Kreowanie marki oczami modelki cz. 2 .. mój komentarz.

Kreowanie marki oczami modelki cz. 2 .. mój komentarz.

mój komentarz do wpisu gościnnego
    

      Pierwszy wpis gościnny na blogu, pierwsze koty za płoty! Pora na komentarz. Dość długo zastanawiałam się, w jaki sposób skomentować wpis Pauliny. Nie chodziło o to... co mam napisać. Ale jakiej formie to zrobić. Po kilku rozmowach ze sobą zdecydowałam się zbudować post takiej konstrukcji jak ona, wykorzystać jej nagłówki i wpisać poszczególne komentarze. Co z tego wyszło? Oceńcie sami!


Przede wszystkim sztab profesjonalistów!



      Jak wszędzie. Za każdym produktem stoi kilka/kilkanaście osób... im jest ich więcej tym produkt będzie droższy. Normalka prawda? Ale niekoniecznie! Kiedy przeczytałam, o sztabie profesjonalistów, przypomniały mi się czasy korpo... Najwięksi w branży, też mieli sztaby asystentów, którzy często odwalali całą robotę pracując na wielkie nazwisko. Najlepsze pomysły powstaławły podczas burzy mózgów.. tylko na wyjściu nikt nie pamiętał o pracy zbiorowej. Śmietankę zbierał ten, co prace firmował. Ot, niesprawiedliwość losu!
      A jak tą sytuację odnieść do bloga? Jeśli pracujesz na swoją markę.. musisz być do bólu profesjonalny. Nie ma przebacz. Tu nie ma miejsca na kiepskie zdjęcia. Kiedyś chyba u Natalii z Jest Rudo przeczytałam ważną dla mnie rzecz: jeśli z jakichś powodów nie masz możliwości zrobić dobrych zdjęć lepiej poszukaj darmowych na stockach. Słabe zdjęcia to jedna z kul, które hamują rozwój bloga. Nie ma miejsca na standardowy szablon, na darmową domenę... niestety. Disqus, to tez podstawa niestety... Sama jestem w trakcie szukania odpowiedniego miejsca, gdzie podepnę swoją stronę. Przeglądam też oferty na szablony... Jeśli chce się rozwijać, to muszę to zrobić jak najszybciej.


kreacja marki a blogowanie
   



Sesje zdjęciowe i ich organizacja.



      Paulina opowiada, że im wyższy budżet na kampanię, tym większy wypas na backstagu. Im większy projekt, tym większy budżet. I teraz zastanawiam się... Czy da się zbudować coś dużego, coś zauważalnego bez inwestycji? No chyba nie. Kiedyś na zajęciach z zarządzania od profesora Kieżuna usłyszałam: "jak nie włożysz to nie wyjmiesz". Klucz w tym, żeby znaleźć kogoś, kto zainwestuje w naszą markę, ale w przypadku blogów musimy to zrobić sami (no chyba, że tatuś z mamusią dadzą... albo bogaty wujaszek z Ameryki). Cóż... u mnie najwyższa pora na inwestycje. A Wy jak myślicie? Pozostaniecie na poziomie hobbistycznego pisania... czy jednak planujecie zrobić krok dalej?


Znane marki kontra szacunek.



      Stali czytelnicy pewnie już to wiedzą... nowi niekoniecznie. Więc napiszę... zawsze ponad uwielbienie tłumu przedstawiałam szacunek do siebie i innych. W poprzednim poście pisałam o podlizywaniu się. Nie znoszę tego... Na szacunku do siebie i klienta/czytelnika powinien opierać się też cały plan strategii rozwoju marki.
      Zawsze uważałam, że nie ma dróg na skróty. Że każdy pozornie najlepszy nawet skrót może się skończyć katastrofą. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się historia dziewczyny, która zaczynała pracę w korpo równo ze mną. Miała tylko odmiennie inny system.. Już pierwszego dnia ustaliła, kto jest najlepiej usytuowany, kto najwięcej może. Szybko wkradła się w łaski odpowiednich osób.. szybko awansowała. Potem znów awansowała rozkładając nogi przed odpowiednimi panami (paniami też). Cóż.. kiedy ja była jeszcze zwykłym asystentem.. ona zajmowała już kierownicze stanowisko. Zrobiła spektakularną karierę... dopóki nie trafiła na sprytniejszą i bardziej bezwzględną osobę. Została wykorzystana, podeptana i wyrzucona z firmy z wilczym biletem. Dziś mieszka w okolicach Przemyśla i prowadzi mały pensjonat. Czy opłaciła się jej droga na skróty..?


blog a kreacja marki
   



Sprzedaż on-line



      "Nie wszystko złoto co się świeci". Tak można podsumować świat mody, świat sklepów internetowych. Ogólnie rzecz ujmując ogromny świat rozpusty konsumpcyjnej. Powiesz drogi Czytelniku: "jestem odporny"! Czyżby? Nigdy Ci się nie zdarzyło kupić kosmetyku, który pięknie wyglądał, miał nęcący skład, ładnie pachniał, czy był w promocji? Dopiero w domu zauważyłeś... że gdzieś tam na liście składników jest coś, co robi Ci krzywdę? A może nawet dostrzegłeś ten składnik jeszcze przed zakupem, ale uznałeś, że produkt oferuje tyle innych dobrych.. że się zrównoważy? Czy nie zdarzyło Ci się kupić butów/sukienki które pięknie wyglądały na zdjęciach. Idealnie układały się na modelkach (triki opisuje Paulina)... potem to "cudo" do Ciebie przychodzi, zakładasz i jest koszmar?
      A blogowanie? Tu wracamy do szacunku do czytelnika... On jest wybredny i chimeryczny! Raz czy drugi złapie się na na ładny szablon i ładne zdjęcia. Ale jeśli za tym nie pójdą szczerość, profesjonalizm i nade wszystko szacunek to .... Przecież blogowanie to też sprzedaż, jedna wtopa i straty mogą być nie do odrobienia. Jasne istnieje coś takiego jak negatywna reklama, ale czy tego właśnie chcemy?


blogowanie
    



       Na koniec przepraszam za ciszę i przerwy w odwiedzaniu blogów... ale niestety od trzech tygodni żyję w ... no cóż mam remont. Prute ściany, gipsy, sufity... już przeżyłam. teraz zostaje wykończenie... i czekanie na meble (zachciało mi się polskich mebli to muszę czekać SIC!) to jest najbardziej wkurzające!

