Walentynki...

Na początek trochę historii...
Walentynki w Europie Południowej i Zachodniej obchodzone były już w Średniowieczu, a ich korzenie sięgają Starożytnego Rzymu (Luperkalia.. święto ku czci Junony, bogini kobiet i małżeństwa i Pana, boga przyrody). Znacznie później dotarły do Europy Północnej.
Do Polski Walentynki dotarły w latach 90-tych, razem z boysbandami, girlsbandami i całą cukierkową popkulturą... Święto serduszek i kwiatków ma się nadal bardzo dobrze. Sklepikarze zarabiają swoje, restauratorzy zarabiają swoje. Bombonierki i tulipany idą jak woda, a do kin i teatrów ciężko się dopchać. W jednym z warszawskich teatrów jest nawet specjalna oferta dla par jednopłciowych. Niech żyje miłość spod znaku Erosa.. cukierkowa, różowa i... płytka?? Bo czym są tak naprawdę Walentynki, czy nie świętem kiczu i mamony, komercyjnym koszmarkiem bez głębi? Czy naprawdę potrzebne jest święto by cieszyć się miłością? Czy bez bombonierki na 14 lutego będę się czuła mniej kochana?
Nie twierdzę, że Walentynki to zło i wymysł szatana... to po prostu nie moja bajka.
Jako typowa Słowianka wybieram naszą słowiańską Noc Kupały obchodzoną w dzień letniego przesilenia, aura zachęca do spacerów i pikników, jest ciepło i tak.. po staropolsku i dekadencko. A w dobie walki z polskością na niemal wszystkich frontach, potrzeba tym silniej wracać do korzeni...
  
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

** Wszystkie komentarze są dla mnie na wagę złota, każdy czytam i na większość odpowiadam. **

** Staram się odwiedzać moich gości, czasem mam opóźnienia, ale nadrabiam je**

**Nie działam na zasadzie obs za obs, komć za komć, uwierz mi nie ma dróg na skróty, tylko pracą można osiągnąć sukces**

** Przesyłam moc dobrej energii! **