Kwestionuj autorytety. Myśl samodzielnie... czyli o tym jak postrzegać szerzej!

Kwestionuj autorytety. Myśl samodzielnie... czyli o tym jak postrzegać szerzej!

     
      Jak myślicie: czy gdyby nie upór i tzw. szukanie dziury w całym ludzkość w ogóle by się rozwinęła? Czy powstały by wszystkie popychające rozwój wynalazki? Czy wprowadzane byłby coraz to nowe ulepszenia? Odpowiedź na te pytania brzmi NIE.
      Z mojego doświadczenia wynika, że czasem wystarczy oderwać się od dręczącego nas problemu i spojrzeć na niego w oddali. Jak się tego nauczyć? Jak wyrobić w sobie nawyk oderwania myśli od dręczącego nas zagadnienia czy to w pracy czy w domu i spojrzeć na nie z oddali.
      Na jednym ze szkoleń w korpo nauczyłam się trzystopniowego podejścia do problemów:
1. Poszukaj dziury w całym
2. Zrób cztery kroki w tył
3. Zakwestionuj autorytety i wymyśl coś samodzielnie.

Od tamtej pory stosuję się do tej zasady. Podchodzę do problemów jak przysłowiowy pies do jeża. Oglądam je ze wszystkich stron, szukam słabszych punktów, odrzucam wszystkie gotowe rozwiązania i wymyślam swoje im bardziej abstrakcyjne tym lepiej!



     



Overview effect

      Jako pierwszy tego terminu użył Frank White określając uczucia jakie zalewają kosmonautów, kiedy ci po raz pierwszy patrzą na nasza planetę i widzą ją całą. Dostrzegają wtedy jej piękno i pewną kruchość, jakiej my będąc na Ziemi nie jesteśmy wstanie zauważyć.
      To zjawisko możemy przenieść na nasze problemy, czasem, kiedy koncentrujemy się na nich, zwyczajnie nie da się znaleźć rozwiązania. No kaplica... dochodzimy do ściany, która na dodatek jest po napięciem i nijak nie możemy znaleźć sposoby by ją pokonać. Własnie wtedy trzeba się cofnąć, spojrzeć z oddali. Często w takich sytuacjach okazuje się, że wystarczy zrobić kilka kroków w bok i przeszkoda łatwo zostanie ominięta. Dlaczego tak jest? Niestety mamy tendencję do patrzenia fragmentarycznego, nie postrzegamy świata jako całości.. jak sobie tak teraz myślę, że każdemu przydałaby się wycieczka w kosmos. Nierealne.. musimy sobie radzić inaczej!


Niestety musimy szukać dziury w całym!

      Czym różnią się ludzie kreatywni od całej reszty? Gdy przeciętnemu człowiekowi dać do rozwiązania problem, poprzestanie na pierwszym satysfakcjonującym go rozwiązaniu. ten kreatywny, myślący innowacyjnie będzie drążył dalej. Wynajdzie kilka rozwiązań i dopiero potem wybierze to, które będzie mu najbardziej odpowiadało.
      Szukając materiałów do tego postu przeczytałam pewną historyjkę o Albercie Einsteinie, która doskonale obrazuje podejście kreatywne. Kiedy zapytano Einsteina o różnice między nim, a osobą "normalną" odpowiedział: kiedy poprosicie normalną osobę o znalezienie igły w stogu siana, ta poprzestanie na pierwszej którą znalazła, ja przeszukam cały stóg, by mieć pewność, że nie ma innych igieł.


     


To jak? poćwiczymy kreatywność?

      Podrzucę Wam ćwiczenia, które robiliśmy w firmie w czwartek. Utknęliśmy na jednym ze zleceń. Nijak nam nie podchodziło, który fundusz unijny do czego wykorzystać, by klient wyszedł na tym jak najlepiej. Doszliśmy do ściany.. no nic nam do głowy nie przychodziło. Powiedziałam dość. Pora na zabawę! Postanowiłam oderwać nas od problemu i zafundować proste ćwiczenia, na pobudzenie mózgownic do myślenia.

Ćwiczenie 1.

Przygotuj nożyczki i kartkę papieru. twoim zadaniem jest wycięcie takiego otworu, by przeszedł przez niego człowiek.