Mimo wszystko serdeczności przesyłam, życząc jednocześnie produktywnego tygodnia!





Nie wszyscy musza mnie lubić! ... czyli ja nic nie muszę, ewentualnie mogę!

Nie wszyscy musza mnie lubić! ... czyli ja nic nie muszę, ewentualnie mogę!

nie wszyscy muszą mnie lubić
    

      Dziś miał być komentarz do wpisu gościnnego, jaki popełniła na moją prośbę Paulina G Lifestyle, ale nie będzie, bo mi taka jedna z drugą ruszyły nerwy.  Dlatego powstał ten wpis... wpis całkowicie spontaniczny, wpis z bebechów jak to mówią, wpis który nie odleżał swojego i nie był edytowany... wpis o tym, żeby się nie przejmować, co gadają. Bo do jasnej anielki (że tak się eufemistycznie wyrażę) nie wszyscy muszą mnie lubić (i Ciebie mój drogi Czytelniku też)!


      Niby oczywista oczywistość... ale za każdym razem uderza mnie postawa pt.: "dostosuj się, bo będą gadać". Do licha ciężkiego, niech gadają! Jak nie mają pomysłu, żeby lepiej spożytkować czas... to niech gadają! Co mnie to obchodzi, co myślą o mnie nieprzychylni mi ludzie? Oni się zawsze do czegoś przyczepią, zawsze cos znajdą. A jak nie znajdą to sobie wymyślą. Ot.. takie smutne osobniki, co to nie mają swojego życia, więc się cudzym zajmują! Ale do rzeczy!


nie wszyscy musza mnie lubić
    



      Dziś... to znaczy wczoraj (w czwartek) przelotem byłam w naszej pięknej (i mojej ukochanej) Warszawie... ot obowiązki służbowe wezwały. Szef zapowiedział gigantyczną burze mózgów, bo złapał jakiegoś klienta z nieprawdopodobnie wręcz wypchanym portfelem i miał zamiar zedrzeć co swoje (znaczy szef z klienta, żeby była jasność). Wstałam o 5 z minutami, pekaes był o 6.. na Dworcu Zachodnim byłam o 9 z minutami, o 9.30 powiedziałam "Cześć" kolegom z biura. Ot normalka nie?
      Nienormalnie zaczęło się robić, jak zwróciłam uwagę nowej (dla mnie) stażystce, że nie musi mi się podlizywać. Zrobiłam to grzecznie, dziewczyna mnie nie znała. Mogła nie wiedzieć, że włażeniem mi w tyłek osiągnie skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego. I wtedy się zaczęło...
Moje dwie koleżanki (nazywane przeze mnie i przez chłopaków z IT krowami) napadły na mnie jakbym co najmniej kogoś zamordowała.

"Kasia jest nowa."
"To jest jej pierwsza praca."
"Ona jest taka miła i uczynna."
"Ona nie chciała nic złego."
"Kasia to najlepsza stażystka jaką mieliśmy od dawna"
"Bo Ty to jesteś taka wredna, daj się lubić"
"Czy Ty musisz zawsze tak wprost?"
"Jak Ty się pojawisz, to zawsze coś powiesz! Ona tam ryczy w łazience!"
"W sumie to dobrze, ze nie jesteś na co dzień w biurze." 
"Bez ciebie jest zdecydowanie spokojniej."

      Co powiedziałam?

"Kaśka nie znamy się, wiec powiem Ci wprost: bardzo, ale to bardzo nie lubię podlizywania i nadskakiwania. Już taka jestem, nie lubię. Jeśli będę chciała napić się wody/kawy/herbaty/ciastko to sobie wezmę. Jeśli będę chciała od Ciebie cokolwiek to poproszę. Naprawdę nie musisz mnie pytać co chwilę, nie musisz mnie komplementować za każdym razem gdy otwierasz usta.. to nie wzbudza we mnie sympatii, wręcz odwrotnie wzbudza irytację."


szacunek
   




      Czy jestem wredna? Raczej cyniczna. Praca w korpo nauczyła mnie, że lepiej nie polegać/nie ufać tym, co są "na dzień dobry" mili i do bólu uczynni tacy "po palcu do tyłka". Przerabiałam już parę razy, takie milusie, słodkie osóbki... co to okazywały się szczwanymi lisicami/lisami. Uodporniłam się na słodycz i tyle. Jak się wykażesz (i wcale nie mówię tu o jakichś wybitnych osiągnięciach), to będę Cię szanować. Za same piękne oczka i słodkie słówka to możesz u mnie uzyskać jedynie pogardliwe prychnięcie.
      Nie jestem tabliczką czekolady, nie wszyscy musza mnie lubić. Jasne.. fajnie jest jak jest się lubianym, fejm jest na czasie. Ale jeszcze fajniej jest, jak się jest szanowanym za to, co się swoją osobą reprezentuje. Zawsze ponad uwielbienie tłumu przedkładałam szacunek i szczerość. To niestety przysparza mi tyle samo sympatyków co wrogów. Cóż.. wszystkim nie dogodzę, z reszta wcale tego nie chcę? Ale to ja... mam już 35 lat, trochę doświadczenia, zblazowania i odporności na ludzi.

