Kobiece rozterki... czyli słów kilka o przekleństwie drogeryjnych (i nie tylko) promocji.

Kobiece rozterki... czyli słów kilka o przekleństwie drogeryjnych (i nie tylko) promocji.

   

    Dziś słów kilka o promocjach w drogeriach.. ale nie tylko. Co mnie do tego zainspirowało? Rozmowy z współpracowniczkami, prośba o pożyczkę i hitowe promocje w Rossmanie czy HEBE, markowe torebki w Lidlu i promocje w dyskontach z ciuchami (jak żartobliwie nazywam sieciówki typu H&M czy Zara .. dlaczego tak, ano z racji hipokryzji i obłudy właścicieli marek.. ale to temat na osobną na wskroś kontrowersyjną notkę). Dziś będzie o czarodziejskim słowie "PROMOCJA". Co takiego dzieje się w naszych mózgach, że na hasło "promocja" nierzadko ogarnia nas szał?
    Do historii przeszły już słynne bitwy o torebki Wittchen z Lidla. To co na nich widać, jest chore! W fabrycznym outlecie tej marki można w podobnej cenie upolować cudne torebki, bez walki, bez wyzwisk, bez przepychania, bez tego całego bo ja wiem "dzikiego konsumpcjonizmu", "pogoni za odrobiną luksusu"? Nie oszukujmy się jeśli kogoś stać, by wydać na torebkę 280 zł, to stać go będzie i na 350 zł. A może to chodzi o łowy? Nie rozumiem. Lubię Lidla, ale mimo wszystko omijam "Promocje na torebki".. jestem odporna na hasło "luksus w przystępnej cenie"? Żeby była jasność.. nie ma we mnie nawet odrobiny pogardy, dla osób, które walczą. jest we mnie tylko zdziwienie.. że głupie torebki mogą wywoływać tak negatywne emocje. Może brak mi odpowiedniego genu? Czegoś nie ogarniam?

    A Promocje w Rossmanie? Mam kilka koleżanek, które są chore już w momencie zapowiedzi: "niedługo promocja -49% na tusze/podkłady/cienie czy co tam jeszcze". Ich rozmowy koncentrują się wokół tego co kupią, ile kupią, ile na kosmetyki wydadzą. Są kwintesencją rozpasanego do granic możliwości konsumpcjonizmu. Nie da się z nimi porozmawiać o niczym innym.. smutne.

    


    
    O ile rozumiem blogerki kosmetyczne, które z zasady posiadają dużo kosmetyków i dla nich promocje są okazją by zwyczajnie zdobyć nowe produkty stosunkowo niskim kosztem. O tyle nie rozumiem, po co normalnej kobiecie 5 podkładów, 7 tuszy czy 10 paletek cieni, 4 kremy na dzień, 3 na noc i 3 pod oczy. Przecież kosmetyki mają określoną datę ważności. Jakaś dziwna jestem czy co? A kupowanie i wyrzucanie? To się kłóci z moim wrodzonym wstrętem do marnotrawstwa. Pomijam już.. że czasem takie niepohamowanie sprowadza problemy finansowe. Tak tak.. jeśli ktoś z mocno napiętym budżetem zaszaleje.. to się robi dziura. Sama mam koleżankę, która ma z tym problem. Potrafi wydać w Rossmanie na promocjach kilka stówek, a potem nie ma za co żyć. Pożyczając pieniądze tłumaczy się tym, że ma zapas na dłuższy czas, że to przecież okazja i takie tam. Mierzmy siły na zamiary!
Co takiego jest w promocjach, że dajemy się na nie nabierać? Nie mówię tu o świadomych konsumentach, bo tych jest statystycznie niewielu. Mówię o całej rzeszy ludzi, którzy idąc do Biedry po mleko i ser, wracają z siatą "okazji". Osobiście mam z promocjami problem.. nierzadko zauważam, że pod hasłem promocja kryje się cena taka sama bądź wyższa od regularnej. Ale to jest nieważne! Czerwony napis "promocja", robi swoje. Ludzie kupują.. bo przecież niższa cena.
A ja? Znajomi zawsze pytają: Jak ty to robisz, że na ciebie nie działają promocje. Wtedy ze śmiechem odpowiadam, że mam wadliwe geny. Ale prawda jest inna, znacznie mniej nośna.. miałam na studiach dobrych wykładowców z marketingu, więc nie działają na mnie sztuczki handlowców. Nie kupuję "na zaś", dokupuję jak mi się coś kończy. Mam dwa "zestawy makijażowe" dzienny i wieczorowy. Mam 4 kilkuletnie już torebki i 5 par butów. Czy coś ze mną nie tak?

     



To jak to jest z promocjami?
Polujecie na okazje?
Czy zgadzacie się z moją tezą, że promocje są błogosławionym przekleństwem?













Jeszcze kilka sposobów by pomóc naszej kreatywności.

Jeszcze kilka sposobów by pomóc naszej kreatywności.

    

     Jest takie powiedzenie: "Łaska pańska na pstrym koniu jeździ". To samo możemy powiedzieć o kreatywności. Ona jest kapryśna, humorzasta, nieprzewidywalna, zawodna, chwilowa, ulotna, niesymetryczna, skokowa i niestatyczna (mogłabym pisać jeszcze więcej, swoją drogą to dobre ćwiczenie na powiększanie zasobu słownictwa, polecam). Jednym słowem ZDRADLIWA jak sam czort! W jednej chwili jest, mrugniemy okiem i za przeproszeniem dupa blada. Więc co robić żeby przytrzymać ją przy sobie na dłużej? Bo trzeba powiedzieć sobie jasno.. na stałe, to ona nie zostanie, nie ma takiej opcji. Nawet największym ucieka jak się tylko odwrócą. Giganci malarstwa, muzyki czy wreszcie biznesu miewali, miewają i miewać będą przestoje twórcze.
    O podkręcaniu kreatywności pisałam już w poście Opuszcza mnie kreatywność , dziś podrzucę Wam kilka kolejnych sposobów.


