnie do lasu.. to wysyłajcie za mną ekipę poszukiwawczą. Zawsze idę w odwrotnym kierunku niż trzeba. Mam tez pewne problemy z koordynacją.. dlatego nigdy nie zrobiłam prawa jazdy.. niestety nie zanosi się na zmiany, jeśli dołożyć do tego moje panikowanie nawet jako pasażer.


4.
Czekoladoholik

      Jeśli posiadam jakiekolwiek uzależnienie to jest nim czekolada. Nie ważne jaka ona jest.. tabliczki, batony, cukierki, praliny, czekoladki.. kawałki czekolady w ciastkach, płynna... zjem pod każda postacią(z jednym małym wyjątkiem, ale o tym niżej). Nie szkodzi mi kompletnie. Nie mam po niej typowych objawów że tak to nazwę gastrycznych. Jem ją i jestem szczęśliwa. Duża Milka Oreo na raz? Nie ma sprawy.  Kawał obrzydliwie słodkiego tortu czekoladowego? Tylko dajcie mi łyżeczkę i wchłaniam jak odkurzacz kurz... a dupsko rośnie!


5.
Strachobżdziel

      Boję się wody. Nie wejdę głębiej niż do połowy ud, nawet jak mam obok siebie kogoś, kto trzyma mnie za rękę. Przyczyna prosta.. kiedyś w latach szczenięcych wozili nas na basen.. i tam na jednych z zajęć kazali nam skakać do głębokiego basenu.. skoczyłam a jakże.. tylko że za mną musiał skakać zaraz ratownik, bo poszłam na dno jak kamyczek. Od tamtej pory była histeria na każdą wzmiankę o basenie. Zostało mi do dziś.. ot każdy ma jakieś swoje bariery nie do przekroczenia.


6.
Antykawosz

      Kawa mogłaby dla mnie nie istnieć. Nie lubię jej zapachu... a co dopiero mówić o smaku. Nigdy mnie do niej nie ciągnęło i pewnie to też mi się już nie zmieni.. chyba że na starość zdziwaczeję do reszty. Kawy używam tylko do pielęgnacji.. kawowy peeling z wiórkami kokosowymi o olejem kokosowym jestem pierwsza, fusy z kawy dodane do szamponu w celu peelingu skóry głowy a jakże.. ale kawa przyjmowana doustnie FUJ! Jedyny moment kiedy odmawiam jakiejś słodkości to taki, kiedy wyczuję w niej kawę... wtedy nawet czekolada nie pomaga (ot wyjątek potwierdzający regułę).


7. 
Zabierzcie ode mnie te kędziory!.

      To już standard, że kobiety które mają włosy proste, namiętnie je kręcą.. a te, które mają naturalne kędziory, chciałyby mieć piękne proste druty. Przez znakomitą większość mojego życia doskonale wpisywałam się w ten schemat. Całe liceum i studia prostownica byłą moim najlepszym przyjacielem.. co z tego, ze efekt utrzymywał się do wyjścia na wilgoć? Następnego (albo jeszcze tego samego) dnia się poprawiało. Ot taka psychiczna konstrukcja.
      To, że włosy mi się kręcą doceniłam dopiero w czasie pracy w korpo.. kiedy to byle jakie podpięcie było efektowne, eleganckie i nie wymagało ode mnie nie wiadomo ile czasu. Myłam włosy wieczorem i padałam pyszczkiem w poduszkę. Rano włosy wyglądały dobrze bez żadnych dodatkowych zabiegów.  Latem myłam głowę rano i biegłam z jeszcze mokrą do autobusu.. po drodze włosy wysychały tworząc lwią grzywę.. ot wygoda i gigantyczna oszczędność czasu. Same plusy... ale musiałam do tego dojrzeć!


8.
Śpioch

      Do historii anegdot rodzinnych przeszła już opowieść, jak to przespałam pożar w sklepie naprzeciwko mojego rodzinnego domu. Środek nocy, straż, policja, karetki pogotowia, syreny, krzyki a ja nic. Dopiero rano mama mnie oświeciła.. kiedy zapytałam co się stało w elektrycznym.
      Mogę spać w każdym miejscu, o każdej porze dnia i nocy i w niemal każdych warunkach. Jestem koszmarnym śpiochem. Co ciekawsze nie przekłada się to na problemy ze wstawaniem. Wstaję bez problemu.. za to wieczorem mam problem, żeby obejrzeć film o 20. Ot jak to już wyżej napisałam... taka konstrukcja.


9.
Psiara

      Monika z bloga Mama z różowa torebką napisała w swoim wpisie: "wolę zwierzęta od ludzi". Podpisuję się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami, ze szczególnym naciskiem na psy i konie. Kocham je. Są niesamowicie inteligentne, wierne i dają taki ogrom bezinteresownej miłości.. że czasem aż trudno mi go objąć. Oceniam tez ludzi pod kątem tego, jak traktują zwierzęta. Dlaczego? Jeśli ktoś jest wstanie skrzywdzić niewinne zwierzę, skrzywdzi też człowieka. Możesz psów/kotów/papug nie lubić.. ale jeśli będziesz je traktował dobrze to okej.. jeśli nie, krótka piłka .. nie ma dla ciebie miejsca w moim życiu.


10.
Mól książkowy

      W języku angielskim jest takie powiedzenie: LAST BUT NOT LEAST .. I tak dokładnie jest w tym przypadku z książkami. Kocham je miłością odwzajemnioną choć trudną dlaczego? Niepokorny ze mnie typ był zawsze.. książki nie są żadnym wyjątkiem. Dość powiedzieć, ze przez całe liceum z lektur obowiązkowych przeczytałam tylko "Medaliony". Jak ja potem zdałam maturę z polskiego na dwa razy 5 to nie wiem (maturę na starych zasadach a nie to coś.. co było ostatnimi czasy).
      A dziś.. dziś pochłaniam minimum jedną książkę tygodniowo.. czytam nałogowo, to mnie odpręża. Wolę książkę niż gapienie się w TV.



      To by było na tyle! Kilka faktów, kilka anegdot. Ciut prześmiewczo momentami poważniej. Cała ja. Co do nominacji.. tu postawę ściągę od Moniki. Nie nominuję nikogo.. jeśli ktoś chce i ma ochotę to do dzieła! Chętnie poczytam tylko dajcie znać!.