      A Kasia? Kasia ma 23 lata, dyplom magistra z SGH, sarnie oczy i.... lubi zwalać winę na innych. Złapała mnie jak już wychodziłam mówiąc: "Ja przepraszam, ale koleżanki mówiły, że lubisz pochlebstwa i mogę sporo zyskać, jak mnie polubisz. Szef wciąż o tobie mówi, więc chciałam..." i w tym momencie (tym razem bardzo niegrzecznie) podniosłam rękę by jej przerwać. Po czym odwróciłam się i wsiadłam do windy. Wiecie dlaczego? Bo Kasia zrobiła dokładnie to samo co na wejściu... znów próbowała mi wejść po palcu do tyłka. Kto kogo podpuszczał w tej sytuacji? Dziewczyny Kasię, czy Kasia mnie? Nie wiem i szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodzi. Po raz kolejny ucieszyłam się, że opuściłam to bagienko. Dziewczyny z biura są świetnymi specjalistkami, ale gierki które kochają... To nie moja bajka! Nie musza mnie lubić, ja nie muszę lubić ich. Na poziomie zawodowym się szanujemy... prywatnie? Nie musimy.


motywacja, nie wszyscy musza cię lubić
   




      Dlaczego o tym piszę? Może zaczynasz swoją drogę zawodową? Może jesteś na jakimś zakręcie? Może dotknęły Cię niesłusznie wypowiedziane słowa? Może jakaś koleżanka złośliwie wbija Ci szpilki? Pamiętaj, nie musisz się wiecznie dopasowywać. Nie musisz być taka jak inni. Nie wszyscy muszą Cię lubić. Lepiej zadbać o szacunek niż o zachwyt. Szacunek jest zdecydowanie bardziej długoterminowy.





Kreowanie marki oczami modelki ... opowiada Paulina G Lifstyle

Kreowanie marki oczami modelki ... opowiada Paulina G Lifstyle

wpis gościnny
     

      Jak to właściwie jest z tymi markami w świecie mody? Czy projektanci słusznie szczycą się dobrym nazwiskiem, a ich produkty niezmiennie są perfekcyjnej jakości? Czy sukienka, którą podziwiamy przed monitorem naprawdę wiruje z tak magiczną gracją i układa się niemal idealnie? Dzisiaj opowiem Wam jak wygląda zaplecze od kreowania marki w branży modelingu i projektantów.



backstage

źródło: Paulina G Lifstyle


Przede wszystkim sztab profesjonalistów.


      Asystent, manager, konsultant, zastępca, pomagier za pomagierem. Bardzo często na sesjach zdjęciowych lub spotkaniach organizacyjnych poznaję osobistości tworzące luksusowe marki i przyznam szczerze, nie mam pojęcia jaką pełnią funkcję. Bowiem jeden projektant może mieć pięciu asystentów! Nie pytajcie po co... Sama nie wiem. Miałam przyjemność robić przymiarki dla kolekcji Azzedine Alaila. Jedna modelka, jeden projektant i cała gromada asystentów. Jeden trzymał poduszeczkę na szpilki, kolejny przypinał je lub odpinał. Następna ważna fucha to donoszenie wody dla drużyny. Jeszcze inni robili zdjęcia, nagrywali video, publikując oczywiście mediach społecznościowych, a pozostali zwyczajnie potakiwali głowami, dopingując działania wielkiego projektanta. Im większe grono asystentów, tym lepsze to robi wrażenie. W głowie wiruje od natłoku myśli, oczy świecą się, podążając za zwinnymi ruchami projektantów, a gdy delikatnie suną dłońmi po tkaninie ubrania, na język cisną nam się słowa: Tak, wspaniałe! Biorę! Kupuję!


Sesje zdjęciowe i ich organizacja


      Tą sferę znam już na wylot. Gdy tylko wchodzę do studio fotograficznego wiem, z kim mam do czynienia. Bowiem panuje tu zasada „Zastaw się, a postaw.” Jeśli sesje zdjęciowe zorganizowane są z rozmachem to może oznaczać to tylko jedno Wielki projekt nadchodzi. Gdy marki chcą rozgłosu, wielkiej pompy i pokazania się z jak najlepszej strony, organizują królewskie kampanie. W tym przypadku uznaję się za szczęściarę, bo to oznacza dla mnie kilka kaw dziennie, wypieszczenie, wymasowanie i ogólnie bajkowy dzień w pracy. Catering jest wtedy z najwyższej półki, fotograf może poszczycić się wielkim nazwiskiem, a wszystko dookoła zdaje się błyszczeć. Trudno nie zauważyć, że szykuje się coś wielkiego.


backstage

źródło: Paulina G Lifstyle


Znane marki kontra szacunek



      Inaczej sprawy się mają, gdy marka znajduje się już na szczycie modowego świata, a sesja zdjęciowa jest kolejnym pracowitym obowiązkiem. Wtedy jest namiętność, owszem! Zaangażowanie, burza mózgów, oryginalne pomysły i profesjonalne podejście. Każdy chce dać z siebie wszystko, atmosfera rozpala się do gorąca, flesze kamer nie przestają oświetlać studio, wszyscy są podekscytowani i chętni do pracy. Ginie jednak szacunek do modelek. W wielu sytuacjach poznałam się na marce tylko i wyłącznie poprzez osobisty kontakt. Pisałam o tym na swoim blogu TUTAJ.

      Gdy projektant ściska dłoń i uśmiecha się szeroko do wybranych osób (oczywiście do tych z grubym portfelem, którzy mogą stać się jego potencjalnymi klientami), a zwyczajnych pracowników rozstawia po kątach wiadomo, że jest nie halo. Typowy przykład, gdy na backstage’u pokazu mody wszyscy gotują się ze złości, nerwowo ustawiają modelki w kolejności wyjścia. Projektant, wielka gwiazda, krzyczy, tupie i zaciska dłonie w pięść, aby za kilka sekund wyjść na scenę ze swoim idealnie fałszywym uśmiechem. Przemawia wtedy do publiczności o wielkim szacunku, poświęceniu i oddaniu. O rzetelnej pracy i uczciwości. Modelki tym samym stoją za wielką kurtyną słuchając z wielkim zdziwieniem i ironicznym uśmiechem.