Odwaga

    Joseph Chilton Pearce powiedział: "Jeśli chcesz być w życiu kreatywny, musisz przestać bać się pomyłek" to jeden z moich ulubionych cytatów motywacyjnych. Cała prawda o sukcesie w każdej dziedzinie tkwi w odwadze.
    Znacie historię twórców Instagrama? Jego pierwotna nazwa to Burbn. Dwóch programistów Kevin Systrom i Mark Krieger stworzyło aplikację, która pozwalała użytkownikom na meldowanie się w określonych miejscach. Nie odniosła ona spektakularnego sukcesu.. ALE. Właściciele szybko zauważyli, że Ci, którzy aplikację ściągnęli, korzystają właściwie tylko z jednej funkcji, jakie miała aplikacja... mianowicie wrzucają zdjęcia korzystając z wbudowanych w aplikacje filtrów. Systrom i Krieger przebudowali apkę i oparli ją na jednej, najbardziej popularnej funkcji i nazwali ją Instagram. W kwietniu 2012 r. sprzedali ją facebookowi za miliard dolarów. Da się?
    Mądrzy ludzie mawiają: czasem najlepszym pomysłem jest zmiana pomysłu. Utknąłeś.. formuła pomysłu na siebie jaki miałeś kompletnie Cię nie zadowala? Zmień ją. nie bój się! Cóż takiego możesz stracić?



Schematy

    Czasem rutyna jest dobra. Każdy z nas ma swoje jakieś tam rytuały.. one wprowadzają nas w odpowiedni nastrój, a nasz mózg naprowadzają na odpowiednie tory myślowe. Możecie się śmiać.. ale pewne rzeczy są bezwarunkowe. Weźmy eksperyment Pawłowa, znacie go na pewno. Pawłow tak długo zestawiał psu jedzenie ze światłem, że ten biedny zwierzak, ślinieniem reagował już potem na samo światło. Odruchy, rytuały, schematy są dobre. Beethoven codziennie parzył kawę z 60 ziaren, a prezydent USA Benjamin Franklin codziennie siadał nago w oknie. Aga moja szefowa przed każda burza mózgów w swoim gabinecie stała na głowie przez 3 minuty. Ja tez mam swoje rytuały.. przed praca na komputerze zawsze robię ćwiczenia oddechowe (pisałam o nich przy okazji postu o chorobie w rodzinie ).



     



Kreatywność to taki płaski brzuch.

    Uśmiechnęłyście się? I dobrze! Tak ma być. Uśmiech na pyszczku to najlepszy kosmetyk dla ciała i duszy też. Ale wracam do tego płaskiego brzucha.
    Lubię myśleć, że z kreatywnością jest tak jak z mięśniami. Trzeba ją ćwiczyć. I wcale nie chodzi o to, by otaczać się pięknymi nowymi monitorami i wykupywać pół sklepu papierniczego. uwierz mi, wystarczą biała kartka i długopis. Ta cała zewnętrzna otoczka nieraz bardziej przeszkadza niż pomaga. Czasem wystarczymy my sami.

Zamknij oczy i coś narysuj.
Narysuj coś. A jak narysowałeś opisz.
Spróbuj wyrazić swoje myśli w obcym języku.
Pisz kolejne skojarzenia, rozbudowuj je.
Puść wodze fantazji i zobacz co z tego wyjdzie.
Przepisz to co napisałeś, dodaj nowe myśli i znów przepisz, i tak do momentu, aż osiągniesz zadowalający Cię efekt.



Po prostu zacznij do cholery!

    Siedzisz przed monitorem i nic, przed Tobą leży biała kartka, a w głowie hula wiatr. To nic. Bez paniki, wdech wydech, wdech wydech. Rada jest prosta.. po prostu zacznij! Napisz pierwszą literę, pierwszy wyraz, narysuj pierwszą kreskę, dodaj pierwsze zdjęcie. Odwróć kartkę do góry nogami i zrób to samo. Nie gap się bezczynnie w ścianę, rób coś. Pomysły przyjdą.. nie martw się i broń Boże nie poddawaj! Sukces wymaga wysiłku.. ale to już przecież wszyscy doskonale wiemy! Anna Jantar śpiewała "Najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto". Wiec zrób ten krok do cholery i nie przejmuj się, że nie wychodzi. Im trudniej tym większa satysfakcja!


    


    Już tak na koniec będzie prywata! Podzielę się z Wami dwiema sprawami. Pierwsza optymistyczna, druga mniej!

PRYWATA NR 1

    Chyba znalazłam wreszcie swój pomysł na grafiki (ta panda jest boska wprost). No ufff nareszcie, hip hip hip HURA! Eureka i co tam jeszcze zakrzyknąć można Ave! Biel, biel i jeszcze raz biel.. do tego odrobina szarości i małe elementy. No nareszcie! Ależ jestem z siebie zadowolona. Ale ale.. może macie jakieś uwagi? Chętnie przygarnę każdą!