      To jak podejmujesz wyzwanie? Zapewniam że da się to zrobić. Musisz tylko wyjść poza schemat, zrobić dwa kroki w tył i spojrzeć na kartkę inaczej niż dotychczas. To ćwiczenie pozwala nam ćwiczyć postrzeganie przedmiotów w zupełnie nowym świetle, dostrzeganie w nich niewidocznych na pierwszy rzut oka zastosowań.

Warto tu wykorzystać Metodę Disneya (przypomniała mi o niej jedna z blogerek. Dziękuję! jej blog: Inspiracje Ambiwertyczki ). Co to za metoda?
Spróbuj popatrzeć na problem z trzech punktów widzenia:
Marzyciela - nic Cię nie ogranicza, ani czas, ani miejsce, ani Twoje umiejętności
Krytyka - ten to musi być posłuszny wszelkim znanym mu zasadom, u niego nie ma przebacz
Realisty - człeka rzetelnego i obiektywnego, który racjonalnie oceni co można, a co niestety trzeba odrzucić.


Ćwiczenie 2
Na środku Sahary leży całkowicie nagi mężczyzna a obok niego leży bombka choinkowa. Dlaczego on tam leży? Wymyśl najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Niby totalna abstrakcja prawda? No bo co może robić goły facet z bombką.. w dodatku na pustyni? Ale to tylko pozory.. bo to zadanie pobudzające naszą dedukcję i myślenie logiczne.
W jednej z poprzednich notek pisałam o kreatywności i o tym, że jest ona do pewnego stopnia uzależniona od logiki. I polega na łączeniu znanych nam już rzeczy w całkiem nowe. Dlatego takie logiczne, dedukcyjne ćwiczenia bardzo ją pobudzają.

Znacie grę w czarne historie? To gra inspirowana nagrodami Darwina
Otóż: jedna z osób zapoznaje się z historią jakiegoś nieszczęśnika, który umarł przez własną głupotę. Podaje tylko tytuł. Reszta towarzystwa zadaje pytania, na które prowadzący odpowiada tak lub nie. Jest prosta a niesamowicie pobudza nasz umysł, pobudza zarazem myślenie logiczne jak i abstrakcyjne. Polecam.. dobra zabawa gwarantowana.

    








Prezenty .. prezenty .. kupuj  prezenty.. bo święta! Czy warto?

Prezenty .. prezenty .. kupuj prezenty.. bo święta! Czy warto?

   

      Ci z Was, którzy czytają mnie dłużej nie będą zaskoczeni tą notką. Wiedzą, że mam "alergię" na komercję i rozbuchany konsumpcjonizm. Przeważnie je akceptuję je, mimo że kompletnie nie rozumiem. Ale są takie sfery mojego życia, kiedy włącza mi się agresja. Najbardziej widać do właśnie w przypadku Świąt Bożego Narodzenia (czy też ich laickiej komercyjnej przeróbki zwanej Gwiazdką).
      Tak, jestem konserwą.. zakutą w dodatku. I o ile światełka, choinki i optymistyczne świąteczne piosenki wprawiają mnie w doskonały nastrój, to już ta cała nachalna marketingowa machina przyprawia mnie o wzrost ciśnienia. Ze wszystkich stron atakuje mnie jedno: kupuj kupuj kupuj! Najlepiej od 2 listopada do 24 grudnia non stop kupuj. Prezenty, dla wszystkich tony prezentów. Telewizory, laptopy, telefony, tony zabawek i kosmetyków. KUPUJ! Jak nie masz za co to weź na raty, weź pożyczkę,  ALE KUPUJ!
      Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam obdarowywać bliskich. Nic nie cieszy mnie tak bardzo jak uśmiech na twarzy mojego taty, kiedy ten jak dziecko cieszy się z kolejnego "pomocnika" działkowego. Albo mojej mamy, która ze śmiechem rozrywa papier by wydobyć nowe książki. Mój Pan M.który z poważną miną, ostrożnie by nie rozwalić opakowania dobiera się do upominku, jest dla mnie nieustannym źródłem śmiechu. Ot radość.

