Kulturalni ulubieńcy odc. 15 - Wrzesień 2017

Kulturalni ulubieńcy odc. 15 - Wrzesień 2017

   


      Ostatnio przeczytałam interesującą rzecz. Według badań, najbardziej lubimy tą pore roku, w której się urodziliśmy. Coś w tym jest, bo ja jako jesienne dziecko, najbardziej jesień lubię. Tą złota polską.. i tą szarą też. Z prostej przyczyny, lubię długie jesienne wieczory spędzane pod kocem z kubkiem herbaty w reku i książką na kolanach. Wtedy nawet siekący w okna deszcz mi nie przeszkadza. Jesienią tez zaczynam oddychać głębiej bo kończą się letnie upały.. nienawidzę ich, już wolę siarczyste mrozy, serio! Przed zimnem ucieknę do domu a przed upałem hmm? Wrzesień to chyba mój ulubiony miesiąc w roku... Jaki był? Jakich ulubieńców spotkałam na swojej drodze? Zapraszam do czytania!


1. Piosenka miesiąca lekko.


             Nie wiem dlaczego. Ale ta piosenka towarzyszyła mi niemal codziennie od połowy miesiąca. Ot taki lekki samograj, który już kilka lat ma..

Oto POPRAWIONY link! Jessie J, Ariana Grande i Nicki Minaj BANG BANG! https://www.youtube.com/watch?v=0HDdjwpPM3Y nie wiem co się stało wcześniej.



2. Piosenka miesiąca poważniej.


      Kuba Badach... wokalista którego kojarzę głównie z tego, że fajnie wykonuje utwory Andrzeja Zauchy (nie powiem, że fantastycznie, bo jednak Andrzej Zaucha jest niepodrabialny i niedościgniony). Natomiast z twórczością własną Kuby Badacha mam problem.. jest do bólu przewidywalna. Czy to z zespołem czy solo.. nuda! ALE... znalazł się kawałek, który mnie lekko poruszył i nuciłam go w końcówce miesiąca...




3. Książka miesiąca.


źródło: www.empik.com


      JEST! Wpadła w moje łapki! Piąta część Sagi Szklany Tron Imperium Burz. Wróciłam do cyklu po roku. Jeśli ktoś jest zainteresowany co pisałam o nim rok temu zapraszam TU . Kiedy tak teraz wróciłam do recenzji sprzed roku.. to nie zmieniłabym ani słowa. W piątej części nadal obserwujemy jak Cealena vel Aelin dojrzewa. Jak walczy o siebie, swoich przyjaciół i.. poddanych. Widzimy ile jest wstanie poświęcić w imię miłości..
      Po przeczytaniu Imperium burz przez kilka dni chodziłam wkurzona, bo autorka przerwała fabułę w takim momencie że wrrrr. DO tego kolejna część sagi, która ukazała się we wrześniu (po angielsku), wcale nie opowiada o dalszych losach Aelin tylko historię równoległą... I weź się tu człowieku nie denerwuj!
      Cóż.. muszę czekać. Ale wiecie... warto! Bo to naprawdę fajnie napisana powieść.

W mojej prywatnej skali: 8,5/10


4. Serial miesiąca.



źródło: fanpop.com


Harvey Specter... egoistyczny, bezczelny prawnik uśmiechający się tak, że skusiłby świętą! Ja święta nie jestem, więc zakochałam się od pierwszego odcinka..
Mike Ross ... piekielnie inteligentny chłopak z fotograficzną pamięcią, który swój dar wykorzystuje do tego co nie potrzeba.
Poznają się, kiedy Mike przypadkowo dostaje się na rozmowę kwalifikacyjną. Harvey jest pod wrażeniem umiejętności Mike'a, więc przyjmuje go do pracy, mimo że chłopak nie skończył Harvardu.. baaaa nie skończył żadnych studiów. Od tej pory obaj udają, że jednak dyplom jest...

Do tego w serialu mamy... mój ukochany Nowy Jork, piękne plenery, nieoczywiste postaci, konflikty, przyjaźń, zdradę i miłość... czyli wszystko to, co misie lubią najbardziej.
Wciąż zastanawiam się JAKIM CUDEM ja wcześniej nie zaczęłam oglądać "Suits"!?! Inaczej.. dlaczego byłam głucha na wszystkie polecające ten serial głosy?!? Ja się Was pytam JAKIM CUDEM!?! Cóż.. nadrabiam. Nadrabiam i rozkoszuję się przy tym niezmiennie!

Czy polecam? OCZYWIŚCIE!!


6. Film miesiąca.


     W tym aspekcie nadal posucha... cóż, w każdej wolnej chwili oglądałam Suits więc.... Swoją drogą może polecicie mi jakieś fajne filmy? Wymagań wielkich nie mam: żadnych łzawych dramatów, horrorów tez nie lubię, za kryminałami nie przepadam..


7. Cytat miesiąca.


   

To tyle ode mnie. Co tam dobrego dzieje się u Was? Lubicie jesień? Jakie książki wpadły Wam w oczy we wrześniu? Może jakieś fajne seriale, albo filmy?
Jak zawsze przesyłam moc dobrej energii.



POST SCRIPTUM!


Na koniec miesiąca przywitałam moje małe wymarzone cudo! Cudo tak wielkie, ze zakochałam się w nim do reszty jak tylko spojrzałam w jej śliczne mądre oczęta.
Część z Was się już domyśla o kim mowa...

Oto ona! Bella!! Zwana przeze mnie Bellsonem!


   







Nie popełnia błędów ten, co nic nie robi! .. czyli pochwała porażek cz. 1

Nie popełnia błędów ten, co nic nie robi! .. czyli pochwała porażek cz. 1

nie popełnia błędów ten co nic nie robi.
    


      Ostatnimi czasy wpadła mi w łapki książka, którą jestem oczarowana! I postanowiłam ją Wam zwyczajnie opowiedzieć (krótka jest) i okrasić swoim komentarzem. Co to za książka? Ano "Ale wtopa" Erika Kesselsa. Książka traktuje o tym, by zerwać z kultem perfekcjonizmu, by nie uznawać porażek za życiowe przekleństwo, wręcz przeciwnie, by zamieniać je na sukcesy. Ponieważ od dawna chodził mi po głowie ten temat... więc pomyślałam dlaczego nie! Dziś zapraszam Was na część pierwszą... części będzie 5. A może 6?!


nie popełnia błędów ten, co nic nie robi
  



"Popełnianie błędów, flirtowanie z katastrofą i ponoszenie dotkliwych porażek to doskonała droga do samorozwoju. Bez takich doświadczeń utkniesz w przeciętności. Jasne, nie będziesz się wtedy denerwował, nie będziesz czuł się zakłopotany ani zawstydzony. Ale będziesz... nudny."
(Erik Kessels Ale Wtopa)

      Ten cytat może i jest przewrotny, ale nie sposób odmówić autorowi racji. Jak zaznaczyłam w tytule, nie popełnia błędów ten, co nic nie robi. Krótka piłka. Leżysz, rozmyślasz, dumasz co by było gdyby, a za tym nie idzie działanie. To co się z Tobą dzieje? Ano cofasz się w rozwoju! I przeciwnie.. działasz ale upadasz.. nie zawsze wszystko wychodzi.. TRUDNO! Sztuką jest podnieść się, otrzepać i iść dalej z nową wiedzą!


nie popełnia błędów ten, co nic nie robi.
      


