Kwestionuj autorytety. Myśl samodzielnie... czyli o tym jak postrzegać szerzej!

Kwestionuj autorytety. Myśl samodzielnie... czyli o tym jak postrzegać szerzej!

     
      Jak myślicie: czy gdyby nie upór i tzw. szukanie dziury w całym ludzkość w ogóle by się rozwinęła? Czy powstały by wszystkie popychające rozwój wynalazki? Czy wprowadzane byłby coraz to nowe ulepszenia? Odpowiedź na te pytania brzmi NIE.
      Z mojego doświadczenia wynika, że czasem wystarczy oderwać się od dręczącego nas problemu i spojrzeć na niego w oddali. Jak się tego nauczyć? Jak wyrobić w sobie nawyk oderwania myśli od dręczącego nas zagadnienia czy to w pracy czy w domu i spojrzeć na nie z oddali.
      Na jednym ze szkoleń w korpo nauczyłam się trzystopniowego podejścia do problemów:
1. Poszukaj dziury w całym
2. Zrób cztery kroki w tył
3. Zakwestionuj autorytety i wymyśl coś samodzielnie.

Od tamtej pory stosuję się do tej zasady. Podchodzę do problemów jak przysłowiowy pies do jeża. Oglądam je ze wszystkich stron, szukam słabszych punktów, odrzucam wszystkie gotowe rozwiązania i wymyślam swoje im bardziej abstrakcyjne tym lepiej!



     



Overview effect

      Jako pierwszy tego terminu użył Frank White określając uczucia jakie zalewają kosmonautów, kiedy ci po raz pierwszy patrzą na nasza planetę i widzą ją całą. Dostrzegają wtedy jej piękno i pewną kruchość, jakiej my będąc na Ziemi nie jesteśmy wstanie zauważyć.
      To zjawisko możemy przenieść na nasze problemy, czasem, kiedy koncentrujemy się na nich, zwyczajnie nie da się znaleźć rozwiązania. No kaplica... dochodzimy do ściany, która na dodatek jest po napięciem i nijak nie możemy znaleźć sposoby by ją pokonać. Własnie wtedy trzeba się cofnąć, spojrzeć z oddali. Często w takich sytuacjach okazuje się, że wystarczy zrobić kilka kroków w bok i przeszkoda łatwo zostanie ominięta. Dlaczego tak jest? Niestety mamy tendencję do patrzenia fragmentarycznego, nie postrzegamy świata jako całości.. jak sobie tak teraz myślę, że każdemu przydałaby się wycieczka w kosmos. Nierealne.. musimy sobie radzić inaczej!


Niestety musimy szukać dziury w całym!

      Czym różnią się ludzie kreatywni od całej reszty? Gdy przeciętnemu człowiekowi dać do rozwiązania problem, poprzestanie na pierwszym satysfakcjonującym go rozwiązaniu. ten kreatywny, myślący innowacyjnie będzie drążył dalej. Wynajdzie kilka rozwiązań i dopiero potem wybierze to, które będzie mu najbardziej odpowiadało.
      Szukając materiałów do tego postu przeczytałam pewną historyjkę o Albercie Einsteinie, która doskonale obrazuje podejście kreatywne. Kiedy zapytano Einsteina o różnice między nim, a osobą "normalną" odpowiedział: kiedy poprosicie normalną osobę o znalezienie igły w stogu siana, ta poprzestanie na pierwszej którą znalazła, ja przeszukam cały stóg, by mieć pewność, że nie ma innych igieł.


     


To jak? poćwiczymy kreatywność?

      Podrzucę Wam ćwiczenia, które robiliśmy w firmie w czwartek. Utknęliśmy na jednym ze zleceń. Nijak nam nie podchodziło, który fundusz unijny do czego wykorzystać, by klient wyszedł na tym jak najlepiej. Doszliśmy do ściany.. no nic nam do głowy nie przychodziło. Powiedziałam dość. Pora na zabawę! Postanowiłam oderwać nas od problemu i zafundować proste ćwiczenia, na pobudzenie mózgownic do myślenia.