Sprzedaż on-line


Zdarzyło Wam się kiedykolwiek zamówić sukienkę przez Internet, która ostatecznie nie wyglądała jak ta, załączona na obrazku? Z pewnością! Od kiedy zostałam modelką i poznałam zasady sprzedaży katalogowej oraz online, moje zaufanie do zakupionych produktów znacznie ograniczyło się. Odkryłam bowiem sztuczki, dzięki którym ubrania lepiej się sprzedają, wyglądają idealnie i stwarzają iluzję, że będą pasować właśnie dla Ciebie. Oto kilka z nich:
  • Zły rozmiar? Zepnijmy na modelce spinaczem z tyłu, wtedy leży idealnie
  • Inny kolor, prześwitujący materiał? – od czego jest photoshop! Przyciemnimy, wyostrzymy, dodamy kolorków.
  • Materiał, który gniecie się po kilku ruchach od momentu wyprasowania? – przejedziemy żelazkiem dosłownie kilka sekund przed założeniem na modelkę i poprosimy ją, aby nie wykonywała żadnych ruchów.
  • Piękny, zwiewny tren marszczy się i nie leży prosto? – z pomocą przychodzą asystentki i rozciągając materiał, przytrzymują go, a fotograf zwyczajnie kadruje zdjęcie, ucina postacie drugoplanowe i voila! 
  • Zwiewna sukienka nie jest tak zwiewna jak obiecuje producent? – suszarka wraz z wiatrakiem idą w ruch. Efekt wow gwarantowany! 
  • Odstający kołnierzyk, opadające mankiety,dziwny krój i szycie? – podklejmy wszystko taśmą!

Czegoż to oni nie wymyślą w imię kreowania znanej i dobrej marki!


Za chwilę wychodzę...

źródło: Paulina G Lifestyle

Życie towarzyskie



      Nie od dzisiaj wiemy, że ab zabłyszczeć trzeba się najpierw pokazać. Marki z biznesplanem doskonale o tym wiedzą! Pokazują się na ważnych galach, przyjęciach i koktajlach. Błyszczą idealnymi kreacjami, pozują do zdjęć i zagadują wpływowych klientów. Śmietanka towarzyska bawi się wybornie, a tym samym pracuje. Przecież nie ma to jak negocjacje i prezentowanie nowej kolekcji przy kawiorze i kieliszku musującego szampana. Najważniejsza jest opinia, stąd też im większy błysk i bogactwo dookoła, tym lepsza promocja i efekty kreowanej marki.

      Oczywiście nie każdy projektant pozbawiony jest empatii i wrażliwości oraz nie każda marka wykorzystuje sprytne sztuczki przy sprzedaży online. Tym samym nie każdy, kto szczyci się świetną reputacją w mediach społecznościowych jest tym najlepszym od strony zaplecza. Dla mnie bardzo istotne są wartości jakie przekazuje dana firma, co sobą reprezentuje. Dzięki temu stwarza moje zaufanie i sympatię. Jak to wygląda u Was? Czy Wasze zakupy uzależnione są od wartości przekazywanych przez projektanta/ producenta?  

Serum Bionigree .. czyli obiecana recenzja!

Serum Bionigree .. czyli obiecana recenzja!

recenzja kosmetyczna
     

      Pisanie recenzji przychodziło i przychodzi mi z trudem. Zawsze podziwiałam osoby, które potrafią to robić. Może jestem zbyt konkretna? Pewnie tak...Nie umiem odczuć ubierać w morze słów. Więc i ta recenzja będzie stosunkowo krótka... A może nie? Serum Bionigree .. bo o tym gagatku mowa. Zachwyciło mnie? Rozczarowało? Jakie są jego plusy? Jakie minusy? Cóż, jestem pewnie gdzieś po środku między zachwytem a nazwaniem produktu średniakiem. Jeśli chcecie przeczytać coś więcej... zapraszam!

      Zacznę od tego, że z racji perypetii zdrowotnych i niezdrowotnych też, moje włosy i skóra głowy były w stanie opłakanym. Łupież, swędzenie, wypadanie, przesuszone końcówki... pisać dalej czy wystarczy? Przez długi czas praktycznie nic nie robiłam w temacie pielęgnacji.. ot umyłam zwykłym szamponem, nałożyłam odżywkę i szłam spać. Nie miałam ani siły, ani motywacji by to zmienić. Na włosach miałam regularną strzechę, którą ukrywałam wiążąc włosy w koki... wreszcie czara się przelała. Po kolejnym ataku histerii na widok ilości włosów które mi wypadły po myciu, postanowiłam coś zrobić! Głównie dzięki temu wzięłam udział w konkursie i trafiło do mnie serum Bionigree od Mariki.

      Ponieważ nie jestem zwolenniczką opcji kopiuj-wklej, tych którzy chcą poczytać, co pisze producent i jaki jest skład, zapraszam tu: KLIK. Dalej znajdziecie już tylko moją subiektywną ocenę produktu.


Zacznę od minusów, bo tak jest zdecydowanie ciekawiej!


      Nie będzie tego wiele, ale jednak do czegoś się przyczepić muszę prawda? Przecież nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. HA!
      Pierwsza i właściwie jedyna sprawa. Jestem mega wrażliwa na zapachy. Można powiedzieć, że aż do przesady. Zbyt mocne (nawet najpiękniejsze) perfumy powodują u mnie duszności i łzawienie oczu, niemyte ciało odruchy wymiotne. W przypadku Serum mentolowy opar, który unosi się znad mojej głowy powoduje u mnie łzawienie oczu. Za pierwszym razem musiałam wyjść na powietrze SERIO! Łzy ciekły mi ciurkiem... a jak łzy to i z nosa kapało, jak nie przymierzając kaczce z dzioba. Jestem pewna, że gdyby produkt trafił do mnie zimą, nie byłabym go wstanie używać. Kolejne aplikacje, nie były już tak kłopotliwe. Wiedziałam już co się dzieje i nakładałam produkt przy otwartym oknie. Zapach (opar?) nie jest nieprzyjemny tylko drażniący.. ale jak napisałam jestem wybitnie wrażliwa jeśli chodzi o ten aspekt.


źródło: Draqilka



A plusy??