PRYWATA NR 2

    Ratunku, dlaczego młodzi ludzie po studiach i szkołach są coraz mniej rozwinięci językowo??? Błędy stylistyczne, ortograficzne.. język rodem z podwórka.. Pisałam Wam, że ja mam fisia na punkcie poprawnej polszczyzny. Jasne, że sama robię błędy, ale.. przynajmniej używam polskich znaków, sprawdzam ortografię i mimo wszystko staram się poprawnie stawiać kropki i przecinki. Dziś dostałam służbowego mejla:

"No cze. Ja w sprawie spotkanka w przyszly czwarteczek. Moze byc ta knajpka na nowym swiecie petit cos tam? wszyscy wiedzo gdzie to. Obgadamy sobie te wszystkie pierdulki Uszanowanko" 

Ręce mi opadły... chyba miało być "cool" wyszło jak widać.


    






Draqilka w kuchni odc. 5 - Chlebek bananowy

Draqilka w kuchni odc. 5 - Chlebek bananowy

    

    Banany!

Pierwszy raz piekłam Chlebek Bananowy po obejrzeniu filmiku jednej z vlogerek, a dokładniej Szusz. Nie robiłam go dokładnie według przepisu, ale wyszedł fajny. Od tamtej pory, piekę to ciasto regularnie dlaczego? Bo jest proste, szybkie i zawsze wychodzi. Chlebek bananowy to coś dla osób, które mają dwie lewe ręce, a w kuchni potrafią niewiele więcej niż zagotować wodę. Serio, nie ma tu żadnej filozofii, żadnych pułapek.. słowem NIC co mogłoby zaskoczyć. Przygotowanie ciasta trwa 15 minut, do tego pieczenie i mamy pyszny smakołyk do kawy czy herbaty. Spróbujcie, nie pożałujecie. :D


Składniki:

(mała keksówka 10 na 20)


  • 1.5 szklanki maki pszennej;
  • pół szklanki oleju (może to być też roztopione masło);
  • 3 lub 4 dojrzałe (a najlepiej wręcz przejrzałe banany);
  • 0.5 szklanki cukru (im dojrzalsze banany tym mniej cukru)
  • 1 jajko
  • kilka kropli ekstraktu z wanilii
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • łyżeczka cynamonu/przyprawy do piernika
  • orzechy/wiórki kokosowe (opcjonalnie jak ktoś lubi dodaje jak ktoś nie lubi nie dodaje)

Rozkład jazdy:

Punkt 1.
Zadbaj, by wszystkie składniki miały temperaturę pokojową.

Punkt 2.
Mąkę, proszek do pieczenia i przyprawy przesiej i odstaw.

Punkt 3.
W dużym naczyniu zmiksuj rozgniecione banany z olejem, dodaj rozbełtane jajko, wanilię i po trochu cukier (mikser nie jest niezbędny, można to robić łyżką bądź rózgą.. ja osobiście preferuję mikser).. wyłączyć mikser.

Punkt 4.
Do powstałej masy dodać mąkę i mieszać do połączenia składników. Na koniec bakalie (jak ktoś lubi oczywiście).

Punkt 5.
Ciasto wylać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, lub wysmarowanej masłem i wysypanej mąką. Piec w temp. ok 170 st przez około 50 minut (do suchego patyczka). Wyjąc i wystudzić w blaszce.

Punkt 6.
Zajadać ze smakiem!



w piekarniku


na talerzu ;)



SMACZNEGO!








Robię, działam i nie posuwam się ani kroku do przodu! Dlaczego?

Robię, działam i nie posuwam się ani kroku do przodu! Dlaczego?







    Czasem jest tak, że robimy coś z zapałem (prowadzimy bloga, próbujemy schudnąć, walczymy o awans w pracy, chcemy mieć lepsze oceny) i nic z tego nie wynika. To powoduje w nas wzrost niezadowolenia i irytację. Jeśli w takich wypadkach się wkurzamy to jeszcze pół biedy.. gorzej jak popadamy w apatię i zwyczajnie odpuszczamy. Złamani utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy do niczego i powinniśmy się cieszyć z tego co mamy. BŁĄD!
    W poprzednich postach pisałam o REGULE 40% więc nie będę się powtarzać. Pisałam o innych trikach.. ale problem może być gdzie indziej. Jakiś czas temu na jednym ze szkoleń „dla bab” usłyszałam o trzech regułach. Takich zasadach, które nieraz stosujemy nieświadomie.. a które wyłączają się nam zupełnie irracjonalnie, kiedy mierzymy się z jakimś z pozoru przerastającym nas problemem, lub z czymś dla nas ważnym.


Zawsze potrzeba czasu.



Między „krwią potem i łzami” a wymarzonym efektem.. zawsze jest ten nieszczęsny bufor czasowy. Każda zmiana wymaga czasu. To nie jest tak, klik światło się zapala, klik światło gaśnie. Utrata wagi, podnoszenie popularności bloga, droga do awansu.. to wszystko wymaga czasu. Czasem mniejszego, czasem większego.. ale niestety. Ja mam z tym problem, jeśli chodzi o utratę wagi. Na początku ładnie zleciało co miało zlecieć.. zostało te nieszczęsne 5 kg i waga ani drgnie. Centymetry też stoją. Jakaś cholerna blokada czy co? Ale nic mówię sobie.. spokojnie działaj tak jak działasz, efekt przyjdzie.




Sama wiedza nie wystarczy.. trzeba ją wprowadzać w życie.



    Biegasz na warsztaty, czytasz stosy poradników, pochłaniasz kolejne notki na blogach.. ale nic za tym nie idzie. Wciąż tylko sobie planujesz i marzysz. No to zapytam? Po co wydajesz pieniądze i tracisz czas? Żeby się przez chwilę lepiej poczuć? To droga donikąd. W dłuższej perspektywie na pewno spowoduje to tylko jeszcze większe zniechęcenie. Lubisz oszukiwać samego siebie? Kiedyś też tak robiłam.. ale to największa krzywda, jaką możemy sobie zrobić.