Gigantyczna wtopa!


      Pamiętam to jak dziś! Miałam śpiewać na ślubie kumpeli. Standardzik... Ave Maria, Panis Angelicus, psalm responsoryjny i aklamacja... normalka, rutyna. Normalnie nawet się nie oglądam. Tiaaa... normalnie było do momentu psalmu. Refren typowego psalmu na ślubie brzmi "Błogosławiony, kto się boi Pana" ... co zaśpiewała Draqilka? "Błogosławiony, kto się boi żony." I POWTÓRZYŁAM "z ludem".  Organista ze śmiechu mało nie spadł z ławki i przestał podgrywać... Ksiądz aż się nakrył ornatem i trząsł się jak galareta... Młodzi i goście jak jeden mąż odwrócili się w stronę chóru... A ja? Ja początkowo kompletnie nie wiedziałam o co chodzi i śpiewałam dalej... po chwili, mniej więcej w połowie zwrotki dotarło do mnie co się stało. Zagotowałam się.. to mało... jakoś dotarłam do końca krztusząc się i dusząc, ale jak już skończyłam to wyszłam z kościoła, bo się z nerwów/śmiechu uspokoić nie mogłam.  Jak ja to zrobiłam, do tej pory zastanawiam się, co mi się w głowie poprzestawiało. Koleżanki psycholożki oznajmiły mi potem, że to było freudowskie przejęzyczenie... możliwe, choć dla mnie to była rutyna. Znałam tekst,błądziłam myślami gdzie indziej i .. finał znacie. Może to obie te przyczyny... może....
      Dlaczego o tym piszę? To była wtopa. Powiecie iiitam.. pomyliła słowa też mi coś. Czy aby na pewno? Dla mnie w tamtej chwili to może nie był koniec świata, ale z pewnością jakiś tam koniec. Dlaczego? Chyba pierwszy raz w życiu stałam się obiektem tak zmasowanego (co prawda życzliwego, ale zawsze) obśmiewania. Ta historia krążyła między znajomymi i ciągle do mnie wracała. Opcje były dwie.. albo się załamię i przestanę śpiewać, żeby znów z czymś nie wyskoczyć... albo przyjmę to na klatę i wyciągnę wnioski. Pierwszą rzeczą było obiecanie sobie, że nie będę podchodziła rutynowo do życia i tego co robię. Druga... pójdę na lekcje śpiewu, żeby mi tchu nie brakło, kiedy mam atak śmiechu/kaszlu/kichania czy czego tam jeszcze.


Piękno rodzi się czasem przez przypadek.

      Wiecie jak powstała coca-cola? Jako efekt uboczny pracy pewnego uzależnionego od morfiny farmaceuty. Chciał wynaleźć lek na swoje uzależnienie, wyszła mu coca-cola. I poważniejszy przykład. Profesor Wilson Greatbath podjął próbę wynalezienia urządzenia, które będzie rejestrowało rytm serca. Pomylił oporniki i przez przypadek wynalazł rozrusznik serca, który uratował i wciąż ratuje tysiące istnień.
      To wcale nie są odosobnione przypadki. Wniosek jaki z nich płynie jest prosty.. Lepiej nie dopieszczaj w nieskończoność swoich projektów, bo boisz się śmieszności, boisz się porażki. To wcale nie musi tak być. Nawet jeśli coś, nie prowadzi Cię do z góry założonego celu to nie znaczy, że to porażka. To raczej otwierają się przed Tobą nowe kolejne drzwi, za którymi możesz znaleźć genialne rozwiązanie.


pochwała porażek.
   



      Jeśli nie jesteś Panem Bogiem (za zakładam, że nie jesteś), ani zadufanym w sobie bufonem co to uważa się za pępek świata (uznam, że ta opcja też Ciebie nie dotyczy).. to na pewno choc raz w życiu poniosłeś porażkę i przyznałeś się do tego przez innymi i przed sobą samym. No nie ma innej opcji. Może Twoje porażki nie były jakieś spektakularne... ale z pewnością dokuczliwe jak nie przymierzając bzyczące komary w nocy! A to oblany egzamin na studiach. A to niedotrzymanie terminu w pracy. Wreszcie zły wybór partnera. To wszystko porażki.. od nas zależy jak do nich podejdziemy. Czy będziemy bez końca rozpamiętywać to, jacy byliśmy głupi/naiwni/niedomyślni? Czy wciągniemy wnioski, podniesiemy się i ruszymy do przodu ze zdwojoną siłą.







Jak w dzisiejszym świecie pozostać przy zdrowych zmysłach? .. oto mój mini przewodnik!

Jak w dzisiejszym świecie pozostać przy zdrowych zmysłach? .. oto mój mini przewodnik!

   
      Hedonizm i eudajmonizm.. Hedonizm utożsamiający szczęście z maksymalizowaniem przyjemności i unikaniem tego co przykre i eudajmonizm stawiający na pierwszym miejscu pracę nad sobą i własnym charakterem. To dwie wywodzące się ze Starożytnej Grecji recepty na bycie szczęśliwym. Z hedonizmu wywodzi się psychologia hedonistyczna.. którą ja osobiście określam mianem "róbta co chceta, wasze potrzeby są najważniejsze" i nie ukrywam gardzę tym podejściem. Bo to źródło zepsutego, rozpasanego konsumpcjonizmu podkręcanego egoizmem. Znacznie bliżej mi do psychologii pozytywnej.. która wiele zaczerpnęła z eudajmonizmu. W psychologii pozytywnej stawia się na rozwój pozytywnych cech charakteru.. które są kluczem do szczęścia... 


      Na zajęciach z psychologii kiedy omawialiśmy wyżej wspomniane drogi ku szczęściu usłyszałam, ze żadna z nich nie jest idealna. I nie sposób się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Dlaczego? Obie mają wady. Hedonizm jest bezradny w obliczu nieszczęścia... a niestety prędzjej czy później, każdy z nad z kłopotami się zetknie. Słabością eudajmonizmu jest niebezpieczeństwo, ze tak się zagalopujemy z rozwoju, jak dalece uwierzymy w dobro i sprawiedliwość, ze oderwiemy się od świata rzeczywistego. Co więc robić? Ano wziąć z obu recept to co najlepsze, zmieszać i zdobyć trwałe zadowolenie z życia! I tu dochodzimy do integralnej psychologii pozytywnej... to z niej zaczerpnięte będzie tych kilka haseł, które utworzą Mini przewodnik pozostawania przy zdrowych zmysłach!