Ćwiczenie 1.

Przygotuj nożyczki i kartkę papieru. twoim zadaniem jest wycięcie takiego otworu, by przeszedł przez niego człowiek.

      To jak podejmujesz wyzwanie? Zapewniam że da się to zrobić. Musisz tylko wyjść poza schemat, zrobić dwa kroki w tył i spojrzeć na kartkę inaczej niż dotychczas. To ćwiczenie pozwala nam ćwiczyć postrzeganie przedmiotów w zupełnie nowym świetle, dostrzeganie w nich niewidocznych na pierwszy rzut oka zastosowań.

Warto tu wykorzystać Metodę Disneya (przypomniała mi o niej jedna z blogerek. Dziękuję! jej blog: Inspiracje Ambiwertyczki ). Co to za metoda?
Spróbuj popatrzeć na problem z trzech punktów widzenia:
Marzyciela - nic Cię nie ogranicza, ani czas, ani miejsce, ani Twoje umiejętności
Krytyka - ten to musi być posłuszny wszelkim znanym mu zasadom, u niego nie ma przebacz
Realisty - człeka rzetelnego i obiektywnego, który racjonalnie oceni co można, a co niestety trzeba odrzucić.


Ćwiczenie 2
Na środku Sahary leży całkowicie nagi mężczyzna a obok niego leży bombka choinkowa. Dlaczego on tam leży? Wymyśl najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Niby totalna abstrakcja prawda? No bo co może robić goły facet z bombką.. w dodatku na pustyni? Ale to tylko pozory.. bo to zadanie pobudzające naszą dedukcję i myślenie logiczne.
W jednej z poprzednich notek pisałam o kreatywności i o tym, że jest ona do pewnego stopnia uzależniona od logiki. I polega na łączeniu znanych nam już rzeczy w całkiem nowe. Dlatego takie logiczne, dedukcyjne ćwiczenia bardzo ją pobudzają.

Znacie grę w czarne historie? To gra inspirowana nagrodami Darwina
Otóż: jedna z osób zapoznaje się z historią jakiegoś nieszczęśnika, który umarł przez własną głupotę. Podaje tylko tytuł. Reszta towarzystwa zadaje pytania, na które prowadzący odpowiada tak lub nie. Jest prosta a niesamowicie pobudza nasz umysł, pobudza zarazem myślenie logiczne jak i abstrakcyjne. Polecam.. dobra zabawa gwarantowana.

    








Prezenty .. prezenty .. kupuj  prezenty.. bo święta! Czy warto?

Prezenty .. prezenty .. kupuj prezenty.. bo święta! Czy warto?

   

      Ci z Was, którzy czytają mnie dłużej nie będą zaskoczeni tą notką. Wiedzą, że mam "alergię" na komercję i rozbuchany konsumpcjonizm. Przeważnie je akceptuję je, mimo że kompletnie nie rozumiem. Ale są takie sfery mojego życia, kiedy włącza mi się agresja. Najbardziej widać do właśnie w przypadku Świąt Bożego Narodzenia (czy też ich laickiej komercyjnej przeróbki zwanej Gwiazdką).
      Tak, jestem konserwą.. zakutą w dodatku. I o ile światełka, choinki i optymistyczne świąteczne piosenki wprawiają mnie w doskonały nastrój, to już ta cała nachalna marketingowa machina przyprawia mnie o wzrost ciśnienia. Ze wszystkich stron atakuje mnie jedno: kupuj kupuj kupuj! Najlepiej od 2 listopada do 24 grudnia non stop kupuj. Prezenty, dla wszystkich tony prezentów. Telewizory, laptopy, telefony, tony zabawek i kosmetyków. KUPUJ! Jak nie masz za co to weź na raty, weź pożyczkę,  ALE KUPUJ!
      Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam obdarowywać bliskich. Nic nie cieszy mnie tak bardzo jak uśmiech na twarzy mojego taty, kiedy ten jak dziecko cieszy się z kolejnego "pomocnika" działkowego. Albo mojej mamy, która ze śmiechem rozrywa papier by wydobyć nowe książki. Mój Pan M.który z poważną miną, ostrożnie by nie rozwalić opakowania dobiera się do upominku, jest dla mnie nieustannym źródłem śmiechu. Ot radość.