Pracujesz nad skutkami a nie przyczynami.


Leczenie objawowe niemal nigdy dobrych skutków nie przynosi.


1. Boli ząb, więc wezmę proszek i przestanie. Co z tego, jeśli ten ząb się nadal psuje i może nam przysporzyć  DUŻYCH problemów (akurat to osobiste doświadczenie, nienawidzę dentystów, cierpię na genetyczny wstręt do fotela dentystycznego).
2. Chcesz schudnąć, więc zaczynasz ćwiczyć.. ale jednocześnie się nie przepadałeś i nie zrezygnowałeś z nocnych wizyt w szafce ze słodyczami.
3. Szukasz celu w życiu, ale jednocześnie nie zadbałeś by czuć się dobrze w swojej własnej skórze.

    Warto jednak zadbać o kolejność. Najpierw przyczyny, potem skutki. Wizyta u lekarza i wywalenie z domu pokus.. potem ćwiczenia i dieta. Najpierw praca nad sobą, najpierw akceptacja.. potem szukanie dla siebie miejsca w życiu. Jeśli postawimy wszystko na głowie, to katastrofa jest wręcz murowana. A zderzenie z betonową ścianą zawsze boli. Ojj boli! 



     

    Na koniec ostatnia już oczywista oczywistość. Każdy z nas jest inny i potrzebuje innego czasu, by dotrzeć w konkretne miejsce. Nie ważne, że koleżance udało się zrzucić wagę szybciej. Tobie też się uda do cholery! Tylko ciut później!








Więcej narzędzi decyzyjnych? mówicie i macie!

Więcej narzędzi decyzyjnych? mówicie i macie!

     
    Każdego dnia podejmujemy dziesiątki przeróżnych decyzji, jedne są mniej ważne inne bardziej. Każdego ranka kobieta decyduje jaki wybrać krem i którymi cieniami podkreślić oko. Nastolatka stoi przed szafą i duma, którą bluzę dziś założyć. To te mało ważne przykłady. Ale są też decyzje istotne: kupić jedzenie gotowe czy jednak upichcić coś samemu? Zmienić pracę, czy zostać na obecnym stanowisku mimo niedogodności. Nauczyć się na egzamin czy liczyć na fart? W zeszłym tygodniu opisałam Wam Macierz Eisenhowera. Dziś dorzucę jeszcze kilka narzędzi. Są one polecane menadżerom.. ale równie dobrze sprawdzają się w życiu prywatnym.




    



Pesymistyczne podejście.

    Aga (wspominana przeze mnie szefowa, pisałam o niej: TU )zawsze mawiała: w planowaniu lepiej być pesymistą. Nie chodzi tu o stawianie celów (te musimy stawiać sobie wręcz nierealne, pisałam o tym TU ), ale o czas realizacji. Nie wierzycie? Zapytajcie znajomych na ile czasu planowali remont.. i zderzcie to z czasem rzeczywistym. Z mojego podwórka..
Szef - "ile czasu zajmie Ci ogarnięcie tego projektu?"
Ja: "no myślę, że nie więcej niż tydzień"
Tydzień później:
Szef: "To jak masz już gotowe?"
Ja: "miałabym gdybyś mnie nie wysłał na dwa dni do Krakowa"
Szef: "wiedziałaś o tym wcześniej"
Ja: "życie zawsze weryfikuje nasze plany, mam jeszcze czas"

    W takich chwilach na ogół oboje wybuchamy śmiechem. On wie, że ja sobie zawsze zakładam nierealne skrajnie optymistyczne ramy czasowe. Pod tym względem jestem w sumie typowa. Badania wskazują, że ok 70% populacji nie jest wstanie prawidłowo określić, ile czasu zajmie im dana rzecz. Sami optymiści bym powiedziała...



Tego cukierka wcale nie musisz jeść od razu.

    Znacie pewnie to, ale napiszę, dla tych co nie znają:
Naukowcy zebrali grupę pięcioletnich dzieci płci różnej i każde zaprosili do pokoju. Tam na stoliku leżał cukierek, dorośli prosili, by dzieci nie zjadły cukierka. A jeśli się powstrzymają, w zamian dostaną więcej słodyczy. Wynik był przewidywalny.. większość dzieciaków uległa pokusie i wszamała cukierka. Powiecie przewidywalne... ALE. Ci sami naukowcy obserwowali te dzieci przez następne kilkadziesiąt lat. Te dzieci, które wykazały się cierpliwością i oparły pokusie znacznie lepiej radziły sobie w dorosłym życiu. Łatwiej im było w szkole, w pracy w stosunkach z innym. Osiągali większe sukcesy.
    Przekładając to na świat "nieeksperymentalny". Codziennie podejmujemy dziesiątki decyzji:

szybka pizza czy jednak zdrowe domowe jedzenie
kilka godzin przed TV czy jednak może nauka do egzaminu, bądź trening, a może ciekawa książka.
tabletka przeciwbólowa na bolący ząb czy jednak wizyta u dentysty

Co wygrywa w naszym życiu?
To co daje szybką ulgę/nagrodę/przyjemność .. czy jednak to co wymaga większej cierpliwości i zaangażowania, ale co w dłuższej perspektywie przyniesie dużo dobrego?