   

 Kontrola nad własnym umysłem


      "Co teściowa o mnie myśli?' "Czy Julka będzie się czuła gorsza, jeśli nie będzie miała wszystkich Świeżaków?", Dlaczego to powiedziałam, przecież mogła inaczej!" I tak w koło... nakręcanie się, rozpamiętywanie w nieskończoność spraw, na które nie mamy wpływu. Zapominamy przy tym o najważniejszej rzeczy... mamy kontrole nad umysłem! To właściwie jedyne aspekt, nad którym jesteśmy wstanie zapanować. Mózg to narzędzie! Podsuwa nam rozwiązania, które sprawdziły się w przeszłości. Doświadczenia, wnioski z obserwacji otoczenia, rodziców czy też przyjaciół. Ważne, by mieć kontrolę nad naszymi myślami.. to klucz do szczęścia! Sprawa jest pozornie prosta. Sprowadza się do koncentrowania się na pozytywnych aspektach nawet kiepskich sytuacji. By nauczyć się mówić STOP... kiedy nas ponosi. Kiedy w swojej głowie zaczynamy budować coraz to gorsze scenariusze.
      Istnieje proste ćwiczenie by poznać ten mechanizm...
1. Skieruj swoją uwagę na zjawisko lub rzecz skrajnie inną od tej, którą się teraz zajmujesz
2. Obserwuj uważnie, jak zmienia się Twoje postrzeganie, jak rozwija się Twój tok myślenia.
3. Jeśli zmierza w negatywnym kierunku... bo Cię ponosi wyobraźnia przełącz się na inny.. neutralny tor... zacznij np. liczyć oddechy.


Jak powiesz "dziękuję" honoru Ci nie ubędzie.


      Wdzięczność... jakże rzadko spotykana cecha. Dziś nie lubimy być komuś dłużni. Gdzieś z tyłu głowy zawsze siedzi myśl: pewnie będzie chciał czegoś w przyszłości! A cholera tam! I dobrze! Wdzięczność jest dobra, pomoc innym jest dobra. Ta wynoszona pod niebiosa niezależność jest psu na budę! Człowiek jest zwierzęciem stadnym! I jako takie musi wchodzi w relacje. No sory... wszystkiego sam nie zrobisz.. choćbyś się w trumnie na stojąco ... (wiadomo co).
      Czy można się nauczyć bycia wdzięcznym? Wdzięczność jest aktem woli. Więc wystarczy chcieć! "Dziękuję, ze otworzyłeś mi drzwi"; "Dziękuję, że zrobiłaś taki pyszny obiad"; "Dziękuję za szybkie załatwienie sprawy"; "Dziękuję..."


Konkrety kurde!


      Wielozadaniowość jest przereklamowana! Tak uważam i nie bijcie mnie jeśli uważacie, ze jest inaczej. Osobiście wolę robić rzeczy jedna po drugiej. Kiedy robię ich kilka na raz, z reguły zajmuje mi to dużo więcej czasu. I tak, jeśli pisze notkę na bloga to ją piszę.. a nie przy okazji robię pranie, sprzątam, gotuję, sprawdzam pocztę i media społecznościowe. Jeśli pracuję to pracuję... facebook wtedy nie istnieje.. jutub (moje uzależnienie) też. Myślenie pt. "co by było gdyby..." już dawno wyrzuciłam ze słownika. To prosta droga to niekończącego się roztrząsania nawet najbardziej błahych spraw. Po co mi to?
      Przykład z życia wzięty: Dwie kobiety.. obie remontują mieszkania, obie robią to samo, czyli zmieniają kolor ścian, karnisze, oświetlenie i część mebli.. Jedna już skończyła i cieszy się pięknymi wnętrzami. Druga wciąż się zastanawia nad wyborem oświetlenia i karniszy... Jak myślicie.. która jest szczęśliwsza?

    

Nie bądź defetystą!


      Jeśli są ludzie którzy z miejsca działają mi na nerwy i zwyczajnie ograniczam obcowanie z nimi do absolutnego minimum to defetyści! Jak na dzień dobry słyszę "nie da się bo nie". To kończę rozmowę. Szkoda mi czasu i energii na przekonywanie kogoś, kto z góry zakłada ze coś się nie uda. Że na pewno stanie się coś złego. Mam w swoim bliskim otoczeniu taką osobą i wiecie. Ja osoba towarzyska, zwykle rozgadana .... milczę! MILCZĘ bo nie mam ochoty słuchać niekończącego się gderania. Mam wrażenie.. ze takie osoby szczęście i satysfakcję odnajdują wtedy, kiedy mogą powiedzieć: a nie mówiłem? A KYSZ!
      Jeśli chcesz być szczęśliwy... nigdy na starcie nie zakładaj, że coś się nie uda. Jeśli tak zakładasz... cóż z pewnością Ci się nie uda.


Głębokie, zdrowe relacje to klucz do szczęścia.


      O budowaniu głębokich relacji i ich znaczeniu w życiu zawodowym pisałam TU. Ale trwałe głębokie relacje, to także nieustanne źródło pozytywnych emocji w życiu prywatnym. Teza jest potwierdzona i niepodważalna. Kiedy masz zdrowe, bliskie relacje z ważnymi dla Ciebie osobami jesteś szczęśliwy. Jeśli relacje są zaburzone, pojawiają się napięcia i lęki. Dlatego pielęgnuj każdą ważną dla Ciebie znajomość. Pielęgnuj realnie a nie wirtualnie...


Czy Ty aby na pewno siebie znasz?


      To pytanie jest przewrotne, ale tylko do pewnego momentu. Kim jesteś? Skrytym introwertykiem lubiącym swoje własne towarzystwo.. czy wręcz przeciwnie towarzyskim introwertykiem potrzebującym ludzi jak powietrza? Zapytaj siebie co lubisz? Gdzie czujesz się najlepiej? Co sprawia, że szeroko się uśmiechasz? Odpowiedzi na te pytania wskazują drogę, jaką trzeba podążać. Zapomnij o modzie i trendach... jesteś jedyny w swoim rodzaju, posiadasz indywidualny kod. Dopóki nie krzywdzisz innych, masz prawo do robienia tego co czujesz.


Ciało i umysł to jedno!


      "W zdrowym ciele zdrowy duch"! Znacie to powiedzonko? Ja słyszałam je na każdych zajęciach z W-F'u w podstawówce. Czy moja zafiksowana na bycie fit nauczycielka (Pani Ania była taką trochę Ewą Chodakowską lat 90-tych, tylko na lokalną skalę) nie miała racji? Ano miała. Kiedy nasze ciało niedomaga to psychicznie czujemy się kiepsko... i na odwrót. Dlatego rozwijając umysł, nie możemy zapominać o ciele.. odrobina ruchu i zdrowa dieta nikomu jeszcze nie zaszkodziły.


Równowaga


      Na koniec rzecz najważniejsza... Równowaga. Kiedy mamy zaburzone proporcje, postrzegamy świat z wykrzywionej perspektywy. Kiedy nasze życie zawodowe dominuje nad prywatnym zaburzone zostają relacje z najbliższymi. Kiedy zamiast pójść na spacer z psem siedzimy na kanapie i wcinamy pizzę... to kończy się to dodatkowymi kilogramami. Kiedy zanurzymy się w świat wirtualny, zamykamy się na doznania realne. Można tak bez końca...