      Największym według mnie plusem Serum Bionigree jest to, że robi to, co obiecuje producent (bardzo nie lubię, jak producenci koloryzują) czyli oczyszcza skalp! Już przy pierwszym użyciu poczułam niesamowitą świeżość, a kolejne aplikacje potęgowały efekt.. Produkt nie miał łatwego zadania, ale poradził sobie. Tuż po aplikacji czułam lekkie mrowienie i przyjemny chłód.. niemal czułam jak serum oczyszczało mi głowę. Za pierwszym razem trzymałam standardowo 30 minut i umyłam głowę tak jak to robię zawsze. po czym nakłożyłam mój ukochany żel aloesowy od Holika Holika.  Powiem tak... kocham peeling kawowy, nie przeszkadza mi, że muszę potem zużyć nieco więcej wody, żeby wypłukać fusy. Ale Serum sprawdza się porównywalnie z lekką tendencją na plus... a i dla środowiska (i mojego portfela) jest bardziej przyjazne. Wszak oszczędzanie wody to rzecz bardzo ważna! Później nieco eksperymentowałam z czasem, ale jednak 30 minut to dla mnie optymalna opcja. Czytałam u Aneczki , że serum można przetrzymać na noc... u mnie ten wariant kompletnie się nie sprawdził. Wstałam z podrażnionym skalpem. Cóż... widać co za dużo to nie zdrowo.
      Jeśli chodzi o nakładanie produktu. Przy moich długich kręconych włosach musiałam się nieco pomęczyć, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie, więc się nie czepiam. Lubię aplikację pipetą, jest higieniczna i bardzo precyzyjna, a to cenię sobie bardzo. Więc w tym punkcie dla produktu i dla producenta wielki plus!
      Kolejnym i właściwie ostatnim plusem dla mnie jest stosunek jakości do ceny.. ja co prawda wygrałam serum w konkursie. Ale 96 zł za 100 mililitrów tak wydajnego i działającego produktu, to nie jest wygórowana cena. Gdybym miała kupić produkt ponownie (a rozważam to bardzo), zdecyduję się jednak na mniejszą pojemność. Przy mojej częstotliwości stosowania 50 mililitrów (za 59 zł) na 4 miesiące to aż nadto. Ale to ja... nie znam wielu osób, które myją włosy tak rzadko.


źródło: Draqilka

Podsumowując.


      Kiedy kupuję produkt zawsze oceniam go pod kątem czterech rzeczy: zapach, skład, działanie i stosunek jakości do ceny. Przy czym kolejność jest nieprzypadkowa. Niestety, jeśli produkt mi śmierdzi, podrażnia mi śluzówki, wywołuje kichanie. To choćby nie wiem jak był wspaniały, nie jestem wstanie go używać. Nie mam mentalności męczenniczki, która dla urody wszystko przetrzyma. A ponieważ wrażliwość na zapach mam wysoką to... sami się domyślcie! W przypadku Serum Bionigree zapach nie był aż tak wielkim problemem bo mogłam otworzyć okno, a pozostałe składowe oceny zrównoważyły protesty mojego nosa. Mało tego, jestem wstanie lekko się nim zachwycić bo zwyczajnie działa! Kombinacja Serum Bionigree i Aloesowego Żelu Holika Holika okazała się strzałem w dziesiątkę! Czy polecam produkt? Tak. Działa i robi to co robić powinien. Nie podrażnia, nie zapycha. Nie jest tez przesadnie kosztowny. Pamiętajcie tylko o jego specyficznym mentolowo-porzeczkowym zapachu. Jeśli na mój będący w fatalnym stanie skalp podziałało, to podziała i u Was. Spróbujcie!


źródło: Draqilka



Niespodzianka ....


      Na koniec napiszę jeszcze kilka słów o niespodziance, która dodatkowo przesłała mi Marika. Jak wiecie (albo nie), Marika produkuje własne naturalne kosmetyki. Niedługo będzie je można kupić. W paczce z Serum Bionigree dostałam od niej peeling. O MATKO I CÓRKO I WSZYSCY ŚWIĘCI... jak toto pięknie pachniało! Jak wsadziłam nos do pudełka, to znalazłam się z olfaktorycznym niebie! Słodki, owocowy... cudowny peeling cukrowy. Zużyłam go na dwa razy (Pan M pomagał ;) ), ale i porwana przez zmysły nie oszczędzałam! Skóra po nim była oczyszczona i przyjemnie miękka. Powiem tak... będę jedną z pierwszych klientek Mariki, kiedy już ruszy ze sprzedażą. Ostatnio na pytanie czy będzie peeling odpisała mi: tak! Więc czekam z niecierpliwością!





Moja recepta na szczęście.. czyli mniej znaczy więcej!

Moja recepta na szczęście.. czyli mniej znaczy więcej!


Recepta na szczęście
     

      Musisz więcej! Musisz szybciej pokonywać kolejne stopnie kariery! Przecież ta podwyżka Ci się należy, musisz jeszcze tylko skończyć te dwa projekty! Otóż NIE! Nic nie muszę! Nie potrzebne mi większe mieszkanie, nie potrzebny mi lepszy samochód. Nie potrzebne mi kolejne pary niemożliwie drogich butów i torebek, tona kosmetyków też mi nie potrzebna.  Potrzebny mi czas dla siebie i dla rodziny. Nie jestem looserką.. po prostu nie mam zamiaru  żyć dla kariery. Mój cel to bycie szczęśliwą! I wiecie? Jestem szczęśliwa!



      Nigdy nie chciałam być szefem. Ale też nie lubiłam mieć nad sobą kilku szefów.. podwładnych z resztą też nie. Nawet w czarnych czasach korpo wolałam być gdzieś w środku drabinki. Robić swoje i wychodzić. To kwestia mojego charakteru. Cóż.. niektórzy mają przysłowiowe "parcie na szkło" inni nie.


slow life, motywacja, mniej znaczy więcej
        



Nie potrzebne mi kolejne rzeczy.


