Syndrom oszusta .. czyli dlaczego tak mało wierzyłam w siebie.

Syndrom oszusta .. czyli dlaczego tak mało wierzyłam w siebie.

     

      Dlaczego jesteśmy w stosunku do siebie tak bardzo krytyczni? Dlaczego surowiej oceniamy siebie niż innych? Czy to efekt naszych wygórowanych ambicji? A może bardziej niezrozumienia zachodzących wokół nas zjawisk? Mało tego.. czasem osiągamy sukcesy, ale czujemy się przy tym jak oszuści, mamy przeświadczenie, że zwyczajnie nie zasługujemy na laury. Dziś opiszę Wam "syndrom oszusta"
      Uzyskałeś ostatnio awans? Udało Ci się przyklepać satysfakcjonującą współpracę znaczącej firmy z Twoim blogiem? Twój referat w szkole okazał się najlepszy! Zespół wybrał Cię na Liderkę? A Ty czujesz, ze na to nie zasłużyłaś, że zwyczajnie Ci się pofarciło.. że tak naprawdę nie masz żadnych kwalifikacji, boisz się, ze Twoja niewiedza zostanie publicznie obnażona.. Niemal na pewno padłaś/padłeś ofiarą syndromu oszusta.

      Badania dowodzą, że im większe osiągamy sukcesy, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienie syndromu oszusta. Co ciekawe, statystycznie częściej jego ofiarą padają kobiety. Ale wynika to prawdopodobnie z tego, że na wyższych stanowiskach jest nas mniej. Syndrom oszusta nie znajduje się o oficjalnych spisach zaburzeń, ale uznaje się, jego negatywny wpływ na nasze poczucie własnej wartości, na nasz komfort psychiczny. Często występuje w parze w depresją.. jeszcze częściej z perfekcjonizmem.. jesteśmy do bólu perfekcyjni ze strachu przez zdemaskowaniem naszej niewiedzy.



A Ty padłaś ofiarą syndromu oszusta?

      Ja po raz pierwszy padłam ofiarą syndromu oszusta na studiach. Kiedy to z racji dobrych wyników przyznano mi stypendium naukowe. Dziwiłam się sama przed sobą, ze jak to? Niby nic nie robię, a i tak mam dobre oceny. Czułam się jak oszust. Porównywałam się do koleżanek, które harowały od świtu do nocy i nie miały takich wyników. więc jakim cudem ja miałam je mieć? To było zwykłe oszustwo.. ktoś musiał się pomylić. Nieważne było to, ze połowa roku korzystała z moich notatek, że byłam na każdych zajęciach, że nas referatami spędzałam długie godziny przerzucając tony książek (tak książek.. w domu nie było internetu i całej wiedzy w zasięgu reki). Czułam się jak oszustka i kropka. 
      Niepewność towarzyszyła mi niemal przez całe studia, każdy nawet najmniejszy sukces przyjmowałam ze zdziwieniem i zażenowaniem. Bo jak to? Ktoś kto tak mało wie, tak mało robi jest publicznie chwalony? Czy ten świat naprawdę zwariował?
      Potem była pierwsza poważna praca w banku.. siedziałam jak mysz pod miotłą, sumiennie wykonując swoje obowiązki, robiłam wszystko by się nie wychylać. By nie wyjść na oszustkę. Bo oczywiście uznałam, że dostałam pracę przypadkiem, w wyniku jakiegoś szczęśliwego zbiegu okoliczności, albo przejściowego zaćmienia mózgu u osób mnie zatrudniających.

      Jeśli to czytasz i łapiesz się za głowę, bo rozpoznajesz u siebie te same mechanizmy, to mam dla Ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą. Ta zła jest taka.. że niewielu udaje się całkowicie pozbyć syndromu oszusta. Ta dobra brzmi: można łagodzić skutki, pracować nad podniesieniem poczucia własnej wartości i łagodzić objawy. Jeśli wypracujesz w sobie mechanizm, który będzie szybko rozpoznawał objawy.. będziesz mogła przeciwdziałać prawda?


     


No to co ja mam zrobić? Jak zwalczać syndrom oszusta? 

      Najistotniejszym jest by wyłapać co powoduje, że ów syndrom się w nas uaktywnia. Pochwała wykładowcy, nowa współpraca na blogu, pochlebne komentarze pod ostatnią notką, awans w pracy, podziw współpracowników? Przyczyn może być wiele, znajdź tą, która u Ciebie działa jak "zapalnik".

      Porozmawiaj o swoim problemie.

Syndrom oszusta jest o wiele powszechniejszy niż myślisz. Warto więc wyrzucić z siebie wątpliwości. Może pomoże kolega, może masz mentora, z którym możesz o tym pogadać. Wybierz kogoś komu ufasz, co do którego masz pewność, ze bez względu na wszystko powie Ci prawdę. Kogoś kto Cię zna, kto przypomni Ci w czym jesteś dobra, jakie są Twoje mocne strony.

      Stwórz sobie prywatny zbiór osiągnięć i pochwał.

W chwilach zwątpienia dobrze jest sobie do niego wrócić. Przypomnieć sobie, że Twoi nauczyciele ze szkoły nie byli idiotami, znali się na rzeczy, wykładowcy z uczelni to ludzie na ogół mądrzy i doświadczeni prawda? A Twój szef? Na bank zna Twoje słabe i mocne strony, nie byłby tu gdzie jest, gdyby tego nie potrafił. Ci wszyscy ludzie stawiając na Ciebie musieli mieć jakieś powody prawda? Jak myślisz kto się myli w ocenie oni czy Ty?

      Porównania z innymi są w Twoim przypadku bez sensu

Jeśli cierpisz na syndrom oszusta, zawsze będziesz się czuł gorszy. A w Twoich oczach każdy bardziej niż Ty, będzie zasługiwał na pochwały/nagrody/awanse. Bardzo fajnie obrazuje to diagram, który znalazłam w sieci, jego autorką jest kobieta, która latami zmagała się z syndromem oszusta. Ten diagram przywoływał ją do porządku w chwilach zwątpienia.

źródło: http://innpoland.pl/116879,syndrom-oszusta-gdy-sam-nie-wierzysz-w-swoje-sukcesy



I tak na koniec.. małe (a może wielkie pocieszenie), jeśli cierpisz na syndrom oszusta.. to najprawdopodobniej osiągnąłeś sukces. To przypadłość ludzi, którzy się wybijają ponad przeciętność. Tom Hanks, Emma Watson czy nawet Albert Einstein. To nie wstyd znaleźć się w tak doborowym towarzystwie.