   


     Jako podsumowanie zostawię Wam cytat, jaki wypisałam sobie ostatnio z artykułu podsuniętego przez przyjaciółkę:

"Szczęście nie jest efektem powielania kulturowych wzorców - choć ich obserwacja bywa pouczająca - ani podążania za wizjami oferowanymi przez media, polityków, przewodników duchowych czy psychoterapeutów. Doświadczenie satysfakcji z życia jest w każdym przypadku wyjątkowym osiągnięciem osobistym."
Poradnik Psychologiczny Anna Tylikowska






Gang Świeżaków... czy to już zbiorowy obłęd?

Gang Świeżaków... czy to już zbiorowy obłęd?

    

      Miało być o motywacji dziś, ale po tym co spotkało mnie wczoraj to musi poczekać. Do rzeczy. Zapewne wiecie, ze ruszyła druga edycja Gangu Świeżaków w Biedronce. W sieci pojawiły się prześmiewcze memy, jak to matki walczą o Świeżaki dla dzieci, jak to ktoś tam ukradł naklejki ze sklepu, żeby potem na nich zarobić. Myślałam, że to zwykła ludzka wyobraźnia... ale nie! To jest prawda... ! To się dzieje rzeczywiście... te szalone matki, które walczą o głupie maskotki. te dzieci robiące w sklepie dzikie awantury... Co te maskotki takiego w sobie mają? To jakaś zbiorowa psychoza? W Biedronkach rozpylają jakieś psychotropy? Dziwne... śmieszne i straszne jednocześnie.


      Każdy z nas, kto ma dostęp do internetu w ostatnim czasie z pewnością spotkał się z memami wyśmiewającymi matki walczące o Świeżaki. Nie chcę wrzucać tych memów, bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że na własnej skórze przekonałam się, jak to jest spotkać się z taką matką! Otóż!
      Dziś to znaczy w czwartek jak zwykle co rano pojechaliśmy z Panem M. na zakupy. Ot zwykła spożywka plus parę gadżetów dekoracyjnych (akurat są). Dodatkowo, pojechaliśmy po Świeżaka. Nazbierałam naklejek to myślę sobie odbiorę! Zrobiłam zakupy, złapałam maskotkę i idę do kasy! Wtem ktoś łapie mnie za rękę i rozpoczyna się tyrada: Te maskotki są dla dzieci! Dlaczego wzięłaś ostatnią borówkę? Oddaj i weź sobie coś innego! Moja córka będzie niepocieszona, jak nie dostanie borówki! Ty głupia krowo co ty sobie myślisz?! Oddawaj mi tą zabawkę! No już! Zapłacę ty jędzo bez serca!
      Wiecie... ręce i szczęka opadły mi do samej podłogi. Mało kiedy cokolwiek może mnie tak zaskoczyć, że w pierwszej chwili nie wiem co powiedzieć. Zatkało mnie serio... nie wierzyłam, że istnieją istoty z memów. Ale jednak istnieją... Świeżaka oczywiście nie oddałam z prostej przyczyny, nie zwykłam reagować na groźby, a inwektywy budzą moje najgorsze cechy. Poza tym, obiecałam ta zabawkę małej sąsiadce, która nie ma zbyt wiele nowych rzeczy. Na szczęście interweniował Pan M., który stanowczo odprowadził agresywną Panią na bok. Nie ukrywam oboje byliśmy w szoku i cały czas się zastanawiam, czy ta kobieta była zdrowa na umyśle.
      Teraz siedzę pisze do Was i cały czas się zastanawiam, co takiego jest w tych zabawkach, że wywołują tak skrajne emocje!? Dla mnie to jest niepojęte. Serio... nie ogarniam tego. Może spróbujecie mi wytłumaczyć skąd to się bierze? Czy matki nakręcają same siebie? No bo przecież nie dzieci do jasnej anielki! Przecież ani te maskotki nie są jakieś cenne, ani specjalnie ładne.. ot zwyklaki bym powiedziała. A szał na nie taki jak nie przymierzając na papier toaletowy za komuny.


   

      Pod ostatnim postem Tanika pisała o zawiści panującej między rodzicami. Jeśli panuje zawiść, to może jest też rywalizacja pt. Moje dziecko będzie miało wszystkie Świeżaki i będzie miało czym się w przedszkolu pochwalić! I niech zdechnę, ale tego dokonam! Może właśnie tak zaczyna się ten zbiorowy obłęd? Obłęd, który Biedronka umiejętnie wykorzystuje nakręcając sobie obroty. Wiecie... czasem jestem tak przerażona, jak na to wszystko patrzę. Kogo wychowają te "szalone" matki? Takich samy szalonych rozpasanych w konsumpcjonizmie ludzi. Przecież dzieci widzą i naśladują.....

A Ty Drogi Czytelniku co sądzisz o Świeżakach?
Szerzej... co sądzisz o całym tym szalonym zjawisku?
Jak zawsze zachęcam do dyskusji!






Sukces czy porażka ... czyli co szybciej zabije przyjaźń?

Sukces czy porażka ... czyli co szybciej zabije przyjaźń?


przyjaźń kontra sukces, przyjaźń kontra porażka
    

      Kiedy pisałam tekst o networkingu gdzieś z tyłu głowy pojawiło się wspomnienie. Wspomnienie o niej, o tej, którą uważałam za przyjaciółkę. A która naszą relację ucięła jak nożem. Jej wybór, jej decyzja. Bolało, w sumie boli nadal, ale nauczyłam się z tym żyć. To wspomnienie skłoniło mnie do przemyśleń. Przemyśleń o przyjaźni i o tym, co ją szybciej zniszczy... Pomyślcie... co jest trudniejsze do przełknięcia dla drugiej osoby? Upadek? Porażka? Czy może jednak sukces i szczęście?


przyjaźń i zazdrość
   



Na początek mam dla Was dwie historie... niby zupełnie inne, ale wynik ten sam. Ucięcie znajomości...


Posłuchajcie o Ilonie (imię zmienione).


      Poznałyśmy się wieki temu (będzie już naście lat). Obie zwariowane singielki. Nawet jak pojawiali się jacyś faceci, to nie zagrażali naszej relacji. Lubiłyśmy się nooo... Jeździłyśmy razem na rowerach, biegałyśmy do kina, teatru, na wystawy. Zakupy to był punkt obowiązkowy. No wiecie... takie psiapsiuły! Wszystko się skończyło kiedy poznałam Pana M. Uwierzcie mi... to nie było tak, ze nie miałam czasu dla przyjaciół. Nie było tak z prostego powodu. Mnie i Pana M dzieliło 150 km. Widywaliśmy się tylko w weekendy, a i to nie w każdy. Ale Ilonie to chyba przeszkadzało. Przeszkadzało jej, że opowiadam o nim. Krzywo patrzyła kiedy mówiłam: kurde jestem szczęśliwa! Unikała wspólnych wyjść, aż w końcu ucięła naszą znajomość. Nie odpowiadała na wiadomości, nie odbierała telefonu. Jakbym przestała dla niej istnieć. Później od osoby trzeciej dowiedziałam się, że Ilona znalazła sobie inną kumpelę na wyprawy singielek...