      Ale do jasnej anielki chyba nie te prezenty są najważniejsze prawda?
A jeśli nie są.. to dlaczego od początku listopada znakomita większość rozmów koncentruje się na tym.. co kto komu kupi i za ile? Licytujemy się między sobą na ilość i jakość:
"Ja kupiłam już synkowi kolejkę, samochód zdalnie sterowany i drona";
"a ja mojej córeczce zestaw z Krainy lodu, wydałam prawie 500 zł";
"mój mąż dostanie w tym roku nowy sprzęt do grania, bo ten ma już rok i nie daje rady";
"kupiłem ojcu traktorek do koszenia trawy, nie będzie mnie już wołał, żebym z kosiarka latał, wsiądzie sobie sam i skosi"
"rodzice w zeszłym roku kupili nam wypasiona lodówkę, musimy się zrewanżować, kupiliśmy im odkurzacz, który sam odkurza i pierze"
      Zamiast cieszyć się, że rodzina będzie razem, że jest okazja do rozmowy i zwyczajnego bycia ze sobą, to koncentrujemy się na rzeczy tak prozaicznej jak prezent.

      Czasem mam wrażenie, że zapominamy o tym, jak ulotne jest życie. Szczególnie w magicznym czasie świąt widać to najbardziej. W pogoni za kolejnymi zbędnymi gadżetami, które po świętach rzucimy w kąt, kiedy biegniemy od sklepu do sklepu, od strony do strony, od promocji do promocji, gubimy całą tą ciepłą magię.  Nie lepiej ten czas poświęcić dla bliskich? Jechać do dziadków i pomóc babci myć okna? Będzie zdecydowanie bardziej zadowolona z wizyty wnuczka niż z kolejnej pary rękawiczek. A odwiedziny u mamy.. na pewno będzie szczęśliwa kiedy zaoferujemy pomoc przy lepieniu pierogów. Niby oczywiste oczywistości, a tak łatwo o nich zapominamy.
      Dlaczego o tym piszę? Cóż.. choroba mamy co chwila przypomina mi o tym, że każda wspólna uroczystość może być naszą ostatnią. Czas biegnie tak szybko.. coraz szybciej i szybciej. bezcenne dni uciekają nie wiadomo gdzie. Ta wigilia może być ostatnia, następna może być już bez niej. Koszmar prawda? W takich chwilach człowiek patrzy na ten biegnący za rzeczami świat, jak na ciekawe zjawisko, w którym nie chce brać udziału. Ale czy potrzeba osobistej tragedii, żeby się otrząsnąć? Ja ostatnimi czasy mam wrażenie, że zrzuciłam z siebie jakąś błonę, która ograniczała ostrość mojego widzenia. Uczę się wciąż od nowa i od nowa cieszyć się z bliskości, z obecności ukochanych osób obok mnie. Bo przecież to nie rzeczy, ale ludzie powinni być najważniejsi.
      Tak, przemawiają przeze mnie emocje, poczucie nieuchronnej straty i bezsilność. Mam gorszy czas, wcale tego nie ukrywam. Ale czy to zniekształca mój osąd? Wykrzywia spojrzenie na świat? Czy może wręcz przeciwnie.. znieczula na błyszczący blichtr i pokazuje smutną prawdę?


     
       Zaryzykuję taką tezę.. że konsumpcjonizm zabija ducha świąt. Zabija w ludziach wszelką głębię. Możecie się ze mną nie zgadzać, jednak kiedy patrzę na ludzi polujących na kolejne rzeczy... Łapiecie się na tym, że całkowicie pochłania Was wir przedświątecznych zakupów i przygotowań wszelakich? Czy dostrzegacie czasem, że cały ten cyrk przesłania Wam ludzi? Mnie na to znieczuliła sytuacja. Jeśli przedświąteczny rozgardiasz to tylko z najbliższymi w czasie wspólnych przygotowań. Ciekawi mnie jak jest u Was?

Wigilia tradycyjna.. czy nowoczesna?
Z bliskimi czy jednak nie?
Wyobrażacie sobie Wigilię BEZ prezentów?
Wigilia w ciepłych krajach z dala od domu.. to coś dla Was?
Macie listę tematów TABU, których się nie porusza przy wigilijnym stole?
Co robicie z nietrafionymi prezentami? Rzucacie w kąt, sprzedajecie.. oddajecie komuś?







Efekt wyniku... czyli co by było gdyby to czy tamto!?

Efekt wyniku... czyli co by było gdyby to czy tamto!?