Kulturalni ulubieńcy odc. 6 - Listopad

Kulturalni ulubieńcy odc. 6 - Listopad

   
      Listopad przeleciał mi tak prędko, że niemal go nie zauważyłam. Muszę coś z tym zrobić, ogarnąć się, bo czasem mam wrażenie, ze czas przelatuje mi między palcami.. coraz prędzej i prędzej. Ale nie o tym chciałam. Listopad nie obfitował w jakieś fajerwerki muzyczno-filmowe. Ot.. powiedziałabym kontynuacja. Ale znalazłam kilka perełek, którymi się z wami podzielę. Muzycznie było jak na mnie rytmiczniej niż w październiku, film to zdecydowanie komedia, a książki.. sami zobaczcie!
      Ten tydzień będzie luźniejszy.. z ulubieńcami, recenzjami.. odrobiną kuchni. Mam dla Was kilka poważniejszych postów.. ale poczekam z nimi do grudnia. 
Tymczasem zapraszam do czytania.



1. Piosenka miesiąca lekko

      W listopadzie moje serce skradła Shakira i jej Chantaje. Lekki energetyczny utwór, idealny do poruszania tyłkiem. Jak miałam lenia i nie chciało mi się ćwiczyć, to włączałam to nogi i ręce same zaczynały się poruszać.
Próbowałam dodać filmik przez wyszukiwarkę bloggerową, ale wyskakują mi same filmiki z zumbą. :( Więc dodam link bezpośredni do youtube: Shakira Chantaje  polecam na gorsze chwile. 



2. Piosenka miesiąca poważniej

      Tu był problem, bo nie nie mogłam się zdecydować, co mnie jakoś mocniej poruszyło. Co chodziło za mną dłużej niż wynosi przeciętna. Przekopywanie pamięci niewiele mi przyniosło. Dlatego wniosek jest jeden. W tym miesiącu nie mam "poważnego" muzycznego ulubieńca. Dlatego wrzucam to, co akurat gra mi w słuchawkach. Ania Karwan tym wykonaniem rozwaliła mnie na łopatki, poćwiartowała, przemieliła i wypluła. To jest genialne.




3. Książka miesiąca

       To będzie trylogia Więzień Labiryntu.. jest już chyba czwarta część, ale tej jeszcze nie czytałam.. Książka doskonale wpisuje się w nurt si-fi. To obok Igrzysk Śmierci czy serii Niezgodna absolutny must read dla fanów tego typu literatury. To pełna napięcia i zwrotów akcji książka, która w napięciu trzyma do ostatnich stron. Mamy tu grupę młodych ludzi zamkniętych w strefie, nie wiadomo po co i przez kogo, Jedynym wyjściem jest labirynt.. labirynt który jest śmiertelną pułapką. Jeśli podobały CI się przygody Katniss Everdeen czy Triss Prior to również przygody Thomasa będą dla Ciebie czytelniczą ucztą.



4. Serial miesiąca

      Zaskoczę Was. Ale wkręciłam się w polskiego, przeciętnego Komisarza Alexa. Sama nie wiem czemu.. może dlatego, że ostatnimi czasy potrzebuję lekkiej łatwej, nieskomplikowanej rozrywki? A może dlatego.. ze pies grający główna rolę jest tak uroczy, ze nie mogę od niego oderwać oczu? A może wreszcie dlatego (pora się do tego przyznać.. może jak to napisze oficjalnie to coś z tym zrobię), że zwyczajnie brakuje mi czworonoga. A akurat długowłosy owczarek niemiecki byłby moim pierwszym wyborem? Może wszystkie te powody po trosze.. w każdym razie oglądam odcinek za odcinkiem, serię za serią, wkurzam się bo czasem to jest zwyczajnie słabe.. ale oglądam. :)



5. Film miesiąca

      Tak jak w październiku było na poważnie, tak w listopadzie trafiłam na drugi biegun, jeśli chodzi o filmy. Wygrała bezapelacyjnie Bridget Jones! Poprzednie filmy o uroczej trochę nieporadnej i wiecznie samotnej Bridget uwielbiam. Trzecia część nie zawiodła, ten sam poziom zabawy. Śmiech, wzruszenie.. i wspaniała Renee. Już dawno nie oglądałam tak dobrej babskiej komedii. Dlaczego babskiej? Bo mój Pan M zwyczajnie przysypiał w czasie seansu. 





6. Cytat miesiąca

    






Strach przed porażką - czyli co tak naprawdę zabija marzenia.

Strach przed porażką - czyli co tak naprawdę zabija marzenia.

   
      Czym jest strach? Dlaczego czasem tak bardzo się boimy? Czy to słabość, czy może jednak wygodnictwo. Dobrze nam w naszej "męczeńskiej" postawie. Dobrze nam, kiedy inni się nad nami litują, głaszczą po głowach, współczują, wspierają. Mamy publiczność.. więc jest cudownie! Jestem gruba.. wina rodziców i dziadków, jestem chora nie dam rady schudnąć. Nie dostałem upragnionego awansu.. to wszystko wina szefa! Nie jest tak? Szukamy winy wszędzie tylko nie w sobie. Dlaczego? Może boimy się przyznać sami przed sobą.. że to jednak my nawalamy?
      Do napisania tej notki zainspirował mnie wpis młodej dziewczyny, który przeczytałam na jednej z facebookowych grup. W tej grupie dziewczyny mobilizują się nawzajem do walki z nadprogramowymi kilogramami. Otóż tekst krzyk brzmiał tak:


Motywacja
dziewczyny mam gorszą nockę. Tracę nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się iść dalej, a nie zrobić jeden krok do przodu, 10 do tyłu. Powinnam zrzucić 50 kg i mimo że wiele o tym czytam, zawsze zaczynam od spacerów, prostych ćwiczeń, nawet zdrowego jedzenia, to co z tego jak jem za dwoje? :( Po czym nie widząc poprawy poddaję się.Nie radzę sobie emocjonalnie i nie mam z kim o tym nawet pogadać”



      Odpisałam jej, ale zamiast ją wspierać i głaskać:

   Na wstępie przepraszam, że napiszę ostro, ale chyba trzeba.
Kochana jeśli nie zmienisz myślenia to nic nie będzie. Sama siebie nakręcasz na porażkę. Jest coś takiego, jak samospełniająca się przepowiednia. Wypisz wymaluj Twoja sytuacja. Źle o sobie myślisz, wiec z góry zakładasz, że na bank się nie uda, a jeśli tak zakładasz no to jakim cudem ma się udać? Zabija Cię myślenie destrukcyjne i strach przed porażką. Na Twoim miejscu najpierw poszukałabym przyczyn w głowie coś z Twojej przeszłości co Cie zabija. Może psycholog? Nie ruszysz do przodu, jeśli nie polubisz siebie nawet w rozmiarze XXXXXL.
Nie znam Cie wiec nie chce zakładać, że przyjęłaś postawę męczennicy, która pławi się w swym nieszczęściu.. ale jeśli nawet tak jest to też poszukaj psychologa!! Nie bój się, to taki sam lekarz jak każdy inny!
Przesyłam moc dobrej energii. Zrób pierwszy krok znajdź przyczynę Twojego stanu i przepracuj to.. nikt za Ciebie tego nie zrobi!