      Co się stało? Poczuła się zdradzona? Nagle miałam kogoś do kochania i nie byłam już singielką? Jej hasło "faceci są beznadziejni" przestało mnie dotyczyć? A może stało się jednak coś innego? Może nie mogła znieść mojego szczęścia, mojego osobistego sukcesu! Może mi zwyczajnie zazdrościła? Jak myślicie?


Posłuchajcie o Igorze i Grzegorzu


      Igor i Grzesiek.. kumple z kołyski. Obaj wychowani na jednym z mokotowskich blokowisk. Razem chodzili do przedszkola, w podstawówce byli w jednej klasie. Nawet liceum wybrali to samo. Razem grali w kosza, razem jeździli na obozy pływackie. Ich drogi pozornie rozeszły się kiedy zdali maturę. Igor wybrał ekonomię na SGH, a Grzegorz postanowił studiować Inżynierię Środowiska na SGGW. Studia jak studia przeszły bez echa. Przyjaźń przetrwała mimo, że obaj znaleźli się w skrajnie różnych środowiskach. Byli swoimi drużbami na ślubach. Wydawało się, że nic nie zabije tej przyjaźni... Okazało się, że jednak coś jednak mogło..... Igor dostał w pracy awans, który wiązał się z przywilejami takimi jak bardzo wysoka pensja, służbowy samochód, częste wyjazdy zagraniczne itp. Jednocześnie Grzegorz utknął na średnim szczeblu w Ministerstwie Środowiska. Jak myślicie co się stało?


      Tak. Pojawiła się zawiść. Pojawiły się docinki, dogryzanie. Kropla się przelała, kiedy Igor z żoną przenieśli się do nowego większego mieszkania. Grzegorz zamiast cieszyć się sukcesami kumpla, zaczął zazdrościć. Zazdrościł wszystkiego. Nawet tego, ze żona Igora szybko wróciła do wagi po porodzie. Wreszcie wszystko ustało. Igor zadzwonił do mnie mówiąc: Grzesiek powiedział mi, że dla niego umarłem. Powiecie... widocznie to nie była prawdziwa przyjaźń... Ja Wam mówię że była! Zabiła ją zazdrość o sukces.


przyjaźń i zazdrość


To jak: co łatwiej znieść sukces czy porażkę?



      Pozastanawiajmy się wspólnie. Kiedy łatwiej nam trwać przy drugiej osobie? Kiedy jest nieszczęśliwa i trzeba ją pocieszać? Kiedy mamy status quo i nic się nie zmienia.? Czy może jednak kiedy ktoś staje się lepszy? Osiąga sukces i .... już nas (w naszym odczuciu) nie potrzebuje.
      Z mojego doświadczenia wynika, że ludziom trudniej znieść czyjś sukces. I nie ma znaczenia jak dobra/głęboka/powierzchowna jest relacja. Zawsze łatwiej będzie pocieszać... pocieszanie jest łatwe. Wystarczy mieć w sobie choć odrobinę empatii i leci. Pocieszanie nie wzbudza w człowieku najgorszych demonów jakimi są zazdrość i zawiść. No bo jak tu zazdrościć przyjaciółce, ze straciła prace czy facet ją zostawił. Jak zazdrościć kumplowi, że rozbił ukochany samochód? No proste! Nieszczęście nie wzbudza w nas negatywnych uczuć. Wręcz przeciwnie! Pobudza te dobre strony naszego charakteru. Wręcz przeciwnie jest, kiedy nasz przyjaciel osiąga sukces. Jasne powiecie... co Ty gadasz! Ja bym się cieszyła szczęściem mojej przyjaciółki! Żadna zazdrość w grę nie wchodzi. Girl Power! Żaden facet nie zniszczy babskiej przyjaźni... Tiaaaaa .. Wybaczcie mi mój cynizm, ale nie wierzę. Już w takie gadki nie wierzę. Zbyt często obserwowałam, jak rozpadały się długie przyjaźnie właśnie przez sukces. Sukces, który zwyczajnie budził demony.


przyjaźń i zazdrość
   



Moje zdanie już znacie. Właściwie tezę postawiłam już w pierwszych zdaniach. Jestem ogromnie ciekawe, co Wy myślicie na ten temat.
Co jest trudniejsze do przełknięcia... sukces czy porażka?
Co szybciej obudzi złe emocje?
Jak zwykle zapraszam do dyskusji!






Skuteczny networking .. po raz kolejny liczy się jakość a nie ilość!

Skuteczny networking .. po raz kolejny liczy się jakość a nie ilość!

czyli mniej znaczy więcej
   

      Cóż to takiego ten networking? Nic prostszego! To system wymiany informacji, zasobów czy wzajemnego poparcie, który wynika z zawartej sieci korzystnych wzajemnych kontaktów.
Jak go uprawiać? Kto uprawia skuteczniejszy networking: ten kto ma kilkoro wypróbowanych znajomych, do których może zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Czy ten, który kolekcjonuje znajomości jak wizytówki? Czy można go odnieść co blogerów i ogólnie do blogosfery?
      Ano pozastanawiajmy się wspólnie!



Jak to było kiedyś, jak jest dziś?


      Kiedyś... cóż, kiedyż zawierało się znajomości, kolekcjonowało się je jak wizytówki. Sama mam gdzieś taki ogromny wizytownik... nie chyba wywaliłam jednak. Ze spotkań wychodziłam z kieszeniami pełnymi przeróżnych wizytówek. Taka była moda. Każdy wizytówki miał i każdy je rozdawał komu popadło. Czy było to płytkie? TAK. Czy się opłacało? A skąd? Po co mi tona wizytówek od nawet najbardziej wpływowych osób, skoro jestem świadoma tego, ze one telefonu ode mnie nie odbiorą, czy też mój problem zignorują.
      Dziś to się zmieniło. Dziś rynek docenia zdolność komunikacji, zdolność do dogadania się z każdym. Umiejętność pracy w grupie, umiejętność przykuwania pozytywnej uwagi ludzi... jeśli to masz to jesteś w domu! Dlaczego? Bo niejako z automatu zostajesz kandydatem na kogoś, kto osiągnie sukces. I nie ważne czy chcesz zrobić karierę w korporacji, czy otworzyłaś małą manufakturę z naturalnymi kosmetykami (Mariko serdeczniście pozdrawiam!). Nie mówię o tym, że masz być przebojowy, być wciąż w centrum uwagi! Nie o to chodzi. Istotne jest to, by w sytuacji jeden na jeden umieć przykuć uwagę ważnego dla nas rozmówcy! Być dla niego interesującym. To prowadzi nas do kolejnego zagadnienia:


    


Relacje zamiast znajomości i teoria piątki!