      
      Dziś zacznę od pytania... Czy zdarzyło Ci się kiedyś krytycznie ocenić swoją decyzję na podstawie jej efektów? A kiedy były one niezadowalające, stawałeś się dla siebie bardziej surowy niż zwykle? Ja mam tak często. Podejmuję trudną decyzję, która nie przynosi mi wystarczająco dobrych rezultatów.. więc zaczynam rozpamiętywać "co by było gdyby". Taka pułapka.. tzw błąd poznawczy. Oceniamy siebie i nasze decyzje z perspektywy czasu.. kiedy wiemy już jaki jest ich wynik. Ja się na tym łapię dość często.. zawsze mam ochotę walnąć się czymś ciężkim w głowę.. ale czy to coś daje? Ano nic. ;) Dziś o efekcie wyniku!



z cyklu odrobina motywacji ;)



Co to jest ten efekt wyniku?

      Efekt wyniku, to taki mały feler. Przez który oceniamy nasze decyzje na podstawie wyników, a nie tego, co wiedzieliśmy w momencie podejmowania decyzji. Taki błąd poznawczy.. niby wiemy, że w momencie kiedy decydujemy się na jakieś rozwiązanie nie mamy wszystkich możliwych danych i decydujemy się na ryzyko, ale z perspektywy mamy tendencję to gdybania i wyrzucania sobie błędów. Zdarza się Wam? Mi bardzo często.
      Najbardziej znanym badaniem, które doskonale obrazuje zjawisko Efektu wyniku, jest "szpitalny" eksperyment Jonathana Barona i Johna Hersheya.

Grupie osób przedstawiono hipotetyczny scenariusz:

Szpital, stan chorego szybko się pogarsza, potrzebna jest operacja, gdyż pacjent może umrzeć.. ryzyko powikłań jest niewielkie. Jeśli zabieg się powiedzie pacjent będzie żył kilka lat dłużej. Lekarze postanawiają operować.

Jak myślisz zrobili dobrze czy źle?? Podjęłaś decyzję, masz już swoją ocenę sytuacji? Super.


warto o tym pamiętać ;)


A teraz...

Po operacji dowiadujesz się, że pacjent umarł. Jaka jest teraz twoja ocena decyzji lekarzy? Taka sama.. czy jednak coś się zmieniło?

Baron i Hershey podzielili badaną przez siebie grupę na dwie części. Jednej powiedzieli, że pacjent umarł, drugiej że przeżył. Pewnie nie zdziwi Was wynik. Otóż ta grupa, która znała pesymistyczny wynik operacji oceniała decyzję lekarzy krytycznie. uważali, że lekarze zwyczajnie popełnili błąd w ocenie. Ta grupa, która znała wersję optymistyczną oceniała decyzję lekarzy pozytywnie.

Zaskakuje Was to? Czy raczej nie?

      Mnie po poznaniu mechanizmu, jaki zachodzi w ludzkich mózgach już nie. Zwyczajnie mamy tendencję to oceny skutków nie po tym CO wiedzieliśmy w momencie podejmowania decyzji, ale PO wynikach. Przecież dużo łatwiej ocenić jakąś sytuację.. kiedy znamy już wszystkie dane prawda? Można wtedy "z czystym sumieniem" wytykać błędy.
      Znacie na pewno osoby które kochają powtarzać "a nie mówiłem". Moja mama ma do tego tendencję. Kiedy podjęta przeze mnie decyzja nie do końca okazuje się trafna.. lubi powiedzieć "a nie mówiłam, że trzeba było inaczej". Na nic zda się tłumaczenie, że w momencie podejmowania decyzji nie znałam wszystkich możliwych scenariuszy, że pewnych rzeczy przewidzieć się nie da. Znam wiele takich osób. Irytujące to prawda?
      Z resztą, sama też mam tendencję do rozpamiętywania.. co by było, gdybym zrobiła inaczej to czy tamto. Niby wiem, że powinnam oceniać wyniki najpierw po tym, co wiedziałam w momencie podejmowania decyzji, a dopiero potem po efektach.. bo to najlepsza droga do dobrego wnioskowania, ale i tak w mózgu przeskakuje jakaś klapka i zaczynam gdybać.


Jakie są przyczyny?

      Podstawową przyczyną jest upływ czasu i uzyskiwane w międzyczasie informacje. Stajemy się mądrzejsi, więc i nasza ocena się zmienia. "Mądry Polak po szkodzie" znacie to powiedzonko? Pasuje jak ulał prawda?
      Zjawisko efektu wyniku jest szczególnie niebezpieczne przy wszelkiego rodzaju podsumowaniach. To właśnie wtedy powinniśmy być szczególnie ostrożni w ocenie swoich (czy cudzych) działań. Przykład?