      O dziwo mi podziękowała i napisałam, że o takiego "kopniaka jej chodziło". Choć jak jak przeczytałam konwersację następnego dnia, to dziewczyna wycofała się rakiem z powrotem do swojej skorupki, gdzie chyba jest jej wygodnie ze swoim nieszczęściem. Dlaczego o tym piszę? Jej postawa jest modelowym przykładem na to, co robią z nami nieprzepracowane porażki, które zmieniają się w paniczny strach. Powiecie.. ot odezwała się domorosła psycholożka, nie zna dziewczyny i ocenia. Nie oceniam, bardzo współczuję, ale takim ludziom oprócz współczucia potrzebny kopniak niestety.


    


      Kilka postów wcześniej pisałam o samospełniającej się przepowiedni. Dziś spróbuję napisać coś o strachu przed porażką. Czym jest, dlaczego tak łatwo nas pokonuje? Z góry uprzedzam, nie jestem psychologiem.. podzielę się z wami tylko tym, co sama usłyszałam na wszelkiego rodzaju warsztatach dla korposzczurów w korponorze. Zapytacie co korpo ma do życia? Ano mechanizmy są takie same. I w pracy i w życiu prywatnym mamy przecież ten sam mózg, który działa tak samo.
      Więc czym jest strach przed porażką? Dlaczego tak bardzo boimy się spróbować? Dlaczego wolimy pławić się w swoim nieszczęściu, rozkoszować się nim, niż spróbować? To oczywiście temat rzeka, a każdy z nas jest inny i ma inne problemy. Ale jednak jest pewien schemat, który można dopasować, do każdej sytuacji. Myślę, że zrozumienie mechanizmów, które nami rządzą ma kluczowe znaczenie.




Samospełniająca się przepowiednia.


Pisałam już o niej więc tylko wspomnę w kilku zdaniach. Boimy się spróbować, bo jak kiedyś spróbowaliśmy, to nam nie wyszło. Mamy tak złe zdanie na swój temat i tak bolą nas porażki, że nawet nie ma mowy o ponownej próbie. Po co.. skoro na bank się nie uda! Więc lepiej nic nie robić, niż nie daj Boże utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy życiowymi nieudacznikami.




Porażka jako największe zło


Zamiast wyciągać wnioski, uczyć się, wolimy traktować każde niepowodzenie jako utwierdzanie się we własnej nieudolności, a co za tym idzie nie próbujemy ponownie. Bo niby po co, skoro jesteśmy tacy beznadziejni? A przecież wyciągnięcie wniosków z porażki daje nam wiedzę jak już więcej nie postępować! Co lepsze? Myślenie destrukcyjne, czy działanie?




Przeszłość


Brutalna prawda jest taka, że jeśli ciągną się za nami jakieś traumatyczne przeżycia z przeszłości, to bez ich przepracowania nie ma co nawet spoglądać w przyszłość. Jeśli nie rozliczymy ich, jeśli ich w sobie nie przepracujemy, to one będą wracać i nas od środka zjadać. Na pozorach długo się nie pojedzie niestety. Najtrudniejsze jest w tym to, że nikt za nas tego nie zrobi, jasne psycholog może pomóc, ale jeśli nie będziemy gotowi sami.. będzie lipa.



    




      Łatwym jest przyjęcie postawy męczennika pławiącego się we własnym nieszczęściu. Jeśli jeszcze do tego szukamy i oczekujemy współczucia, wsparcia i głaskania po głowie od otoczenia, to jest klops. A przepis na walkę ze strachem przed porażką jest banalnie prosty.. a co za tym idzie niezwykle trudny do wprowadzenia w życie.

1. Pogodzenie się z przeszłością. - odpuść babci, że cię przekarmiała i utuczyła, wybacz rodzicom, ze nie dawali ci wszystkiego co chciałaś, daj spokój byłemu facetowi, odszedł jego strata, szef w poprzedniej firmie tobą pomiatał, nie twoja wina, ze był dupkiem pierwszej wody, przecież nie każdy szef to świnia;
2. Wyciągnięcie wniosków z porażek jakie nas spotkały, traktowanie ich jako darmowej lekcji tego, jak nie postępować. Nie chodzi o samobiczowanie, tylko chłodną analizę (tak wiem, kiedy chodzi o emocje, trudno o zimna głowę.. ale czy ja gdzieś napisałam, że będzie prosto?):
Nie udało Ci się schudnąć? Spróbuj jeszcze raz.. teraz już wiesz, czego robić nie powinnaś.
Nie dostałeś wymarzonego awansu? Spróbuj się zastanowić, co może schrzaniłeś, co możesz poprawić, by zdobyć go przy kolejnym podejściu.
Nie zdałaś egzaminu? A czy na pewno byłaś dobrze przygotowana? Czy zrobiłaś wszystko, by się dobrze przygotować?
3. Odstawienie na bok emocji, bo to one nas blokują, szczególnie kiedy negatywnie nakręcamy sami siebie.
4. Praca nad akceptacją.. to jest najważniejsze. Niestety bez tego nie ma kroku do przodu…


      Niewiele potrzeba by pozbyć się strachu przed porażką prawda? Nikt nie mówi, że to proste, ale warto już dziś zrobić pierwszy krok. Zamiast kupować kolejne mądre książki udając że zbierasz informacje, zamiast z góry zakładać, że się nie uda… zrób sobie na przekór i uwierz, że możesz wszystko. Na koniec zostawiam Cię z cytatem.. cytatem który ostatnio bardzo mnie poruszył. Pewnie wyląduje na ścianie jako mój osobisty motywator.. kto wie! Oto on!

    



I mały bonusik, właściwie impulsywnie dodany. Coś co wisi u mnie na ścianie.. coś co sobie powtarzam, coś co mi przypomina, by nie poddawać się negatywnym emocjom, którymi czasem jestem bombardowana. Mój projekt.. moje wykonanie.. 


      








Jak zwiększać kreatywność? podrzucam proste ćwiczenie.