      Dziś nie zawieramy płytkich znajomości. Dziś budujmy pogłębione relacje. Powtórzę się ale... co z tego, że jakimś cudem zdobyłeś numer do Andrzeja Grabowskiego, skoro on od Ciebie telefonu nie odbierze.. a jak odbierze to Cię zwyczajnie oleje. Co z tego, ze dowiedziałeś się, kto jest odpowiedzialny za dopuszczanie produktów do sprzedaży w jednym ze sklepów internetowych, co z tego, że masz do niego numer... takich jak Ty są setki. A facebook? Co z tego, ze masz setki znajomych, skoro znakomitej większości nie poznasz na ulicy, a część to ludzie, których poznałeś na jakimś spotkaniu i zamieniłeś z nimi dwa zdania.... myślisz, ze oni kiwną palcem, żeby w jakiś sposób Ci pomóc? A Ty byś im pomógł?
      Znam wiele osób, które dążą do tego by kogoś poznać tylko dlatego, że to się opłaca ( o włażeniu ludziom w tyłki pisałam TU ). To na dłuższą metę droga do nikąd. Mama mi kiedyś powiedziała: Jeśli zaczynasz budować pogłębioną znajomość, to pamiętaj. Nie dlatego, że ona Ci się w jakiś sposób może opłacić. Musisz zawsze zaczynać od siebie, zastanawiać się, co Ty możesz dać. Pamiętam to jak dziś. I wydaje mi się, że mama miała rację. Kiedy decydujemy się wejść w głębszą relację, nie możemy zaczynać od "a co ja z tego będę miał". To złe, niesprawiedliwe i.... na dłuższą metę się nie sprawdzi.
      Zapytacie jak to działa w życiu zawodowym (blogowym też). Wyobraź sobie, że znajdujesz się w miejscu, gdzie możesz zawrzeć sporo korzystnych znajomości... co robisz? Biegasz od jednej osoby do drugiej? Nie rób tego.. wybierz sobie jedną osobę i skoncentruj się na niej. Kiedy spotkacie się następnym razem, będzie Wam łatwiej rozmawiać, spotkanie będzie naturalne... Tak poznałam jedną z moich dobrych koleżanek. Spotkałyśmy się pierwszy raz ze cztery lata temu na jednym ze szkoleń... przegadałyśmy kilka godzin wymieniając uwagi na temat Gry o Tron! Potem były kolejne spotkania... Dziś wiem, że się opłaciło, bo relacja w jaką weszłyśmy, dla obu jest bardzo wartościowa zarówno zawodowo, ale przede wszystkim prywatnie! Aga jest jednym z moich pięciu filarów.
      Teoria piątki... co to? Myślę, że zgodzicie się ze stwierdzeniem, iż kapitałem społecznym są ludzie! Naszym kapitałem społecznym, są ludzie, do których możemy zadzwonić o każdej porze dnia i nocy i oni odbiorą telefon. Mało tego nie dostaniemy zjebki na dzień dobry (czy tam dobry wieczór), tylko usłyszymy: co się stało? mogę jakoś pomóc? Teoria piątki mówi, ze bezpiecznie jest mieć pięć takich osób. Wiecie.. jedna będzie podawać chusteczki, druga pójdzie po wino, trzecia pomoże załatwić sprawy w urzędzie, czwarta pomoże kiedy stracisz pracę, piąta nie zapyta na co tylko wyciągnie kilka stów z konta i Ci wręczy. Jak myślicie.. optymalne? Myślę, że tak. Powiecie... takie relacje to trzeba budować chyba od kołyski! Otóż NIE! Ze wspomnianą wcześniej Agą znamy się cztery lata... z moim obecnym szefem (TAK przyjaźnię się z moim szefem!) znamy się lat 6. Ania to już opcja długoterminowa, stuknęło nam 20 lat znajomości... przyjaźni nieco krócej. Monię znam chyba od kołyski! Mieszkałyśmy niedaleko siebie. A Igor to kumpel ze studiów. Ot... moja Wielka Piątka. Fajnie jest wiedzieć, że są. Że w razie czego złapią, jak będę spadać! Baaa... nie raz mnie łapali! Polecam!


   



Jeśli chcesz być atrakcyjny dla drugiej strony inwestuj w siebie!



      To chyba jasne prawda? Jeśli chcesz być osobą atrakcyjną dla nowych znajomych (dla starych też), to musisz mieć coś do powiedzenia! No nie da się tylko wyglądać... nawet najpiękniejszy makijaż, najlepsza stylizacja nie zrobią całej roboty! Przypomniała mi się w tym momencie historia jednej mojej dobrej znajomej ... byłyśmy razem na parapetówce. Później od naszych wspólnych znajomych usłyszałam: "ona jest atrakcyjna dopóki nie otworzy ust". I tak było. Beata jest śliczna, ma klasyczną urodę, fajnie się ubiera, jest dobrą i ciepłą osobą ale.... nie ma NIC do powiedzenia! No nic! Nie czyta książek (harlekiny to nie książki), nie interesuje się bieżącymi wydarzeniami (telewizja śniadaniowa to nie jest jakiś intelektualny szczyt), nie podróżuje... no niewiele wie serio. To skrajny przypadek i pewnie niewiele jest takich osób, ale.... Wyobraźcie sobie Beatę na spotkaniu branżowym, na którym ma szansę na pracę o której marzy. Myślicie, że jej się uda? No nie! Zwyczajnie nie będzie atrakcyjna dla rozmówców... No chyba że trafi na jakiegoś pana, który będzie zainteresowany jej fizjonomią.
      Dlaczego o tym piszę... Żeby nawiązywać korzystne relacje, trzeba być dla drugiej strony atrakcyjnym! Pogoda? No ile można... Polityka? Śliski grunt... ale cała reszta? Kiedyś pół wieczoru rozmawiałam o serialach z kompletnie nieznanym mi facetem. Innym razem na tapecie był Wiedźmin Sapkowskiego. By być interesującym dla drugiej strony musisz inwestować w siebie. Powiesz: nie mam czasu, praca, rodzina... zacznij od prasówki w czasie podróży do i z pracy. Nie lubisz czytać (nie wiem jak to możliwe, ale bywa..) to słuchaj audiobooków. Idź na wystawę do galerii. Obejrzyj jakiś fajny film dokumentalny. Może w kinie była premiera jakiegoś głośnego filmu? To niemal nic nie kosztuje... a może się przydać w najmniej oczekiwanym momencie.


Co z blogowaniem?



      Myślicie, że te zasady nie odnoszą się do blogowania? Do układów, sieci w jakich poruszają się blogerzy/vlogerzy? Otóż nic bardziej mylnego! Weźmy: Red Lipstick Monster, Pannę Joannę i Lisie Piekło. Weźmy Stylizacje, Oleskę, Olfaktorię i Olciaka.. dobija do nich My Pink Plum. Weźmy wreszcie sieć jaka utworzyła się wokół Zoelli. Tak wiem, to przykłady z youtube. Piszę o nich... bo blogosfery, aż tak nie znam. Choć w sumie mogłabym wskazać kilka blogerek kosmetycznych, które znam i lubię, a które też tworzą sieć. Wspierają się, polecają nawzajem czy wysyłają sobie produkty. To nic innego jak networking.