Makler giełdowy podejmuje decyzję o zakupie akcji Firmy X. Przedsiębiorstwo stabilne, przewidywalny właściciel, sytuacja polityczna wydaje się stabilna. Po tygodniu wybucha skandal. Okazuje się że produkty wytwarzane przez firmę X są wadliwe. Zarząd chcąc zaoszczędzić zdecydował się na gorsze materiały. Akcje lecą na łeb na szyję, klienci maklera sporo tracą.

Jak ocenimy decyzję maklera? Jak on będzie siebie oceniał? Czy kiedy przyjdzie ocena roczna, będziemy mu wyrzucać tą wpadkę. Czy to była wpadka? Czy inwestując mógł przewidzieć działania zarządu firmy X?
Czy on sam powinien sobie wyrzucać błędną decyzję?


Jak to jest u Was?
Jak postrzegacie swoje decyzje?
Bierzecie poprawkę na upływ czasu i dodatkowe informacje, czy ulegacie efektowi wyniku?
Warto o tym pamiętać.











Veera - rajstopy na miarę XXI wieku. Mój pierwszy artykuł recenzencki

Veera - rajstopy na miarę XXI wieku. Mój pierwszy artykuł recenzencki



     

      Ładnych kilka miesięcy temu, w czasie jednej z wymian myśli na blogu Dominiki z DYED BLONDE „z jej palców” padło znamienne zdanie. Nie pamiętam go już dokładnie, ale sens był taki: „prędzej czy później każdy bloger idzie na współpracę”. Wtedy pomyślałam sobie: a gdzie tam, nie dotrę to tego punktu, przecież nie piszę o nowościach kosmetycznych… A jednak! Kilka tygodni temu znalazłam w swojej skrzynce mejlowej intrygującą wiadomość:

„Witaj Marzeno, czy Twoim zdaniem rajstopy mogą być innowacyjne […] przetestuj rajstopy marki Veera...”

      Cóż ja miałam zrobić? Biłam się z myślami kilka dni. Roztrząsając w nieskończoność.. warto czy nie warto? warto czy nie warto? Czy to pasuje do bloga, czy nie? W końcu zgodziłam się. Bo dlaczego niby nie? Zdecydował o tym jeden fakt. Jestem typem „ załóż rajstopy i nie zapomnij drugiej pary włożyć do torebki”. W moim przypadku nie ma znaczenia, czy kosztują 2 czy 22 złote, czy są cienkie czy grube. Zaciągam, dziurawię, wściekam się i wywalam do kosza. Dlatego pomyślałam sobie, że przetestuję markę Veera i opowiem Wam o moich doświadczeniach. O doświadczeniach modelowej niszczycielki rajstop.

Na początek kilka słów od producenta:

      Dzięki rajstopom marki Veera, Twoje nogi będą piękne, seksowne i zdrowe przez długie lata.Nie ma w tym żadnej magii. To produkt na miarę XXI wieku. Jego jakość i skuteczność została wielokrotnie potwierdzona poprzez nagrody konsumentów oraz testy kliniczne.
Rajstopy Veera spełniają oczekiwania współczesnej kobiety:


SĄ BARDZO TRWAŁE – dzięki specjalnemu splotowi nie lecą w nich oczka, nie musisz więc brać ze sobą zapasowej pary w torebce, na wszelki wypadek;
DBAJĄ O ZDROWIE TWOICH NÓG – dzięki nim nawet po całym dniu nie czujesz ciężkości i zmęczenia nóg, wspomagasz swoje krążenie, zapobiegasz pojawieniu się pajączków;
MODELUJĄ SYLWETKĘ – abyś zawsze czuła się komfortowo i pewnie;
ZAWIERAJĄ JONY SREBRA – po całym dniu nie będziesz myślała o tym, żeby jak najszybciej ściągnąć rajstopy, bo przez cały czas czujesz się w nich świeżo;
ZACHOWUJĄ SWOJE WŁAŚCIWOŚCI PRZEZ CO NAJMNIEJ 6 MIESIĘCY – dzięki temu robisz to, co lubisz najbardziej: pierzesz i ubierasz, pierzesz i ubierasz… i tak przez długi czas;
SĄ ELEGANCKIE – pomimo cennych właściwości zdrowotnych, produkty marki Veera nadal wyglądają jak klasyczne rajstopy, więc możesz nosić je codziennie i do każdej stylizacji.