Jak zwiększać kreatywność? podrzucam proste ćwiczenie.

   

      Kilka dni temu, wieczorem podczas jednej z burzliwych dyskusji jaką odbywałam z moim Panem M. (uwielbiam z nim dyskutować, o polityce, historii, kinie, muzyce, ludziach.. o wszystkim) z moich ust padło pytanie: co sprawia, że ludzie są inteligentni i kreatywni? Pan M spojrzał na mnie jak na kosmitkę (czasem tak ma.. szczególnie jak zadaję jakieś dziwne filozoficzno-psychologiczne pytanie) i odpowiedział: nie mam pojęcia usiądź do komputera i poszukaj! Ale na miłość boską nie teraz, teraz pijemy wino i obcujemy! Taki On już jest ten mój Pan M.
      Ja jak to ja, złapałam notes i zapisałam, żeby poszukać, bo to w sumie fajny temat na bloga! Co z tych moich poszukiwać wyszło przeczytajcie sami.. aha przygotujcie sobie jakiś długopis i kartkę, bo na koniec podrzucę fajne ćwiczenie!



      Więc jak to jest z tą inteligencją?

Jak twierdza amerykańscy naukowcy inteligencja zależy od ilości i jakości połączeń mózgowych. Udowodniono, że nie można wskazać konkretnego obszaru mózgu, w którym koncentrowałaby się nasza inteligencja. Tak prosto to nie ma. Nasz mózg pracuje w systemie rozproszonym, dlatego właśnie ilość i jakość połączeń między poszczególnymi jego częściami jest tak ważna.. i wpływa bezpośrednio na to czy jesteśmy bystrzakami.. czy niekoniecznie..


Autor: Hugh MacLoad źródło: https://twitter.com/buffer/status/423592231371833345/photo/1

     Ta prosta grafika pokazuje proces jaki zachodzi w naszej mózgownicy. Możemy mieć doświadczenie, możemy mieć wiedzę, ale jeśli nasz mózg odpowiednio ich ze sobą nie połączy, to tak naprawdę nie mamy nic. Dlatego tak bardzo boli mnie obecny system nauczania, wpychanie młodych ludzi w schematy, uzależnianie ich od maszyn, które mają za nich myśleć. Ale nie o tym jest ten post.. ;) Wracam do głównej myśli! Kreatywność!



      Jak to się ma do kreatywności?

      Jak wykazałam wyżej, sedno tkwi w ilości połączeń w naszym mózgu. Im bardziej analizujemy, łączymy ze sobą nabytą, teoretyczną wiedzę z doświadczeniem, tym więcej połączeń tworzymy. Wiecie co mówił Steve Jobs kiedy go pytano o kreatywność, o to jak ją zwiększać? "łączcie rzeczy". Na swoich wykładach mówił, że nie ma żadnego cudownego środka, nikt nie rodzi się kreatywny. Kreatywność to umiejętność łączenia rzeczy nowych z tym co już wiemy/znamy/gdzieś zobaczymy. I rzeczywiście tak to działa. Bo czy największe rzeczy nie powstają z inspiracji pracą kogoś innego? Z potrzeby by coś istniejącego już ulepszyć?
      Jest taka teza.. że kreatywność wcale nie jest tak do końca nowatorska. Bo kreując coś, korzystamy ze zdobytych już gdzieś doświadczeń. Kreatywność to umiejętność stworzenia czegoś niepowtarzalnego, z dostępnych dla wszystkich elementów. Przykład? Kilka tygodni temu na blogu u Magdy Mirkowicz z My Pink Plum powstał spór. Magda zarzuciła jednej z blogerek, że ją kopiuje (to czy tak było, czy nie nie jest w tej sprawie ważne). Kilka osób zarzuciło Magdzie, że przecież ona korzysta z gotowych elementów, gotowych czcionek, że tylko je do siebie dopasowuje. Więc dlaczego się czepia innych, że robią tak samo. Nie zauważali tego najważniejszego niuansu.. Magda z gotowych elementów tworzy swoje własne niepowtarzalne grafiki i szablony. Dzięki swojej kreatywności robi coś zupełnie nowego. Patrzysz i widzisz, że to wyszło z głowy Magdy.



     


Proste ćwiczenie na uzyskiwanie nowych połączeń mózgowych i zwiększenie kreatywności.


Wstań, podejdź do biblioteczki i weź pierwszą z brzegu książkę, wszystko jedno jaką. Zamknij oczy i otwórz na obojętnie jakiej stronie. Po czym Na oślep wskaż palcem na dwa słowa (z czasem może być tych słów więcej).

U mnie to są "ławka" i "bronić"

Teraz weź kartkę i długopis i napisz po 10 skojarzeń z każdym ze słów.. nie synonimów tylko skojarzeń:

Ławka: dzieci, park, piwo, spacer, przystanek, pies, miasto, serial, Ranczo, zielony, drzewa;
Bronić: wojsko, żołnierz, odwaga, naród, Polska, środowisko, nacjonalizm, koszary, "Potop", wróg, atak, zdrada;

Masz już wypisane swoje skojarzenia? To teraz spróbuj napisać krótką notkę, w której użyjesz swoich dwóch bazowych słów.

Pamiętam, jak wiecznie przesiadywali na ławce w parku i robili przy tym mnóstwo hałasu. Często wzywano policję by ich uciszyła. Młodzi, znudzeni.. nie mieli gdzie iść. Jednak kiedy przyszła potrzeba, rzucili wszystko by iść na front i bronić Ojczyzny.

Trzecim krokiem w tym ćwiczeniu, jest rozwinięcie tego co już napisaliśmy z wykorzystaniem skojarzeń, które wymyśliliśmy.

Sytuacja powtarzała się ciągle. Hałasy w parku, czasem zostawione butelki po piwie. To znudzeni młodzi ludzie przesiadywali na jednej z ławek i trochę rozrabiali. Strasząc przy tym ludzi spacerujących z psami. W mieście nie było na nich siły, bo policja patrzyła przez palce. Byli młodzi, nie mieli wiele pieniędzy, więc gdzie mieli iść? Cóż nadarzyła się okazja, wróg stanął na granicach ich ukochanej Polski. Tak byli narodowcami, nie obcy był im nacjonalizm.. w swoim środowisku czcili swoją Ojczyznę. Przesiadywanie w parku nie było ich jedyną rozrywką, dbali też o mogiły żołnierzy w swoim mieście, pomagali starszym. Nie byli źli. Gdy dowiedzieli się o agresji rzucili wszystko i karnie jak jeden mąż stawili się do obrony. Nie byli zawodowymi żołnierzami, nie odbyli jeszcze zasadniczej służby wojskowej, ale nie myśleli o tym wtedy. Stawili się w koszarach i zapytali: co możemy robić? jak mamy bronić Polski przed zdradą...