     



Reguła 10/10/10

    To narzędzie wynika z poprzedniego, dlatego opisuję je jako drugie. Wszyscy wiemy, że za rzeczy, które nie dają natychmiastowych, wymiernych efektów zabrać się jest dużo trudniej. Taka siłownia... napoci się człowiek, namęczy.. a na efekty trzeba czekać całe tygodnie.
    Eksperci (cóż, ja o tym usłyszałam od jednego "kołcza" co to był u nas i za ciężką kasę miał nas motywować i uczyć podnosić efektywność... czy on był ekspertem? średnim, ale niektóre rzeczy podłapałam, choć niekoniecznie przydają się w pracy) twierdzą że jeśli mamy problem z motywacją w jakiejś ciężkiej sprawie.. warto ją sobie rozłożyć na trzy etapy: 10 minut, 10 miesięcy, 10 lat.
    Pyszny kebab, czy wypasiony burger z najlepszej knajpy w mieście to uczta dla podniebienia, ale czy takie odżywianie w perspektywie 10 miesięcy czy 10 lat przyniesie nam coś poza warstwą tłuszczu, gigantycznym cholesterolem i problemami z sercem?. A wspomniana siłownia... w perspektywie 10 minut to krew pot i łzy, ale jak popatrzeć na siebie za 10 miesięcy i 10 lat? Człowiekowi od razu się chce chcieć!
    To pierdoła. Ale pomaga nam patrzeć perspektywicznie, nie z punktu widzenia tu i teraz.. ale za jakiś czas.




     

    Uff.. monotematycznie się ostatnio na blogu zrobiło, ale ostatnio jestem na etapie planowania, organizowania, podnoszenia efektywności. Bo coś mi siada tempo do dłuższego czasu. Może za dużo rzeczy, może emocji. Nie wiem.. jeszcze problemu nie zdiagnozowałam. W takich wypadkach sięgam po te "stare" sprawdzone triki.


Macie jakieś swoje ulubione sposoby, żeby szybciej się ogarniać?
Jakieś super sposoby by się zmotywować do roboty i nie stosować spychologii?

Zauważyłam ostatnio, że najlepiej mi jak pisze notki na bloga.. jest wtedy wena, są jakieś tam pomysły. nie ma problemu z doborem słów. A jak biorę się za pracę...





Muzyka odc. 7 - Wokalistki, które wielbię.

Muzyka odc. 7 - Wokalistki, które wielbię.

     

    Piątek, pięteczek piątunio! Dziś nie będzie słodko, ponieważ wyjeżdżam na weekend i domowych słodkości w domu brak. Dziś będzie muzycznie! Dziś podzielę się z Wami moją prywatną listą super wokalistek. Mam ich wiele, więc postawiłam przed sobą zadanie wybrania 5. Ledwo się udało. Bo jednak pięknych głosów nie brakuje. Mogłabym podzielić Panie na kategorie (kurcze, jak to źle brzmi i jest totalnie niepoprawne... ale trudno) według wykonywane muzyki. Ale powiedziałam sobie NIE!, ma być pięć ukochanych.. więc będzie! jest ich pięć. Pięć wielkich, wspaniałych, ponadczasowych głosów. Pięć wspaniałych osobowości scenicznych. Pięć moich naj naj. Mam je ustawić według kolejności lubienia? Lepiej mnie już zastrzelcie! Dramatyzuję? Otóż nie. Nie umiałabym ustalić kolejności. Ale dość o mnie... OTO ONE!



ADELE

    Najmłodsza w zestawieniu. Ale dokonaniami nie ustępuje "koleżankom". Adele jest jedna, wyjątkowa, niepowtarzalna i niepodrabialna. Podziwiam ją za konsekwencję, jeśli chodzi o płyty i koncerty. Podziwiam ją za dystans do siebie i akceptację swoich braków.
    Płyta 21 została kilkukrotnie wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. Adele jako jedyna umieściła swoje trzy kolejne single amerykańskiego wydania HOT 100. Ta płyta najdłużej w historii okupowała szczyt listy bestselerów zarówno w Stanach jak i w UK.
    Chyba wszyscy znają Adele. Osobiście wolę jej poprzednie płyty. Ale i ostatnia jest wspaniała.. choć może mało różnorodna.
Moje ulubione kawałki?

Na pewno oskarowy "Skyfall" ... dlaczego? Za klimat, za mistrzowskie wykonanie, za wszystko!



Na pewno "Rumor has it" .. dlaczego? Za prawde w tekście i lekkość.




    A trzecia to aktualny singiel "Send my love (to your new lover)", wrzucałam ją ostatnio w Ulubieńcach, wiec nie będę powtarzać. Zapytacie dlaczego te, a nie jej inne hity? Wszystkie jej piosenki kocham, ale te trzy są najbliższe memu muzycznemu serduchu.



Aretha Franklin

    Królowa soulu. Największa z największych. Swym przepięknym ciepłym głosem wyśpiewała więcej, niż niemal wszystkie sezonowe gwiazdki razem wzięte. To Ona ukształtowała Whitney Houston. Od kilku lat artystka walczy z rakiem. Można by o niej pisać godzinami, jednak lepiej jej słuchać. Moje ulubione utwory Arethy są jednocześnie jej trzema chyba najbardziej znanymi przebojami...

Pierwszy i najbardziej ukochany "Respect"



Drugi jeden z hymnów wręcz "(You make me feel like) A Natural Woman" posłuchajcie jak Ona brzmi... ja się poryczałam!





Trzeci utwór to "I say a little prayer".




    Znacie królową Soulu?
    Może wielbicie ją tak jak ja?




Ewa Demarczyk

    Jedyna Polka w zestawieniu. Akurat z tym problemu nie mam.. nie jestem jakoś przesadnie wielbicielką polskiej muzyki. Może dlatego, że mam "czarną" soulową duszę? Ale Ewę Demarczyk wielbię.. za charyzmę. Nie ma drugiej takiej jak Ona. To jak Pani Ewa interpretuje śpiewane przez siebie piosenki, to jest jakiś kosmos! jej dykcja, jej wyrazistość zawsze powalają mnie na kolana.