  

Uhh... sporo tekstu dziś wyszło, a i ten artykuł rodził się w bólach. Ale udało się! Jest.
Co myślicie?
Jak działacie na co dzień? Koncentrujecie się na kilku konkretnych osobach, czy latacie z kwiatka na kwiatek?
Jak zawsze zapraszam do komentowania a ja odliczam godziny do podróży tam... gdzie odpoczywam najlepiej!
Serdeczności przesyłam!






Czy można się jeszcze oderwać od socjal mediów? Podaję 10 sposobów!

Czy można się jeszcze oderwać od socjal mediów? Podaję 10 sposobów!

oderwanie się od facebooka
    


      Wyobraź sobie budzisz się w niedzielny poranek, ciepłe promienie słoneczne pieszczą Twoją twarz. Co robisz? Przeciągasz się i... ? Co robisz? Może tak zachwyca Cię światło, ze pstrykasz zdjęcie i natychmiast po krótkiej obróbce w snapseedzie wrzucasz na insta, a potem nerwowo czekasz na serduszka? Ze wstydem przyznaję że często moim pierwszym odruchem jest sprawdzenie poczty.. potem przeglądam facebooka, zaglądam na blogi. Ale też nie zawsze. Jak jest u Ciebie hmm? 


      Kilka dni temu wpadł mi w łapki fajny artykuł o uzależnieniu ludzi od socjal mediów, a dokładniej od facebooka. Facebooka, który jest potężnym narzędziem kontroli nad ludźmi. Nie? Otóż tak... banowanie kont niezgodnych z poprawnością polityczną, cięcie zasięgów, odlajkowywanie polubionych stron. To sa standardowe procedury. Nie będę się w to w tej chwili zagłębiać, bo nie o tym chciałam. Chciałam napisać o uzależnieniu wielu ludzi od ilości polubień ich aktywności w socjal mediach.


Poznajcie Gosię...



      Chciałam Wam opisać Gosię. Gosia jest uzależniona od ilości polubień swoich postów w sieci. Kiedy wrzuca zdjęcie śniadania, które zjadła rano niemal oczekuje, że większość znajomych natychmiast je polubi. Co chwile nerwowo spogląda na ekran smartfona, sprawdza, liczy. Wreszcie wpada w histerię, kiedy ilość lajków nie przyrasta i nie osiąga zadowalającego ją poziomu. Standardową procedurą u niej, jest oznaczenie kilkunastu, czasem kilkudziesięciu osób w poście. W ten sposób niejako wymusza polubienia! Co o niej powiecie? Czy Gosia jest typowym przedstawicielem swojego pokolenia? Czy może jednak skrajnym przypadkiem obrazującym narastający problem?


uzależnienie od facebooka
    

10 sposobów na to, oderwać się od socjal media



      We wspomnianym wyżej artykule (pochodził z Poradnika Psychologicznego Polityki), na podstawie książki "Sfejsowani" dr Suzanny E. Flores podano 10 sposobów na to, by oderwać się od socjal mediów. Oto one:

1. Kiedy rozmawiasz z kimś w realnym świecie skup na nim swoją uwagę. Nie zerkaj co chwilę w ekran smartfona.

Wbrew pozorom to nie jest łatwe. Często obserwuję w towarzystwie, że ludzie bez powodu sięgają po telefony. Wtedy mam wrażenie nie tyle, ze mnie ignorują (choć i to się zdarza), ale że są zakłopotani, zawstydzeni... boją się mówić to co myślą. Cóż jeśli chcesz utrzymać realną znajomość wsadź telefon do kieszeni i skup się na swoim rozmówcy.. inaczej nic z tego nie będzie!

2. Nie musisz mieć włączonych tych wszystkich powiadomień! Jeśli coś Cię naprawdę interesuje, to sprawdzisz to i tak!

Nie wiem jak Was, ale mnie wkurza, kiedy mój rozmówca reaguje na każde piknięcie telefonu. Zaczynam się wtedy zastanawiać, czy taka osoba ma wszystko z głową w porządku. Czy może jednak jest jakimś narkomanem na głodzie, który czeka na informację, gdzie znajdzie kolejną działkę.

3. Czy naprawdę musisz co chwila zaglądać na fejsa? Ogranicz to do trzech razy dziennie po max 10 minut.

No serio! Świat się od tego nie zawali! Fejsa nie wyłączą, a Ty zyskasz dodatkowe godziny na realne życie. REALNE, a nie jego wirtualną imitację! Co z tym dodatkowym czasem zrobisz, to już Twoja decyzja... ale obiecaj, że nie będziesz go marnować na bezproduktywne przeglądanie stron w internecie!

4. Jak już wrzucisz zdjęcie czy zmienisz status to się WYLOGUJ!

Nerwowe oczekiwanie na lajki i komentarze tylko pogłębia problem! Co chwilę patrzysz kto polubił, a kto zignorował. Denerwujesz się, podkopujesz swoją samoocenę BO PRZECIEŻ jak nie lajkują to nie lubią. Warto pamiętać, ze to bzdura.

5. Podczas posiłków lepiej odłożyć telefon.

Nie wiem jak u Was, ale u mnie w domu posiłki jadało (i jada się nadal) przy wyłączonym telewizorze. Mama wprowadziła też bardzo szybko zakaz używania przy stole telefonów. Na szafce stał koszyk i tam zostawiało się wszelki sprzęt. Mama mawiała: "Jesz? To jedz! A nie robisz milion innych rzeczy! Od tego dostaje się niestrawności!" Tak mi zostało... polecam tą postawę z całego serducha!

6. Na godzinę przed snem zrezygnuj z wgapiania się w ekran telefonu/tableta/laptopa

Powiem tylko tyle: po pierwsze szkoda oczu, a po drugie lepiej poczytać książkę/gazetę i wyciszyć umysł. To wpływa na szybkość zasypiania i jakość snu. Nie wierzysz? Spróbuj!

7. W toalecie telefon nie jest Ci potrzebny serio!

Świątynia dumania to nienajlepsze miejsce do kontemplacji statusów znajomych na fejsie... Serio lubisz przesiadywać w toalecie godzinami? A wiesz, że to nie zdrowe? Wizyta zdrowego człowieka w WC powinna trwać max 3-4 minuty. Generalnie siadanie na kibelek jest niezdrowe dla kiszek... nie wierzysz? Poczytaj!

8. Sprzęt elektroniczny połóż daleko od łóżka.

Z doświadczenia wiem, że jak coś leży kilka metrów ode mnie, to jest mniejsza szansa, ze po to sięgnę. Tez tak masz?