Ćwiczenie na pozór dla licealistów i studentów prawda? Jest w tym trochę prawdy, bo takie zabawy słowem pomagają w pisaniu. Ale nie tylko.. Mamy tu dwa ważne elementy pomocne w ćwiczeniu kreatywności: elementy bazowe, elementy, które sami do nich dołożymy i łączenie obu zbiorów w całość, by stworzyć coś nowego.

To jak spróbujecie?
Zabawcie się słowem!













Pokolenie lat 80 -tych .. czyli co było, a co jest.

Pokolenie lat 80 -tych .. czyli co było, a co jest.

     


      Jakiś czas temu napisała do mnie Sylwia z TAK PO PROSTU (swoją drogą przemiła osóbka!) z prośbą bym napisała kilka zdań o moim dzieciństwie i porównała je z dzisiejszymi czasami. Zgodziłam się, bo dlaczego niby nie? Dla mnie to chwila, a pomogę koleżance po fachu. Ale… Jak zaczęłam pisać, to mi wyszedł cały elaborat! Możecie się śmiać, ale ja ostatnio nie potrafię pisać krótko! Znaczy potrafię, ale jak mi się fajny temat trafi to katastrofa! Akurat temat, który podrzuciła Sylwia jest boski! A ponieważ jestem dzieckiem lat 80-tych, mam co porównać prawda?
      Jakie było moje dzieciństwo? Jeśli miałabym określić je jednym słowem, to powiem że idylliczne. W domu się nie przelewało, mama pracowała w restauracji, a tata w jednej z warszawskich fabryk. Nie było „na bogato”, nie było dewiz i zakupów w Pewexach, ale niczego nie brakowało. A nade wszystko miłości. To dla dziecka jest najważniejsze prawda? Z czym kojarzy mi się dzieciństwo? Z wiecznym przebywaniem na powietrzu, z wczesnym wstawaniem do przedszkola i zabawą. Jednak najmilej wspominam wiejskie wakacje u cioci Marysi. Zaczęłam do niej jeździć jak miałam może 5 lat? Odważne dziecko ze mnie było, więc bardzo za rodzicami nie rozpaczałam, tym bardziej, że na weekendy przyjeżdżali.


     

      Te wakacje to sielanka.. nie było telefonów, tabletów i laptopów. Nie było dostępu do szerokopasmowego internetu. A człowiek szalał całe dnie. Podchody, zabawa w sklep, w dom, w chowanego i setki innych gier, które miały jak najbardziej wydumane zasady. Jak dziś pamiętam grę kto pierwszy pomyli się i nadepnie na kamień inny niż w odcieniu czerwieni lub brązu (nie muszę dodawać, że takich kamieni było żałośnie mało). Jak sobie przypomniałam to aż mnie kolano zabolało. Z reszta takich rodzinnych historyjek jest więcej.


Historia o dziewczynce z miasta i stadzie gęsi.

Nie.. nie będzie jak w bajce. Miałam może 5 lat, pierwsza samodzielna wizyta u cioci. Mama na odjezdne przykazała, żebym była grzeczna i pojechała. A mała Draqilka ani myślała być spokojnym grzecznym dzieckiem, wstała rano razem z kurami i poszła sama zaprzyjaźniać się ze zwierzętami. Traf chciał, ze pierwsze napatoczyły się gęsi.. te jak się domyślacie nie były zbyt przyjazne. Niestety dziewczynka musiała się ratować ucieczką, bo wkurzone ptaki sycząc zaczęły ją podszczypywać. Ciocia akurat doiła krowy, kiedy usłyszała mój krzyk. Opowiadała potem mamie, ze nie myślała, że dzieci potrafią tak szybko nóżkami przebierać
.

      Czy wyciągnęłam nauczkę by nie podchodzić do zwierząt? A SKĄD! Moja miłość do nich nie miała końca! Choć do gęsi teraz podchodzę ostrożnie...

Historia pięcioletniej amazonki, co to ujeżdżała krowę.
Nie wiem czemu, ale w latach mej szczenięcej młodości, bardzo fascynowały mnie krowy. Tak jak moje siostry nienawidziły wyprowadzania zwierząt na pastwisko, potem popołudniowego marszu by je przepalować i wieczornego, by przyprowadzić do obory, tak ja to uwielbiałam (to wtedy trzeba było iść po czerwonych i brązowych kamieniach, kto spadł przegrywał). Pewnie to był urok nowości, bo co innego? W każdym razie zawsze chętnie i raźno maszerowałam za krowami! Aż pewnego dnia postanowiłam pójść sama. Nikomu nic nie mówiąc wybrałam się do krów! Trafiłam a jakże! Tylko nie wiem, co mi strzeliło do głowy.. postanowiłam pojeździć na ulubionej krowie (tak miałam ulubioną!). Jakimś cudem zwabiłam ją do ogrodzenia, na które potem się wdrapałam i z iście dziecięcym wdziękiem umościłam się na grzbiecie zwierza (czy krowy mają grzbiet czy coś innego?). Krowa zachęcana moimi okrzykami ani myślała galopować, ale jednak nieco się przemieściła. Myślicie, ze wpadłam w panikę? A skąd! W panikę to wpadła ciocia jak mnie na tej krowie zobaczyła! Jakaś sąsiadka widziała jak maszerowałam na pastwisko, więc ciocia szybko wiedziała gdzie poszłam.


      Przygoda skończyła się bez obrażeń, bo zostałam szybko ewakuowana, ale od tamtej pory mocniej mnie pilnowali. Nie upilnowali mnie jednak, kiedy wypuściłam świnie z chlewa (no bo one były smutne i chciały pobiegać po podwórku). Czy kiedy postanowiłam iść się wykąpać do strumienia (woda zimna jak sam czort do dziś w nim jest, ale czy małe dziecko myśli o takich rzeczach?). Takich i podobnych historii jest mnóstwo. Choćby o tym jak zapakowałam mojego kilkumiesięcznego brata do wózka i udałam się na spacer (oczywiście nic mamie nie powiedziałam)… miałam wtedy może z 7 lat.
      Dziwicie się? Nie było internetu, nie było dziesiątek interaktywnych zabawek. Za to była rozbuchana wyobraźnia (wspominałam o podchodach na budowie?). Musieliśmy sobie z przyjaciółmi sami wymyślać zabawy. W domu było nudno.. a świat stał otworem. Łąka, trzepak, las.. kto tam słyszał o kleszczach (Pół dzieciństwa spędziłam w lesie i kleszcza na oczy nie widziałam. A dziś? Lepiej nie mówić. Rozpleniło się toto wszędzie.. ale cóż.. kiedyś lasy były pryskane, dziś.. nie są, a jak są to woda.. a specyfik idzie na rynek nieoficjalny. Ale nie o tym jest ten post!)! Biegało się po całym mieście i rodzice się nie bali… jadło się ziemię albo dżdżownicę (bo zakład przegrany) i nie było chorób. Nie było alergii.. bo się odporności nabierało w brudnym środowisku. Boże dziękuję Ci za moje „brudne” dzieciństwo.