"Karuzela z madonnami" .. ile ja się namęczyłam, by nauczyć się łączyć tekst z niebywałym tempem w jakim wykonywana jest piosenka. Znacie? Spróbujcie przeczytać szybko tekst.. prawdziwy łamaniec językowy. A Ona to śpiewa bez wysiłku.. 




"Grande Valse Brillante" przewspaniały tekst, genialna interpretacja.. cała Ewa Demarczyk!






I na koniec chyba najbardziej znany utwór Artystki "Groszki i róże"




Znacie twórczośc Ewy Demarczyk? To nie jest Artystka łatwa w odbiorze, teksty które śpiewa, to w znakomitej większości poezja.. ale warto! Ja lubię słuchać Ewy Demarczyk jesienią.. Ona tak bardzo kojarzy mi się z jesienią.. nawet nie wiem czemu.




Celine Dion

    Kanadyjka od lat świeci olśniewającym blaskiem na scenach całego świata. Każdy jej utwór to małe cudeńko. Byłam na jej koncercie w Polsce.. o ile można, pokochałam ją jeszcze bardziej. Biała diva.. niespotykany talent, głos anioła. Hipnotyzujący, niepowtarzalny. Celine Dion ma ten rzadki dar, ze na żywo brzmi lepiej niż z płyty. Kiedy zastanawiałam się, które jej piosenki są moimi ulubionymi problemu nie miałam:

"Because You Loved Me" cudowny lovesong. Mam w stosunku do niego ambitne plany ślubno-weselne. Zobaczymy czy się ostatecznie zdecyduję.. a może bardziej odważę!





"Surrender" o mamo to chyba moja najbardziej ukochana piosenka Artystki. Wzruszająca, pieszcząca uszy.. taka na wskroś "Celinkowa". Posłuchajcie!








I utwór trzeci.. to tez lovesong. Kurcze same lovesongi. Ale chyba za nie najbardziej kocham Celine Dion. Oto "Falling into you"




    Pora na ostatnią wielką, kompletnie z innej bajki niż pozostałe. Piękna, utalentowana, przewspaniała:



Maria Callas

    Nie przepadam za operą. Ale Maria Callas stanowi wyjątek potwierdzający regułę. Tylko dzięki niej i jej śpiewaniu zdołałam przyswoić sobie choć część klasycznych arii operowych. Możecie pisać i mówić co chcecie, ale jednak wypada odróżniać Carmen od Aidy czy Traviatty. No zwyczajnie wypada. Ale wracając do Marii Callas. Ona urzeka.. nie umiem tego inaczej opisać.. zwyczajnie urzeka uszy od pierwszych dźwięków, jakie z siebie wydaje. Posłuchajcie!

Aria z Carmen, słynna "Habanera".



Tosca "Vissi d´arte"






I na koniec 
Madame Butterfly







    Uff to by było na tyle. Trochę sobie głowę nałamałam. Bo jak wyrzucić z tego zestawienia Beyonce, Lauryn Hill czy Alicie Keys? Ale jednak decyzja zapadła. Mam nadzieję, że muzyka zaproponowana przeze mnie przypadła Wam do gustu.


Macie swoje ulubione wokalistki?
Wolicie te polskie czy te zagraniczne?
Słuchacie czasem klasyki? Lubicie operę?

Zostawiam Was z Arią, która jest uznawana za jedną z trudniejszych, jeśli nie najtrudniejszą do zaśpiewania. Aria Królowej Nocy z Czarodziejskiego Fletu Mozarta.












Macierz Eisenhowera... z cyklu proste rozwiązania są najlepsze.

Macierz Eisenhowera... z cyklu proste rozwiązania są najlepsze.

    


Nie mam czasu!
Nie wiem co w ręce włożyć, a Ty mi jeszcze dokładasz?
Co znowu, nie widzisz, że jestem zajęta?
O matko, ile tego jeszcze zostało!


    Na pewno każdy z nas nie raz nie dwa krzyczał w duchu przysypany stosem rzeczy ważnych, mniej ważnych i do tego jeszcze milionem pierdół. Jak sobie z tym poradzić? Jak do jasnej anielki ustalić priorytety? Co można zignorować,a co może jednak postawić na pierwszym miejscu na liście do zrobienia. Przecież każdy z nas marzy o takim zarządzaniu czasem, by starczało go na wszystko. Jakże często borykamy się z wyborem obowiązkiem a przyjemnością. Szef dyszy nad karkiem, ale rodzina tez oczekuje uwagi. Na studiach czy w szkole nawał nauki.. a przecież przyjaciele są równie ważni. Co robić?
    Dla mnie najpotężniejszym i najskuteczniejszym narzędziem selekcyjnym dla „rzeczy do zrobienie” .. jest Macierz Eisenhowera. Z czym to się je? Jak zacząć? Zacznijmy od początku:
    Dwight D. Eisenhower jak wszyscy na pewno wiedzą prezydentem Stanów Zjednoczonych był. Był znany nie tylko ze swej mądrości, ale też z perfekcyjnego zarządzania czasem. Mawiał: "To co ważne, rzadko bywa pilne,a to, co pilne, rzadko bywa ważne". To on stworzył system zwany Macierzą Eisenhowera (nazywanej również Matrycą Priorytetów). Macierz swoją budową przypomina wykres, gdzie osią rzędnych jest ważność danej sprawy, a osią odciętych jej pilność. Jednak tak naprawdę nie liczy się to jaką formę przybierze nasza macierz. Czy wypiszemy w punktach, na wykresie czy określimy ważność serduszkami.Ważne jest ustalenie stopnia ważności i pilności zadań.