- Zjadłem wczoraj lunch w knajpie u Amaro - usłyszałam ostatnio od kolegi z korpo na dzień dobry.
- No i co z tego? - pytam
- No przecież to knajpa Amaro! Ma gwiazdkę Michelina!! Na stolik czeka się miesiącami! Wydaliśmy ze znajomymi fortunę!
- No i? - dopytuję się 
- Ty nic nie rozumiesz! - kolega nie może objąć rozumem, że się nie zachwycam.
- Byłeś w knajpie, zjadłeś obiad, napiłeś się wina. Co w tym szczególnego? Miejsce?
- Tak! - jego lico rozświetliło się jakby padł na nie blask słońca - Rozumiesz teraz?
- Nie. A tak w ogóle to cześć Tomek, miło cię widzieć po tylu latach.....

      Widzicie komizm tej sytuacji? On był tak podniecony tym, ze był w knajpie u AMARO! Że zapomniał się przywitać, zapomniał o całym świecie... liczyło się tylko fakt, że mógł się pochwalić wizytą w modnej knajpie. Cóż...
      Szpanerskie restauracje? Designerskie gadżety? 100 par butów? Przerabiałam to... to nie daje szczęścia. Owszem czujemy się chwilowo podekscytowani, czujemy dumę z posiadania. Tylko że po chwili pojawia się pustka. Pustka, którą mogą zapełnić jedynie kolejne gadżety.. kolejne rzeczy, które wydają się nam niezbędne. To błędne koło, w które wpada wielu moich znajomych. Zwłaszcza tych, którzy osiągają sukces, za którym idą większe pieniądze. Kiedy z nimi rozmawiam, potrafią mówić tylko o nowych rzeczach. Rzeczy.. rzeczy... tylko te nowe rzeczy wywołują w nich większe pozytywne emocje. Kupiłam to... Byłem tam... Jadę tam.. Smutne to...


Mój sposób na szczęśliwe życie.


      Piszę do Was ten post, po rozmowie z moim przyszłym teściem. Namawiał mnie na założenie własnej firmy. Argumentował to tym, że mam już kontakty, mam wiedzę. I tak pracuję w domu, więc w sumie nic się nie zmieni... Czy aby na pewno? Pracując na etacie nie martwię się o pracę. Nie muszę się szarpać z klientem, czego organicznie wręcz tego nie znoszę! Nie muszę walczyć z zusem, skarbówką i setką innych urzędów, które wciąż czegoś chcą. Czas który poświęciłabym na papierologię, mam dla siebie i Pana M. Czy to oznacza że brak mi ambicji? Nie! To mój sposób na szczęśliwe życie! Robię swoje i mam wolne. Mamy już dom, mamy samochód, mamy stabilną sytuację finansową i co najważniejsze mamy siebie. Nie potrzebne nam nic więcej.
      Czasem mam wrażenie, że większość ludzi w kodach genetycznych wytatuowane ma słowo: WIĘCEJ. Musza mieć więcej.. wciąż więcej. Więcej niż mieli rok temu, a już na pewno więcej niż dwa lata temu. Koniecznie więcej niż sąsiad! Bo jak to.... sąsiad kupił nowe auto? To ja nie mogę być gorszy! Koleżanka ma 400 znajomych na fejsie i 1000 obserwatorów na insta? Przecież nie mogę być gorsza... muszę mieć WIĘCEJ i WIĘCEJ i WIĘCEJ!
      Wiecie... zmęczyło mnie to wszędobylskie WIĘCEJ! Ja nie muszę mieć więcej. Chcę i mam w sam raz. Mam tez mnóstwo czasu na realizację swoich pasji, na to by się rozwijać. Nie chcę już więcej stresu. Nie chcę płakać po nocach z bólu.


czasem mniej znaczy więcej
   

Więcej to czasem zwyczajnie "za dużo".


      Co jest ważniejsze: czas spędzony z dorastającym dzieckiem czy ogromny telewizor plazmowy, na który harujesz wyrabiając nadgodziny? Co ma większą wartość: realny piknik z dziećmi na Polach Mokotowskich czy wiecznie planowany wypad do Bałtowa. Wypad, na który trochę brak kasy.. więc trzeba zarobić siedząc po godzinach. Co powinno nam przynieść większą radość: bycie razem gdziekolwiek.. czy bycie razem w szpanerskiej knajpie, w której w dodatku się nie najemy (ja od Amaro wyszłam głodna... tak wiem, tam się idzie jeść tylko smakować. Pffff).
      Kiedyś przeczytałam bardzo ważne dla mnie słowa. Nie pamiętam już gdzie, nie pamiętam kto je napisał... ale brzmiały mniej więcej tak: "Jeśli nie umiesz się cieszyć z małych rzeczy, nigdy nie będziesz szczęśliwy." To moje motto życiowe. Mój drogowskaz, którego się trzymam. Mój przepis na szczęście.


więcej znaczy mniej
      


Uffff... udało się!
Co myślicie o tym co napisałam?
Lubicie WIĘCEJ czy w sam raz?
Jak zawsze zachęcam do komentowania!






Czy jestem tekstowym tchórzem? czyli moja autodiagnoza!

Czy jestem tekstowym tchórzem? czyli moja autodiagnoza!

czyli boję się odpowiedzialności za słowa
   

      Kiedy w moim umyśle pojawia się hasło: tekstowy tchórz, automatycznie myślę polityk! To politycy są mistrzami rozmywania znaczenia swoich wypowiedzi. To oni jak ognia unikają konkretów, szczególnie, jeśli chodzi o sprawy drażliwe. Na pewno znane jest Wam zdania: "jestem za a nawet przeciw", "nie chcem ale muszem" itp. Ale czy sprawa dotyczy tylko polityków? Czy i my w zwyczajnym życiu unikamy odpowiedzialności za słowa. W drażliwych sytuacjach wolimy nie wypowiadać się na kontrowersyjne tematy. A blogerzy...? No właśnie! Na pomysł autodiagnozy wpadłam po przeczytaniu artykułu Ewy z serwisu tekstowni.pl. To bardzo fajny tekst warto go przeczytać!