A jak jest dziś?

      Dzieci „rodzą się” z telefonami w rękach. Rodzice dają im sprzęt do zabawy.. żeby się zabawiły. Pograły.. jakie są tego skutki? Dzieciaki siedzą z nosami w ekranach i nie wiedzą co to podwórko. Kilka dni temu czytałam, że złodziej napadł dziesięciolatkę, ukradł jej 10 zł i najnowszy model smartfona. Sytuacja dramatyczna nie przeczę, tego złodzieja to postawiłabym pod pręgierzem i dała 50 batów. Inną sprawą jest: PO CO dziecku telefon wart kilka tysięcy? Żeby się pochwaliło w klasie? Poczuło się lepsze od rówieśników? Nie wystarczyłby zwykły telefon? W ogóle po co dzieciom telefony w szkole? Bez nich się nie da? W szkole to chyba lepiej pogadać z rówieśnikami, a nie siedzieć z nosem w ekranie. Może jestem konserwa.. ale mnie to może nie tyle oburza, co smuci. Tak ja wiem, że to nie jest wina dzieci.. że to rodzice odpowiadają za to jakie dzieciństwo mają ich dzieci. Ja każdego dnia dziękuję za moich, ze nie wychowali mnie na nakręconego na wszelkie nowości „ świra”. Powiecie.. teraz są inne czasy. Inne czyli jakie? Dzieci są inne? Dzieci są takie same, głodne świata i wiedzy. Jeśli od małego wtłoczy się je w określone schematy, to zabije w nich całą kreatywność. Bo czym są interaktywne zabawki? One wymuszają określone zachowania. Czym są gry, jak nie określonymi schematami? A szkoła? No tu już króluje myślenie według klucza. Dlaczego o tym piszę? Mam na co dzień do czynienia z takimi „gotowymi produktami” .. są świetnie wyszkolone w wyszukiwaniu informacji, ale kiedy przychodzi do interpretowania, myślenia abstrakcyjnego .. zaczynają się schody. Niewielu potrafi.
      Jakoś mi tak smutna konkluzja wyszła.. ale kurde! Mam w moim chórze którym się opiekuję dziewczyny z gimnazjum i liceum.. zapytałam ich ostatnio: „co zrobicie, jak wyłączą prąd?” przecież to możliwe, nad Polską wisi blackout, albo nastąpi wybuch na słońcu, który zakończy żywot sieci. Jedna z nich powiedziała, że chyba sobie w łeb strzeli, bo nie będzie miała kontaktu z koleżankami. Ale jak to? - pytam, one nie umrą przecież. Na co ona: ale przecież nie będę miała z nimi kontaktu… eeee OKEJ. I ja jej wierzę, wierzę, że w przypadku jakiejś sieciowej katastrofy miała by gigantyczne problemy ze sobą .. osoba, która ma przyklejony do reki telefon jest jak narkoman. Jak kończy się bateria to następuje gwałtowne szukanie gniazdka. Czasem w salce nie ma gdzie włączyć pianina, bo wszystkie gniazdka pozajmowane.. to jest chore!

      Pesymistyczny tekst mi wyszedł nie ma co. I tak się teraz zastanawiam, czy przypadkiem nie wyłażą ze mnie różnice pokoleniowe, czy może jednak to co opisuję, to istotne niebezpieczeństwo? Oczywiście nie chcę generalizować. Ale…


     

Jakie było wasze dzieciństwo?

Czy wasze wspomnienia to zabawy przy trzepaku, czy może jednak sterylne domowe pielesze?

Zabawy w lesie czy tablet?

Jedliście ziemię? Piliście wodę z kałuży?




Zapraszam do podróży w przeszłość!







Kulturalni ulubieńcy odc. 5 - Październik

Kulturalni ulubieńcy odc. 5 - Październik

     


      Październikowi ulubieńcy w połowie listopada. Wybaczcie MOJA mea culpa. Ale problemy sprzętowe i problemy z siecią niemal odcięły mnie od bloga. Jak pech to pech! Choć w sumie nie próżnowałam i zrobiłam sporo szkiców notek, więc czas całkowicie zmarnowany nie był. Oficjalnie bardzo przepraszam za moją mniejszą niż zwykle obecność na Waszych blogach. Spokojnie.. powoli nadrobię! Nie ma co załamywać rąk, tylko trzeba nadrabiać zaległości. Jaki był październik? Płodny, inspirujący, kreatywny.. działo się sporo. Sporo przeczytane, sporo obejrzane, morze muzyki wysłuchane.. nic tylko się dzielić! O dziwo, nie miałam problemów z wyborem ulubieńców ani jeśli chodzi o muzykę, ani jeśli chodzi o film. Zwłaszcza o film! Bo recenzja będzie jak na mnie długa.. dla niektórych pewnie nieco kontrowersyjna i.. zdradzająca moje poglądy na niektóre sprawy. 
      To tak tytułem wstępu. Zapraszam to czytania!



1. Piosenka miesiąca lekko:



Lubię Jessie J. Lubię jej wokal. A akurat ta piosenka jest moją ulubioną. Dlaczego? Jest bardzo energetyczna, pobudzająca. Niby już starsza, ale co jakiś czas do mnie powraca i męczy moje muzyczne jestestwo. Tak było w październiku.. pomęczyła, pomęczyła i wróciła na swoje miejsce w mojej muzycznej bibliotece. Jak ją znam wypłynie znów za parę miesięcy.



2. Piosenka miesiąca poważniej.



Pisałam o wielkiej Arethcie Franklin (konia z rzędem, kto mi powie czy dobrze odmieniłam po polsku imię wokalistki, sama nie mam pojęcia ;) ) w notce o wokalistkach, które wielbię więc nie będę się rozpisywać. Napiszę tylko, że Aretha Franklin to niekwestionowana królowa moich uszu w październiku. Tych co nie słyszeli zapraszam do posłuchania, tych co słyszeli... poddajcie się magii jeszcze raz.