Macierz w praktyce na moim przykładzie.

    Musimy zatem skupić się na rzeczach najistotniejszych dla nas i dla naszego otoczenia. Przecież nie możemy stawiać na tym samym poziomie egzaminu na prawo jazdy i spotkania z nielubianą ciotką. Jak widać na na grafice Macierz dzieli decyzje na cztery grupy:

  1. Pilne i ważne - rzeczy, które są najważniejsze tu i teraz. Rzeczy które musimy wykonać niezwłocznie i osobiście. Rzeczy których zaniechanie powoduje poważne skutki negatywne skutki. Sytuacje kryzysowe w pracy/szkole/uczelni, nawarstwianie się negatywnych skutków: zignorujemy bolący ząb.. on może i przestanie chwilowo bolec, ale może się to skończyć usuwaniem.
  2. Ważne i niepilne - rzeczy, które są ważne, ale niekoniecznie bardzo pilne. Treningi tygodniowe można planować z wyprzedzeniem, spotkania z przyjaciółkami również (oczywiście wyjątkiem są tzw. "red alerty" sytuacje losowe), notki na blogu również możemy sobie zaplanować... pisać z wyprzedzeniem. Regularna praca nad sobą (o ile nie jest się przypadkiem skrajnym) również powinna się znaleźć w tej części Macierzy.
  3. Pilne i nieważne - rzeczy pilne, ale z naszego punktu widzenia mało ważne. O wstawienie prania możemy poprosić partnera/męża/dziecko, tak samo jest z zakupami. To rzeczy wymagające szybkiej realizacji, ale niekoniecznie ważne. 
  4. Nieważne i niepilne - czyli śmieci, połykacze czasu. Czy naprawdę co 5 minut musisz zaglądać na fejsa i insta? A Ta gra ucieknie z komputera/telefonu, jeśli nie przejdziesz kolejnego poziomu? A telewizor musi być włączony cały czas?

    Oczywiście.. jak to napisałam w poprzednim poście ( KLIK ) diabeł tkwi w szczegółach. Czasem trudno określić, co jest ważne a co może mniej. Wszystko zależy od naszej prywatnej piramidy priorytetów. Są jednak pewne pomocne zasady.

  1. Jeśli masz za dużo rzeczy "pilnych i ważnych" zastanów się, czy części z nich nie da się odłożyć (lub chociaż podzielić) w czasie.
  2. Może mamy bardzo mało rzeczy nieistotnych... ojj a może to tylko nasza duma, która nie pozwala nam się przyznać samym przez sobą.. że marnujemy czas na pierdoły?
  3. I najważniejsze, podstawowe wręcz. rzeczy ważne i pilne to takie, które trzeba wykonać w ciągu kilku godzin, najdalej do końca dnia, jeśli można dać termin późniejszy, to taka sprawa ląduje w rzeczach ważnych ale nie pilnych.

     


Pora na ZALETY I WADY.

    Zalety? nauka pozycjonowania rzeczy do zrobienia, szybsze podejmowanie decyzji, łatwiejsza organizacja czasu. Z Macierzy korzysta wielu znanych mi menadżerów. Ale także osób, które zwyczajnie chcą zaplanować i racjonalnie wykorzystać czas.
    Czy macierz zostawia pole do improwizacji? Do spontaniczności? Ja stosując ją, nie mam z tym problemu. Macierz nie ustala mi dnia co do godziny i minuty, tylko pokazuje priorytety i pozwala przewidzieć skutki moich działań.
    Wady? Ja nie widzę. Dlaczego? Macierz nie daje skutków ubocznych. Jasne że mogą się pojawić trudności z przyporządkowywaniem działań do określonych grup, a także opór przed powierzaniem zadań innym ("bo ten mój.. jak kupił ostatnio marchewkę, to musiałam wyrzucić", "jak ta głupia dziewucha z recepcji zamówiła mi kuriera to się nie pojawił"). Mamy tez opory przez ostatnia ćwiartką zwaną przeze mnie "śmietniczkiem". Ale to wszystko jest przecież do wypracowania prawda? Staropolskie przysłowie mówi: "Nie od razu Kraków zbudowano" (czy jakoś tak).
    Nie należy tez zapominać. Że Macierz Eisenhowera to tylko narzędzie, właściwie to jedno z narzędzi. Nie możemy zapominać o planerach, kalendarzach czy [ BuJo ] .












Szybszy rozwój. Czasem diabeł tkwi w szczegółach.

Szybszy rozwój. Czasem diabeł tkwi w szczegółach.

      
    Znacie to powiedzenie "diabeł tkwi w szczegółach? Na pewno znacie. Powtarzały to od zawsze nasze babcie, mamy, ciotki. To powiedzenie można odnieść do każdej dziedziny życia. Weźmy pierwsze z brzegu przepisy na łakocie. Męczymy długo ulubiona ciotkę o przepis na jej wyśmienity sernik. Umęczona naszymi naleganiami i znokautowana argumentem "a jak umrzesz to skąd ja wezmę taki genialny przepis? chcesz go zabrać do grobu?" dała. I co? I nie wychodzi taki jak jej. Ciotka zapewnia, że robi wszystko według podanej receptury.. i co z tego? Ale może używa innych marek składników? Może z doświadczenia wie kiedy przestać ubijać, a kiedy dodać kolejne jajko?

    Mądrzy ludzi mawiają, że o spektakularnych sukcesach w porównywalnych warunkach decydują szczegóły. Mamy dwie takie same osoby na starcie. Oboje ukończyli tą samą szkołę, oboje znają języki, a jednak jedno z nich ginie w tłumie a drugie osiąga sukces. Co o tym decyduje? Powiecie psychika, upór, pracowitość .. uznajmy, że obie osoby są do siebie pod tym względem podobne. Więc co? Ano zapraszam do czytania!