      Kim według Was jest tekstowy tchórz? Czy to osoba, która unika pisania/mówienia w ogóle? Czy może mówi/pisze tak, żeby nikt się nie mógł przyczepić? Według mnie, to osoba która przyjmuje postawę: jestem za a nawet przeciw. Autor, który jak ognia unika odpowiedzialności za to co powie lub napisze. Ktoś, kto jest mistrzem nawijania makaronu na uszy. Taka osoba, tak Cię zagada, tak zaplącze.. że jak nie jesteś uważny, to dasz się uwieść. Mistrzami w tym fachu są politycy. Obiecują, łgają.. ale w taki sposób, żeby nie można im było tego udowodnić. Popastwmy się więc nade mną. Ewa w swoim artykule pokazuje 6 cech tekstowego tchórza... oto one!


blogowanie to sztuka
    



1. Tekstowy tchórz nadużywa cudzysłowów.



      To jeden z zabiegów literackich, który pozwala zdystansować się do wypowiedzi. W myśl zasady: napisałem to, ale wcale tak nie myślę!
      Czy ja nadużywam cudzysłowów? Sama nie wiem... przejrzałam kilkanaście notek i nie znalazłam ich zbyt wielu. I rzeczywiście używam ich, by podkreślić dystans do pisanych słów, a czasem podkreślić, że myślę wręcz odwrotnie. Czy tak jest w rzeczywistości? To zdecydowanie pytanie do Was, moich czytelników!


2. Tekstowy tchórz uwielbia watę.



      Znam mistrzów nawijania makaronu na uszy. Nigdy nie mówią wprost: "ten kosmetyk to kompletny bubel", tylko "w blogosferze głównie mówią że to kiepski produkt, wydaje się, że to prawda".
      Cóż, z nawijaniem makaronu na uszy jest różnie. Ale wydaje mi się, że jestem dość konkretna w swoich postach i w swoich opiniach. Czasem piszę wyrażenia typu: "badania wskazują", "eksperci piszą", "mądrzejsi ode mnie mówią" ... muszę to zmienić. To jest zdecydowanie punkt, nad którym powinnam popracować. To zwyczajnie rozmywa obraz. Więcej źródeł, nazwisk, konkretnych linków i będzie dobrze!


blogowanie to sztuka
    



3. Tekstowy tchórz nie wierzy w siebie, więc potrzebuje zapewnień!



       Jeśli nie wierzymy w siebie, to automatycznie boimy się, że inni nam nie uwierzą i nas obśmieją. W takich sytuacjach ratują nas wzmocnienia przekazu, a do tego wybitnie nadają się przysłówki typu: bardzo,nieprawdopodobnie, wielce. W artykule Ewy jest bardzo fajny cytat, którym i ja się posłużę: "Kiedy dodajesz przysłówek wzmacniający, przekształcasz dychotomię typu „wszystko albo nic” w stopniowaną skalę." Przykład? Zamiast "To jest dobry produkt." z ust tchórza usłyszymy "To jest wybitnie dobry produkt." (Dychotomia to dwudzielność, podział na dwie części, wzajemnie się wykluczające i uzupełniające do całości).
      Czy ja potrzebuję sama siebie upewniać, że wierzę w to co piszę? Obawiam się, że jest wręcz odwrotnie. Może to wynika z pewności siebie, z umiejętności bronienia własnego zdania? Zdecydowanie nie muszę zapewniać samej siebie, że wierzę w to co piszę.


4. Tekstowy tchórz kocha rzeczowniki, które nazywają czynności i stany.



      Tekstowy tchórz nie napisze: ja testowałem, ja byłem zaskoczony, ja zrobiłem. Zamiast czasowników użyje sformułowań typu: robienie, zaskoczenie, testowanie, używanie..
      Uhhh... w tym punkcie też problemu nie mam. Czasem mam wrażenie, że nadużywam konstrukcji: ja zrobiłam, ja uważam, ja myślę. Wiecie, kiedy piszę posty, czy komentarze na Waszych blogach łapię się na tym, że za dużo tego "ja". Ale z drugiej strony, lepiej chyba wyrazić się konkretnie, niż zamydlać obraz. Co o tym myślicie?


blogowanie to sztuka
    



5. Tekstowy tchórz nienawidzi strony czynnej czasownika.



      Powiedzcie jak można być za a nawet przeciw, kiedy używa się sformułowań typu: czytałam książkę, używałam maseczki X, widziałem film Y? Strona czynna czasownika wymusza na nas podanie podmiotu. Tekstowi tchórze bardzo tego nie lubią. Jeśli taki typ już musi, to sięga po stronę bierną, gdzie podmiot jest przedmiotem czynności (np. masełko zostało przetestowane), a nie jej wykonawcą, lub zwrotną, gdzie podmiot jest jednocześnie podmiotem i przedmiotem czynności (masełko testuje się).
      A jak jest u mnie? Chyba podobnie jak w punkcie 4. Jeśli już coś piszę, to jednak używam strony czynnej. W blogosferze generalnie zapomina się o czasownikach, co utrudnia odbiór tekstów (o wskaźniku mglistości pisałam TU KLIK). Osobiście staram się o tym pamiętać. Więc i ten podpunkt mnie nie dotyczy. Jeśli masz inne zdanie, koniecznie mi o tym napisz!


6. Tekstowy tchórz lubi mądre słowa i unika konkretów.



      Mądre słowa pięknie wyglądają w tekście. Dają złudne poczucie wyższości nad czytelnikiem, który może ich nie znać. Tekstowy tchórz w swoich wypowiedziach będzie się do nich często uciekał, jednocześnie jak ognia będzie unikał przykładów. Napisze: Agogika lento do largo końcówka grave. Nie będzie miał zamiaru wyjaśniać że chodzi o tempo utworu. Nie napisze, ze lento to powoli, a largo to szeroko. A skąd... jeszcze się upoi zwrotem grave i nawet nie napomknie, że to zwykłe ciężko. A że czytelnik nie zrozumie i poczuje się głupio? A kogo to obchodzi?
      Uhhh.. w tym punkcie też nie mam problemów. Staram się pisać jasno i zrozumiale. Jeśli już użyję trudnego słowa, to je wyjaśniam. Napisałam nawet cykl postów o tym, jak pisać zrozumiale: tekst 1, tekst 2, tekst 3, tekst 4. Staram się trzymać zasad które opisałam, jeśli tak nie jest dajcie znać koniecznie!!