źródło: veera.pl

      Wybrałam rajstopy 140 DEN i pończochy 40 DEN. Po wyjęciu z pudełka zachwyciła mnie lekkość produktu, zwyczajnie spodziewałam się, że rajstopy będą grubsze. Produkt na pierwszy rzut oka wydaje się luksusowy. Nie będę tu opisywać danych technicznych.. te znajdziecie na STRONIE PRODUCENTA (po co się powtarzać? Nigdy nie byłam fanką zbyt częstego używania kombinacji kopiuj+wklej).

Moje pierwsze wrażenia:
1. Cholera jak to się ciężko zakłada!
No ale czego ja się spodziewałam za przeproszeniem po rajstopach uciskowych? Za pierwszym razem było ciężko, to nie jest produkt, który założymy w 10 sekund (albo ja jestem taka ułomna) ale… Jak już uda nam się je założyć, to jest bajka, czujemy ucisk, ale to przyjemne.. to trochę taki mikro masaż. Po chwili się przyzwyczajamy i pozostaje nam jedynie uczucie komfortu.
2. Trwałość…
Już przy pierwszym nakładaniu udało mi się zaciągnąć rajstopy. Zakładam jednak, że wina leży po mojej stronie. Za szybko chciałam je na siebie "wciągnąć". Oczko nie poszło więc OGROMNY PLUS!
3. Niwelowanie zmęczenia..
To jednak włożyłabym między bajki. Oczywiście rajstopy przynoszą ulgę, ale umówmy się.. po kilku godzinach na nogach, kiedy ma się na nogach obcasy to zmęczenie jest nieuniknione choćby nie wiem co.

źródło: veera.pl

Co mogę powiedzieć po kilku tygodniach użytkowania?

      Rajstopy Veera są godne polecenia. Pobudzający krążenie mikro masaż to ogromny plus. Myślę, że w profilaktyce przeciwżylakowej produkt sprawdzi się doskonale, szczególnie u osób narażonych (kto dziś narażony nie jest?). Veera to świetna jakość i duża trwałość. Dzięki swojej specjalnej budowie są odporne na puszczanie oczek.. brzmi jak z reklamy? No jeśli ja założyłam je więcej niż 5 razy to już jest ogromny sukces! Po praniu rajstopy się nie odkształciły, nic się z nimi nie stało. Noga jak wyglądała pięknie, tak wygląda. Jeśli do tego dorzucimy zdrowie mamy pełny obraz.
Ale żeby nie było tak cukierkowo mam jeden zarzut… Jestem dość wysoka (173 cm) i nie mam figury modelki. Dlatego kierując się tabelką rozmiarów wybrałam 4. O ile długość nogi jest idealna, o tyle „majciochy” mogę podciągnąć pod same cycki, albo i wyżej. Rajstopy się nie zsuwają, trzymają w miejscu krągłości.. ale to mimo wszystko niedogodność, ja tego zwyczajnie nie lubię. Czy to je dyskwalifikuje? Nie. Bo mimo wszystko plusy przykrywają ten jedyny mały minus. Przecież dla zdrowych i pięknych nóg warto pocierpieć prawda?



Rajstopy Veera pięknie wyszczuplają nogi



Czy zamówię kolejną parę? Tak.
Czy polecam? Tak, szczególnie osobom, które mają już pierwsze problemy z żylakami.
Czy są warte swojej ceny? To już kwestia indywidualna.. dla jednych kosztują za dużo dla innych normalka. To nie są normalne rajstopy, a rajstopy uciskowe, można powiedzieć lecznicze, więc muszą kosztować więcej. Jeśli za zwykłe rajstopy Gatty, czy Marilyn można zapłacić kilkanaście złotych (swoją drogą jak można tyle przepłacać to ja nie wiem.. polscy producenci robią rajstopy z tych samych materiałów tylko połowę taniej, bo bez opłaty za markę i reklamę), to tym bardziej możemy zapłacić więcej za rajstopy Veera i cieszyć się ich leczniczymi właściwościami, dopasowując stopień ucisku do swoich potrzeb.


trwałość mnie powala




Nosicie rajstopy?
Jakie są wasze ulubione?
Miałyście kontakt z marką Veera?




jedyny minus częstej jazdy na rowerze.. mięśnie ud. ;)