      Ale do jasnej anielki chyba nie te prezenty są najważniejsze prawda?
A jeśli nie są.. to dlaczego od początku listopada znakomita większość rozmów koncentruje się na tym.. co kto komu kupi i za ile? Licytujemy się między sobą na ilość i jakość:
"Ja kupiłam już synkowi kolejkę, samochód zdalnie sterowany i drona";
"a ja mojej córeczce zestaw z Krainy lodu, wydałam prawie 500 zł";
"mój mąż dostanie w tym roku nowy sprzęt do grania, bo ten ma już rok i nie daje rady";
"kupiłem ojcu traktorek do koszenia trawy, nie będzie mnie już wołał, żebym z kosiarka latał, wsiądzie sobie sam i skosi"
"rodzice w zeszłym roku kupili nam wypasiona lodówkę, musimy się zrewanżować, kupiliśmy im odkurzacz, który sam odkurza i pierze"
      Zamiast cieszyć się, że rodzina będzie razem, że jest okazja do rozmowy i zwyczajnego bycia ze sobą, to koncentrujemy się na rzeczy tak prozaicznej jak prezent.

      Czasem mam wrażenie, że zapominamy o tym, jak ulotne jest życie. Szczególnie w magicznym czasie świąt widać to najbardziej. W pogoni za kolejnymi zbędnymi gadżetami, które po świętach rzucimy w kąt, kiedy biegniemy od sklepu do sklepu, od strony do strony, od promocji do promocji, gubimy całą tą ciepłą magię.  Nie lepiej ten czas poświęcić dla bliskich? Jechać do dziadków i pomóc babci myć okna? Będzie zdecydowanie bardziej zadowolona z wizyty wnuczka niż z kolejnej pary rękawiczek. A odwiedziny u mamy.. na pewno będzie szczęśliwa kiedy zaoferujemy pomoc przy lepieniu pierogów. Niby oczywiste oczywistości, a tak łatwo o nich zapominamy.
      Dlaczego o tym piszę? Cóż.. choroba mamy co chwila przypomina mi o tym, że każda wspólna uroczystość może być naszą ostatnią. Czas biegnie tak szybko.. coraz szybciej i szybciej. bezcenne dni uciekają nie wiadomo gdzie. Ta wigilia może być ostatnia, następna może być już bez niej. Koszmar prawda? W takich chwilach człowiek patrzy na ten biegnący za rzeczami świat, jak na ciekawe zjawisko, w którym nie chce brać udziału. Ale czy potrzeba osobistej tragedii, żeby się otrząsnąć? Ja ostatnimi czasy mam wrażenie, że zrzuciłam z siebie jakąś błonę, która ograniczała ostrość mojego widzenia. Uczę się wciąż od nowa i od nowa cieszyć się z bliskości, z obecności ukochanych osób obok mnie. Bo przecież to nie rzeczy, ale ludzie powinni być najważniejsi.
      Tak, przemawiają przeze mnie emocje, poczucie nieuchronnej straty i bezsilność. Mam gorszy czas, wcale tego nie ukrywam. Ale czy to zniekształca mój osąd? Wykrzywia spojrzenie na świat? Czy może wręcz przeciwnie.. znieczula na błyszczący blichtr i pokazuje smutną prawdę?