3. Książka miesiąca

źródło: http://www.woloszanski.com/


Od Bogusława Wołoszańskiego nauczyłam się więcej historii niż od wszystkich nauczycieli razem wziętych. Jest moim guru, jeśli chodzi o IIWŚ. Tak jak on opowiada nie opowiada nikt (teraz trochę kopiuje go Radek Kotlarski z Polimatów.. ale jednak do mistrza mu daleko). Twierdza szyfrów to już starsza książka.. która chyba czekała na odpowiedni moment. Przyszedł, kiedy zostałam odcięta od internetu.
Twierdza Szyfrów to pierwsza powieść Wołoszańskiego, gdzie fikcja literacka miesza się z sensacyjnymi faktami z czasów IIWŚ. Pozycja obowiązkowa dla każdego.



4. Serial miesiąca


Westworld

Nowość od HBO. Serial si-fi, który powstał jako luźna interpretacja filmu Świat dzikiego zachodu. Akcja serialu dzieje się w przyszłości.. miejsce akcji to futurystyczne miasteczko rozrywki imitujące dziki zachód. Klienci mogą tam (przy pomocy łudząco podobnych do ludzi i zwierząt robotów) spełniać swoje wszelkie fantazje. To dopiero pierwsza transza.. ale serial zapowiada się bardzo ciekawie. Jeśli dodamy do tego boskiego, wiecznie młodego i zawsze w formie Anthonego Hopkinsa... Polecam tym, którzy lubią klimaty si-fi i dziki zachód.



5. Film miesiąca.

"Wołyń, "Wołyń" i jeszcze raz "Wołyń!

Nie wyskakują mi odpowiednie filmiki jak wyszukuję, więc wstawię zwykłe linki:


      Od bardzo dawna nie było filmu, na który czekałabym tak bardzo. I który tak bardzo bałam się zobaczyć. Macie tak.. ogromne nadzieje i strach przed rozczarowaniem? Ale wracając do recenzji.. dziś będzie jak na mnie dość długo, bo i temat trudny.
      Wołyń.. film ciężki w odbiorze, dla jednych to wyczekana trudna prawda, próba przywrócenia pamięci zarżniętym Kresowiakom. Dla drugich to jedno wielkie kłamstwo i jednostronne spojrzenie na problem (Ci chyba nie znają historii i widzieli inny film niż ja, lub opierają się na negatywnej propagandzie). Gdybym ja miała opowiedzieć ten film jednym zdaniem brzmiałoby ono: Wołyń, to film o wielkiej miłości, która przydarzyła się ludziom w krwawych czasach.
      Wokół reżyserowanej przez Wojtka Smarzowskiego produkcji od dłuższego czasu było tyle szumu, że każdy mniej więcej wie, czego się spodziewać. Dla tych, co kompletnie nie znają historii, będzie wstrząsający (rozrywanie końmi polskiego oficera, wbijanie wideł w brzuch ciężarnej kobiety, przywiązywanie snopków do dziecka i podpalanie), dla tych, co są obeznani z krwawą historią Rzezi Wołyńskiej, będzie świadectwem prawdy.
      Film jest wyważony, nie jednostronny. Do granic podkreślono przewinienia polskiej strony z czasów przed IIWŚ (moim zdaniem za bardzo). Pokazuje naturę zła w całej jego szkaradnej okazałości. Tego co robili Ukraińcy nawet nie można nazwać zezwierzęceniem.. zwierzęta po prostu zabijają.. nie torturują (w internecie można znaleźć listę sposobów w jakie Ukraińcy zabijali polskich sąsiadów, włos na głowie się jeży). „Wołyń” to jedno wielkie ostrzeżenie przez skrajnym nacjonalizmem. Nic .. powtarzam NIC nie usprawiedliwia tego co się stało!
      Osobiście wolałabym obejrzeć wersję reżyserską.. czytałam, ze pod wpływem nacisków (wiadomo Ukraina jest dziś naszym „przyjacielem”) wycięto 40 minut najmocniejszych obrazów. Bardzo ciekawi mnie CO wycięto, może kiedyś nieocenzurowana wersja będzie dostępna.

      Na pewno zauważyliście, że mam bardzo emocjonalny stosunek do kwestii ludobójstwa jakie dokonało się wtedy na Polakach, tym bardziej, że winni nie zostali nigdy ukarani. A inspiratorzy z UPA dziś na Ukrainie są stawiani za wzór.
Czy warto pójść? Tak!
Czy polecam? TAK!
Czy to jest film dla ludzi o mocnych nerwach? Momentami na pewno.

Przepraszam, że ta „recenzja” jest taka rwana i emocjonalnie rozedrgana, ale chyba inaczej nie potrafię. Może za czas jakiś, pokuszę się o osobną notkę na temat tego filmu… dodając szersze tło historyczne. Teraz "na gorąco" wyszło to, co wyszło.

I już tak na koniec napiszę: Michalina Łabacz jako Zosia Głowacka jest GENIALNA!!!!!



6. Cytat miesiąca.

















Nie odpowiada się pytaniem na pytanie! A dlaczego nie? dziś Sokrates na tapecie!

Nie odpowiada się pytaniem na pytanie! A dlaczego nie? dziś Sokrates na tapecie!

     
      Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, to niegrzeczne! Jakże często w swoim życiu słyszę to zdanie. Właściwie to warknięcie. Tymczasem już w Starożytności wiedzieli, że zadawanie pytań to najlepsza droga do poznania! Dziś postaram się Was przekonać do zadawania pytań. Do tego, by odrzucić myślenie w stylu "nie będę pytać, bo pomyślą, że jestem głupi.. sprawdzę sobie potem w internecie". To jest idiotyczna postawa wierzcie mi. Nie ma czegoś takiego jak głupie pytanie.. są tylko głupie odpowiedzi.
      Skoro zakładam, że zadawanie pytań, to najlepsza droga do poszukiwania i znajdywania rozwiązań, to sprzedam wam dwie metody, jak to wykorzystać.

    

Metoda Sokratczna


Wszyscy wiedzą kim był ów Sokrates? Nie? To kilka słów o nim:
Sokrates greckim filozofem był. Jest uważany za jednego z trzech największych filozofów Starożytności (obok Platona i Arystotelesa). Wypracował sobie szereg metod dyskusji i nauczania, które uparcie stosował. Na czym polegały? Otóż Sokrates przechadzał się po ulicach i zadawał ludziom pytania (udając przy tym głupiego, który nic nie wie), zmuszał ich do dyskusji, zbijał ich argumenty.. nie tyle przekonywał, co pokazywał błędy w myśleniu, wyciągał z nich wiedzę.
Dlaczego to robił? Ano uważał, ze zadawanie pytań to droga do wiedzy. Zgodnie z tą tezą potrafił dyskutować godzinami, drążyć najbardziej błahe tematy by uchwycić clou problemu.
Zapytacie i co z tego?
Inspirując się filozofem możemy jego metodę wykorzystać na co najmniej dwa sposoby.