9. Znajomości realne są pierdyliard razy cenniejsze od tych wirtualnych! Poświęcaj im co najmniej tyle czasu co tym wirtualnym!

Pomyśl... wyskoczył Ci dysk, potrzebujesz pomocy co zrobisz? Wrzucisz status na fejsa i poczekasz na wyrazy współczucia i lajki? Czy może zadzwonisz do kogoś, kto przyjedzie i zwyczajnie po ludzku Ci pomoże? To jak?
Swoja drogą piszę właśnie post o networkingu... pewnie będzie w piątek!

10. Raz w tygodniu zrób sobie detox!

Wybierz jakiś dzień i wyloguj się z sieci! Weź plecak i jedź na wycieczkę... nie zabieraj telefonu, nie musisz dokumentować każdego wyjścia, nie musisz wrzucać do sieci każdego swojego piardnięcia... Ciesz się przyrodą, towarzystwem i zapomnij o sieci. Na początku będzie trudno... potem pojawi się euforia z odzyskanej wolności!


   
      Oto sposoby na ograniczenie świata wirtualnego. Proste? Oczywiste? Może i proste, ale spróbuj drogi czytelniku przez cały dzień ani razu nie zajrzeć na facebooka. Nie mówię o dniu, gdzie jesteś zawalony robota pod korek, ale takim zwykłym dniu, kiedy wszystko masz pod kontrolą. Spróbuj sobie w taki dzień zrobić sobie wolne od sieci.. wtedy pogadamy. Dla mnie to było trudne... ciekawe, jak Ty byś sobie poradził!

      Powiedzcie mi... Jak to jest u Was? Czy fejs i instagram są stale obecne w Waszym życiu? A messenger? Czy pikający telefon sprawia, że nerwowo zaglądacie co tam nowego?
Z niecierpliwością czekam na Wasze spostrzeżenia! Podyskutujmy!









Kulturalni ulubieńcy ODC. 14 - SIERPIEŃ 2017

Kulturalni ulubieńcy ODC. 14 - SIERPIEŃ 2017

sierpień 2017
    

      Sierpień ... sierpień to remont! Remont, który robiliśmy z Panem M sami. Gipsowanie pęknięć, gruntowanie, malowanie ścian, wymiana drzwi i ościeżnic, panele w korytarzu i takie tam! Generalnie nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Ale z drugiej strony... gdzie są wszystkie miesiące tego roku? Czy wam też czas tak szybko ucieka? Ale do rzeczy! Ulubieńcy miesiąca... chyba Was nie zaskoczę!


1. Piosenka miesiąca lekko



      Jestem fanką Justina Timberlake'a! No nic na to nie poradzę! Lubię jego muzykę, uwielbiam oglądać jego koncerty. W tym miesiącu jego koncert z Rio oglądałam (dobra nie oglądałam a słuchałam w trakcie machania wałkiem) kilkanaście razy lekką mówiąc! Malowanie przy Justinie? Polecam! :D




2. Piosenka miesiąca poważniej.



      W sierpniu nie było miejsca na słuchanie muzyki klasycznej, muzyki "wyższych lotów". Ale wiecie... wrzucę tu coś, co poważne może nie jest, ale kojarzy mi się z tzw. muzyką ambitniejszą, nie dla każdego... tegoroczne Męskie Granie. Znacie? Lubicie? Akurat w tym kawałku czadu daje Piotr Rogucki... chyba najlepszy w tej chwili (dla mnie) głos rockowy w Polsce.




3. Książka miesiąca.


Cóż... firanek brak, zasłon brak... ale biurko już jest, to można pracować prawda?


      Magdalena Witkiewicz.. dopiero odkrywam tą autorkę. Jak? Jakoś w połowie sierpnia powędrowałam do empiku po kartkę okolicznościową. Poszłam tam z mocnym postanowieniem: bierzesz kartkę i wychodzisz, nie kupujemy żadnych książek, żadnych gazet.. nie masz kiedy czytać! Tiaaaa... byłam twarda do momentu podejścia do kasy. To tam zawołała do mnie książka pt. "Czereśnie zawsze muszą być dwie". Myślę sobie.. obyczajówka, ale taka ładna okładka i tylko 20 zł (bez grosza). Szkoda nie kupić! I kupiłam! Czy żałuję? Nie. Bo to fajna niewymagająca lektura.
      "Czereśnie zawsze muszą być dwie" to historia o tym, że każda decyzja jaką podejmujemy ma, lub będzie miała na nas wpływ. Naszą główną bohaterkę Zosię, poznajemy w momencie, kiedy pierwszy raz idzie na wagary, cóż żeby wiecznie nie odstawać od grupy przełamuje się i idzie. Ta decyzja okazuje się dla niej w pewnym sensie błogosławieństwem... za karę ma pomagać starszej pani. Pani Stefania zdaje się błogosławieństwem dla dorastającej dziewczyny... jej przyjaciółką, powierniczką, mentorką i wreszcie dobroczyńcą. Zosia w spadku po starszej przyjaciółce otrzymuje dom... dom z tajemnicą. Na kartach książki obserwujemy, jak Zosia dojrzewa, jak próbuje radzić sobie z przeciwnościami i najważniejsze... jak poznaje co to przyjaźń i miłość.
      Cóż.. na co dzień nie sięgam po tego typu literaturę, ale wiecie... nie żałuję. Bo powieść Magdaleny Witkiewicz mnie nie zawiodła, dała mi rozrywkę, odpoczynek i uśmiech. Czyli wszystko to, co tego typu książki dawać powinny. Polecam z czystym sumieniem.


W mojej prywatnej skali: 7,5/10


4. Serial miesiąca.


      Tak wiem, robię się nudna i przewidywalna do bólu ale... jeśli w TV pojawiają się nowe odcinki Gry o Tron to dla mnie wszystko inne istnieć przestaje! No tak już mam. A ten sezon.. ten sezon skończył się za szybko! Teraz znów będą kazali czekać na nowe odcinki latami. Wszak aktorzy wchodzą na plan dopiero w październiku chyba....
     Nie chcę spojlerować... ale mimo wszystko nieco mnie końcówka rozczarowała, jest dość przewidywalna, choć z drugiej strony ja tam nie narzekam!


źródło: polskieradio.pl

  5. Film miesiąca.



      Jeśli mam ograniczony czas wolny i do wyboru książkę i film... zawsze wybiorę książkę. No już tak mam. Więc cóż... kolejny miesiąc mija, a ja nie mam dla Was nic godnego uwagi z jednej prostej przyczyny. Jesli chodzi o szklany ekran obejrzałam tylko w sierpniu te kilka odcinków Gry o Tron. Pozostały czas... cóż miałam ciekawsze rzeczy do roboty!


6. Cytat miesiąca

   
Nie mogłam się powstrzymać i wrzucam drugi tekst. Wiecie... on doskonale opisuje moją osobowość!

słowa zaczerpnięte z fanpage'a Kobieta po 30


To tyle ode mnie. A Wam jak minął sierpień? Też macie wrażenie, że czas coraz szybciej ucieka?