     
       Zaryzykuję taką tezę.. że konsumpcjonizm zabija ducha świąt. Zabija w ludziach wszelką głębię. Możecie się ze mną nie zgadzać, jednak kiedy patrzę na ludzi polujących na kolejne rzeczy... Łapiecie się na tym, że całkowicie pochłania Was wir przedświątecznych zakupów i przygotowań wszelakich? Czy dostrzegacie czasem, że cały ten cyrk przesłania Wam ludzi? Mnie na to znieczuliła sytuacja. Jeśli przedświąteczny rozgardiasz to tylko z najbliższymi w czasie wspólnych przygotowań. Ciekawi mnie jak jest u Was?

Wigilia tradycyjna.. czy nowoczesna?
Z bliskimi czy jednak nie?
Wyobrażacie sobie Wigilię BEZ prezentów?
Wigilia w ciepłych krajach z dala od domu.. to coś dla Was?
Macie listę tematów TABU, których się nie porusza przy wigilijnym stole?
Co robicie z nietrafionymi prezentami? Rzucacie w kąt, sprzedajecie.. oddajecie komuś?







Efekt wyniku... czyli co by było gdyby to czy tamto!?

Efekt wyniku... czyli co by było gdyby to czy tamto!?

      
      Dziś zacznę od pytania... Czy zdarzyło Ci się kiedyś krytycznie ocenić swoją decyzję na podstawie jej efektów? A kiedy były one niezadowalające, stawałeś się dla siebie bardziej surowy niż zwykle? Ja mam tak często. Podejmuję trudną decyzję, która nie przynosi mi wystarczająco dobrych rezultatów.. więc zaczynam rozpamiętywać "co by było gdyby". Taka pułapka.. tzw błąd poznawczy. Oceniamy siebie i nasze decyzje z perspektywy czasu.. kiedy wiemy już jaki jest ich wynik. Ja się na tym łapię dość często.. zawsze mam ochotę walnąć się czymś ciężkim w głowę.. ale czy to coś daje? Ano nic. ;) Dziś o efekcie wyniku!



z cyklu odrobina motywacji ;)



Co to jest ten efekt wyniku?

      Efekt wyniku, to taki mały feler. Przez który oceniamy nasze decyzje na podstawie wyników, a nie tego, co wiedzieliśmy w momencie podejmowania decyzji. Taki błąd poznawczy.. niby wiemy, że w momencie kiedy decydujemy się na jakieś rozwiązanie nie mamy wszystkich możliwych danych i decydujemy się na ryzyko, ale z perspektywy mamy tendencję to gdybania i wyrzucania sobie błędów. Zdarza się Wam? Mi bardzo często.
      Najbardziej znanym badaniem, które doskonale obrazuje zjawisko Efektu wyniku, jest "szpitalny" eksperyment Jonathana Barona i Johna Hersheya.

Grupie osób przedstawiono hipotetyczny scenariusz:

Szpital, stan chorego szybko się pogarsza, potrzebna jest operacja, gdyż pacjent może umrzeć.. ryzyko powikłań jest niewielkie. Jeśli zabieg się powiedzie pacjent będzie żył kilka lat dłużej. Lekarze postanawiają operować.

Jak myślisz zrobili dobrze czy źle?? Podjęłaś decyzję, masz już swoją ocenę sytuacji? Super.


warto o tym pamiętać ;)


A teraz...

Po operacji dowiadujesz się, że pacjent umarł. Jaka jest teraz twoja ocena decyzji lekarzy? Taka sama.. czy jednak coś się zmieniło?

Baron i Hershey podzielili badaną przez siebie grupę na dwie części. Jednej powiedzieli, że pacjent umarł, drugiej że przeżył. Pewnie nie zdziwi Was wynik. Otóż ta grupa, która znała pesymistyczny wynik operacji oceniała decyzję lekarzy krytycznie. uważali, że lekarze zwyczajnie popełnili błąd w ocenie. Ta grupa, która znała wersję optymistyczną oceniała decyzję lekarzy pozytywnie.