1. Wodospad pytań.


Dajmy na to głowicie się nad sensem pisania bloga. Nie idzie Wam, macie jakiś gorszy czas.. zwyczajnie stajecie przed dylematem: Czy mam zamknąć bloga? Cóż.. takie pytanie jest zerojedynkowe.. wóz albo przewóz, tak albo nie. Nie daje nam szansy na zastanowienie się, nad szerszym aspektem sprawy. Właśnie w takich przypadkach z pomocą przychodzi Sokrates i jego pytania. Kiedy stajesz przez problemem tak lub nie.. usiądź, weź kartkę i długopis i postaraj się wypisać sobie serię pytań dodatkowych:

Co będę czuć jeśli zamknę bloga?
Czy będę tęsknić?
Co z nawiązanymi kontaktami?
Co zrobię z wolnym czasem?
Czy cała praca ma pójść na marne?
Nie będę żałować?
Co mi da ta decyzja?
Jakie są plusy i minusy?

Kiedy już wypiszesz sobie wszystkie pytania jakie tylko przyjdą Ci do głowy.. nawet te najbardziej absurdalne, łatwiej będzie podjąć decyzję. Kiedy znamy wszystkie aspekty (o ile można je znać), łatwiej nam decydować się na konkretne rozwiązania. To taka trochę jednoosobowa burza mózgu.

2. Dziecięca logika.


"A dlaczego"? typowe dla dzieci pytanie prawda?

-Komputer nie jest do zabawy
-a dlaczego?
-Bo mamusia na nim pracuje
-a dlaczego?
-Bo musi zarabiać pieniążki
-a dlaczego?
-Żeby kupić jedzenie i zapłacić rachunki
-a dlaczego?
-.....

Takie pytania czasem doprowadzają do stanu przedzawałowego prawda? Łaknące wiedzy dziecko doprowadza swojego rozmówce do szewskiej pasji.. Otóż dzieci w swym pędzie do tego "by wiedzieć wszystko", powinny być dla nas wzorem. To w wieku szczenięcym jesteśmy najbardziej kreatywni, tylko z czasem system w którym żyjemy w nas to zabija. Warto więc jak najczęściej przywoływać swoje wewnętrzne dziecko i pytać! A dlaczego? A po co? A na co? A co z tego będę mieć? A dlaczego tak a nie inaczej? Wydaje się proste.. więc spróbujcie! Działa przy każdym problemie.

    

      Powiecie.. to banalnie proste. Wiec dlaczego nie pytamy? W dzisiejszych czasach w złym tonie jest nie wiedzieć! Dziennikarze są ekspertami od wszystkiego (jak dużo wiedzą widać), celebryci wypowiadają się na każdy temat (co akurat jest potwornie żałosne, bo na ogół nie mają pojęcia o czym mówią), mistrzami w tej dziedzinie są politycy (Ci to już pozjadali wszystkie rozumy). Znajomi, współpracownicy, szef.. wszyscy zdają się wszystko wiedzieć.. bo gdzieś usłyszeli, bądź przeczytali jakiś nagłówek w prasie/w telewizji/na portalu internetowym. A gdy się przysłuchamy, co mówią.. to 99% to jest lanie wody a nie wiedza. Powtarzanie zasłyszanych frazesów, a nie własne przemyślenia. To droga donikąd. Nie jest złym nie wiedzieć, złym jest udawać, że się wie i siać zamęt.
      Wiecie.. czasem przyjmuję postawę Sokratesa i zadaję pytania... wynik w większości przypadków jest taki, że rozmówca się denerwuje i odwraca kota ogonem, by nie wyjść na ignoranta. Nie twierdzę, że wszystko wiem, bo wiem żałośnie mało. Ale też nie udaję, że wiem. Nie boję się zadawać nawet najprostszych pytań i Was też serdecznie do tego zachęcam. To może czasem rodzić niewielkie spięcia (bo koleżanka może się obrazić, za niewygodne pytania.. co jednak będzie świadczyć o niej, nie o nas).. ale też pomaga usuwać wątpliwości i rozwiązywać problemy.. bo przecież o to chodzi prawda? Wiedza będzie tylko dodatkowym bonusem.


    


 Na koniec kilka (a jakże) pytań:

Pytacie.. czy wolicie sobie sami sprawdzić?
Zdarza Wam się udawać, że wiecie?
Szukacie źródeł?






Muzyka odc. 8 - Jesienna uczta dla ucha.

Muzyka odc. 8 - Jesienna uczta dla ucha.

   

    Jesień! Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że muzyka jakiej słucham, zmienia się wraz z porą roku. Wiosną słucham więcej klasyki, latem królują letnie rytmiczne klimaty, a jesienią i zimą sięgam po standardy. Po muzykę, która kojarzy mi się z zadymionymi klubami. Muzykę, która porusza trzewia. Muzykę nie zawsze łatwą w odbiorze, taką jakiej nie usłyszymy w modnym radiu. Oczywiście zawsze na pierwszym miejscu jest muzyka filmowa, ale wieczorami, kiedy zakopuję się pod koc z książką....
    Wrzucam kilka moich ukochanych standardów.. bo ja jesienią kocham standardy! Na pewno znacie te utwory, ale uważam, ze warto do nich wracać, ta muzyka zwyczajnie ma duszę.. dusze której dziś próżno szukać.. ma klasę. Nie musi być opakowywana w sex, nie musi szokować, nic nie musi....
    Otwórzcie uszy i posłuchajcie!































To Ci bardziej znani.. teraz pora na podróż w nieznane....



Elmour James:







Sonny Boy







Otis Rush





I na koniec znane już.. moje ukochane Blues Brothers:








To tyle. Mam nadzieję, że się spodobało, że posłuchacie, może odkryjecie wykonawców, o których nie słyszeliście.A dziś? Współcześnie cudowną tradycję kontynuuje mój ukochany Michael "Bubel" Buble. Ten facet hipnotyzuje swoim głosem. Co on ze mną robi.. to tylko ja wiem... ;) Wrzucam tu dwie nowości, u mnie lecą baaardzo często!















PS. Nie uwierzycie, co leci w moich słuchawkach, kiedy pisze tą notkę... Bublowe Christmassongi! w tym roku zaczynam wcześniej niż hipermarkety! :D