Jak myślicie.. jestem tekstowym tchórzem czy nie?
A Wy jak siebie oceniacie? Boicie się odpowiedzialności za swoje słowa?
Wypowiadacie krytyczne uwagi nawet jeśli grozi to utratą współpracy?
Jak zawsze zapraszam do komentowania!!!

Na koniec zostawiam Was z kilkoma pięknymi cytatami o pisaniu. Przecież bloger to też pisarz! Pisanie to zawsze akt odwagi. Nie bójcie się pisać i nie bądźcie tchórzami!


„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” - Marek Hłasko


„Nie w tym rzecz, że nie masz czasu na pisanie. Rzecz w tym, że nie uważasz tego za wystarczająco ważne, by poświęcić temu czas. Ale ja tak.” – Chuck Wendig


„Sztuka pisania to sztuka skracania.” – Anton Czechow


„Dobrzy pisarze często chwytają życie. Średni przesuwają po nim szybko ręką. Źli gwałcą je i zostawiają padlinę.” – Ray Bradbury







Kulturalnie ulubieńcy odc. 13 - LIPIEC 2017

Kulturalnie ulubieńcy odc. 13 - LIPIEC 2017

     

      Lipiec minął mi pod znakiem przemieszczanie się między trzema miejscami w których pomieszkuję. Ufff nikomu tak nie życzę. Człowiek właściwie nie rozpakowuje walizki.. bo się na parę dni nie opłaca. Cóż... życie prawda? Podróże wspomagają czytanie.. wiec i sporo przeczytałam. Filmowo średnio... serialowo bosko! Zapraszam do czytania!


1. Muzyka miesiąca lekko


      Początek miesiąca należał do Despasito... no złapałam tego raka (i tak późno xD) ... ale końcówka miesiąca to zdecydowanie Linkin Park. Jakoś tak dziwnie mi no....





2. Muzyka miesiąca poważniej.


      Dziś niepokojąco... moim zdaniem najlepszy motyw muzyczny jaki powstał. Jestem psychofanką Hansa Zimmera... ale Brytyjczyk Clint Mansell przeszedł tu samego siebie. Motyw jest idealnie dopasowany do filmu. A i sam niezmiennie porusza... Requiem dla snu....




3. Książka miesiąca.


      Stali czytelnicy wiedzą, że kocham wręcz fantastykę. Czy to polską czy zagraniczną. Nic mnie tak nie odpręża i nie odrywa od zmartwień, jak dobra saga fantastyczna. W czerwcu przychodzę do Was z mini recenzją Cyklu Demonicznego Pettera V. Bretta. Sagę zaczęłam czytać jeszcze w czerwcu i zachwyciła mnie od pierwszych stron, ale nic jeszcze nie pisałam zostawiając recenzję na lipiec.
      Jak się domyślacie, recenzja będzie entuzjastyczna!


źródło: www.darkwarez.pl


      Już od pierwszych stron przenosimy się w mroczny i brutalny świat, w którym ludzie walczą z demonami. Potwory wychodzą z Odchłani co noc.. chroni przed nimi tylko światło słoneczne. W takim to świecie poznajemy Arlena, Leshee i Rojera. Ich wątki pozornie nie są ze sobą powiązane. W pierwszym tomie obserwujemy ich dorastanie i co by nie mówić, walkę o przetrwanie. Później walkę o lepsze życie dla ludzkiej rasy. Nie chcę w recenzji spojlerować napisze tylko, że znalazłam w książce wiele odniesień do świata rzeczywistego. Ludzie są podzieleni.. walczą ze sobą dwie kultury: kultura północna, która kojarzy mi się z szeroko pojętym współczesnym zachodem. I Południe.. które kropka w kropkę przypomina świat islamu. Te dwa ludzkie światy ścierają się ze sobą i z demonami... co z tego wyniknie?? Czekam z utęsknieniem na kolejną część sagi.
      Cykl Demoniczny to rewelacyjna i niezwykle spójnie napisana saga fantasy. Autor dopieścił fabułę w każdym calu. Książki czyta się szybko, nie ma przestojów, nie ma zbędnych opisów. Akcja toczy się wartko.. sama przyjemność z czytania.

W mojej prywatnej skali: 9,5/10


Swoją drogą też tak macie??

źródło: facebookowy fanpage Nie jestem statystycznym Polakiem lubię czytać książki

4. Serial miesiąca.


      Wreszcie.. nareszcie i generalnie unoszę się na ziemią bo.... DOCZEKAŁAM SIĘ nowej serii Gry o Tron. Najlepszy serial jaki zrobiono i będę go bronić przed każdym, kto myśli inaczej. Nie kupuje argumentacji, że kiepskie... szczególnie od osób, które NIE oglądały, lub obejrzały jeden odcinek. Gra o Tron to bajka. Genialnie zagrana, świetnie wyreżyserowana... a o fabule mogłabym opowiadać godzinami (wspominałam kiedyś.. że Saga Lodu i Ognia to chyba moja ukochana saga). Tak więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od tak więc) .. skoro pojawiły się nowe odcinki.. to wybór ulubieńca nie może być inny. W lipcu (w sierpniu i we wrześniu prawdopodobnie też) królują u mnie perypetie bohaterów z Westeros.





5. Film miesiąca.


W lipcu posucha... w sumie chyba nie obejrzałam żadnego filmu. W każdej wolnej chwili siedziałam z nosem w czytniku ebooków. Więc... propozycji ode mnie w tym miesiącu nie będzie.


6. Cytat miesiąca.

   
   

      To tyle ode mnie. A Wy co ciekawego przeczytaliście i obejrzeliście w tym miesiącu?