1. Długodystansowcy.

    Udowodniono już dawno, że ludzie, którzy odkryli już swoje powołanie i angażują się w dany projekt na długi czas. Osiągają o niebo lepsze wyniki niż ludzie, którzy w niedalekiej perspektywie zakładają zmianę.
    Dajmy na to dwóch stażystów w agencji reklamowej. Obaj wykształceni, obaj po tych samych kursach, mają równy start. Jeden chce się związać za agencją długoterminowo, wie, ze chce robić reklamy. Drugi uznał że to dobra zabawa, ale za dwa trzy lata poszuka czegoś nowego. Który będzie miał lepsze wyniki? Ano ten pierwszy. Badania pokazują.. ze Ci, którzy podjęli zobowiązanie na długo osiągają 400% lepsze wyniki.
    Wniosek?
Jeśli chcesz osiągnąć sukces MUSISZ poświęcić 100% siebie i działać w długiej perspektywie czasowej. Zwyczajnie nie ma innego wyjścia.


       


2. Circle of competence

    Zasada zakresu kompetencji jest prosta. Nie łapiemy za ogony jednocześnie sroki, sokoła i bażanta. Działamy w zakresie tego, na czym się znamy/co chcemy robić. Według tej zasady działał znany amerykański ekonomista i inwestor giełdowy Warren Buffet. Mawiał on, że nigdy nie inwestuje pieniędzy w branże. których nie zna i nie rozumie podstaw ich działania.
    Tą prostą zasadę ekonomii można przenieść na każda dziedzinę życia. Bazowanie na swoich mocnych stronach może przynosić tylko dobre wyniki. Warto poszerzać wiedzę.. ale jednak w oparciu o pewien zwarty zakres zainteresowań i bazując na swoich mocnych stronach. Marny z ciebie aktor, a świetny krawiec? Nie pchaj się na scenę, szyj wspaniałe stroje teatralne i dzięki temu osiągaj sukces.



3. 40 procent

    Wiecie, że według dowództwa armii amerykańskiej, wtedy, kiedy wydaje nam się, ze dajemy z siebie już wszystko to tak naprawdę osiągamy jedynie 40% swoich możliwości? To dlatego np. amerykańscy komandosi mają tak obciążające szkolenia. Według tej teorii przy osiągnięciu pewnego poziomu włącza nam się automatyczna blokada.. jeśli ją zlekceważymy pofruniemy pod niebo.. 
    Ta zasadę można przełożyć na świat cywilów, szczególnie kiedy startujemy z jakimś nowym projektem. Startujemy z własną firmą, założyliśmy naszego wymarzonego nowego bloga, startujemy z Project Life (swoja droga niebywale mnie to kusi... na razie przeglądam strony, szukam inspiracji i... dojrzewam do decyzji, by z tym ruszyć), czy z BuJo.
    Żeby osiągnąć sukces trzeba sobie zakładać nierealne wręcz cele.. planować wykonanie 400% normy. Inaczej staniemy na 40% naszych możliwości i nie drgniemy do przodu ani trochę.




4. Produktywna paranoja

    Zastanawialiście się kiedyś, czy w pozbawionym zasad świecie sukcesu są jakieś reguły, dzięki którym łatwiej ten sukces osiągnąć? Według panów Jima Collinsa i Mortena Hansena są trzy takie zasady:

A. Fanatyczna dyscyplina - trzeba być upartym jak osioł, wytrzymałym jak miodożer (pisałam o tym sympatycznym zwierzu tu: Miodożer pogromca!) i konsekwentnym jak wilk (ten jak ściga zwierzynę to nie popuści ani o krok).
B. Empiryczna kreatywność - Ci najbardziej efektywni wciąż szukają nowych rozwiązań, próbują, eksperymentują. Nie spoczywają na laurach, szukają testują...
C. Produktywna paranoja - czyli "fiś" na jakimś punkcie, obsesja, przysłowiowy "kamyk w bucie". Typowym paranoikiem był Steve Jobs znany ze swej przesadnej wręcz dbałości o detale.


A Wy macie jakieś obsesje?
Może macie jakieś swoje paranoje?

Ja np. mam fisia na punkcie dbałości o język. Może nie jestem ekstremalną purystką językową zamkniętą na nowości, ale jednak staram się dbać o kulturę wypowiedzi.
Jeśli chodzi o bloga to moim fisiem są grafiki, wciąż szukam swojego stylu.. uwiera mnie to jak kolec w boku. Ale powoli do przodu!



       




5. Reguła 5 godzin.

    Znacie tą zasadę? Ja o niej usłyszałam już w mojej pierwszej korponorze... w zamierzchłym prehistorycznym czasie, kiedy w korponorach było jeszcze dość łatwo.
    Zasada jest prosta. Choćbyś nie wiem ile miał obowiązków na głowie, choćby nie wiem co się działo.. znajdź w tygodniu min 5 godzin tylko dla siebie, na swój osobisty rozwój. Na każdą "listę do zrobienia" wpisz siebie. To nie jest egoizm.. to walka o równowagę i zdrowe psychiczne.



     



    Oczywiste oczywistości prawda? Większość z nas je zna, ale czy się stosujemy? Czy choć próbujemy? Czy może jak zwykle.. poprzestajemy na absolutnym minimum.. które nam wydaje się szczytem naszych możliwości. Nie wiem jak Wy.. ale ja "na starość" wracam do podstaw. Walczę ze złymi nawykami.. mozolnie, powoli, ale widzę już postępy.. więc WARTO!