Zaskakuje Was to? Czy raczej nie?

      Mnie po poznaniu mechanizmu, jaki zachodzi w ludzkich mózgach już nie. Zwyczajnie mamy tendencję to oceny skutków nie po tym CO wiedzieliśmy w momencie podejmowania decyzji, ale PO wynikach. Przecież dużo łatwiej ocenić jakąś sytuację.. kiedy znamy już wszystkie dane prawda? Można wtedy "z czystym sumieniem" wytykać błędy.
      Znacie na pewno osoby które kochają powtarzać "a nie mówiłem". Moja mama ma do tego tendencję. Kiedy podjęta przeze mnie decyzja nie do końca okazuje się trafna.. lubi powiedzieć "a nie mówiłam, że trzeba było inaczej". Na nic zda się tłumaczenie, że w momencie podejmowania decyzji nie znałam wszystkich możliwych scenariuszy, że pewnych rzeczy przewidzieć się nie da. Znam wiele takich osób. Irytujące to prawda?
      Z resztą, sama też mam tendencję do rozpamiętywania.. co by było, gdybym zrobiła inaczej to czy tamto. Niby wiem, że powinnam oceniać wyniki najpierw po tym, co wiedziałam w momencie podejmowania decyzji, a dopiero potem po efektach.. bo to najlepsza droga do dobrego wnioskowania, ale i tak w mózgu przeskakuje jakaś klapka i zaczynam gdybać.


Jakie są przyczyny?

      Podstawową przyczyną jest upływ czasu i uzyskiwane w międzyczasie informacje. Stajemy się mądrzejsi, więc i nasza ocena się zmienia. "Mądry Polak po szkodzie" znacie to powiedzonko? Pasuje jak ulał prawda?
      Zjawisko efektu wyniku jest szczególnie niebezpieczne przy wszelkiego rodzaju podsumowaniach. To właśnie wtedy powinniśmy być szczególnie ostrożni w ocenie swoich (czy cudzych) działań. Przykład?

Makler giełdowy podejmuje decyzję o zakupie akcji Firmy X. Przedsiębiorstwo stabilne, przewidywalny właściciel, sytuacja polityczna wydaje się stabilna. Po tygodniu wybucha skandal. Okazuje się że produkty wytwarzane przez firmę X są wadliwe. Zarząd chcąc zaoszczędzić zdecydował się na gorsze materiały. Akcje lecą na łeb na szyję, klienci maklera sporo tracą.

Jak ocenimy decyzję maklera? Jak on będzie siebie oceniał? Czy kiedy przyjdzie ocena roczna, będziemy mu wyrzucać tą wpadkę. Czy to była wpadka? Czy inwestując mógł przewidzieć działania zarządu firmy X?
Czy on sam powinien sobie wyrzucać błędną decyzję?


Jak to jest u Was?
Jak postrzegacie swoje decyzje?
Bierzecie poprawkę na upływ czasu i dodatkowe informacje, czy ulegacie efektowi wyniku?
Warto o tym pamiętać.











Veera - rajstopy na miarę XXI wieku. Mój pierwszy artykuł recenzencki

Veera - rajstopy na miarę XXI wieku. Mój pierwszy artykuł recenzencki



     

      Ładnych kilka miesięcy temu, w czasie jednej z wymian myśli na blogu Dominiki z DYED BLONDE „z jej palców” padło znamienne zdanie. Nie pamiętam go już dokładnie, ale sens był taki: „prędzej czy później każdy bloger idzie na współpracę”. Wtedy pomyślałam sobie: a gdzie tam, nie dotrę to tego punktu, przecież nie piszę o nowościach kosmetycznych… A jednak! Kilka tygodni temu znalazłam w swojej skrzynce mejlowej intrygującą wiadomość:

„Witaj Marzeno, czy Twoim zdaniem rajstopy mogą być innowacyjne […] przetestuj rajstopy marki Veera...”

      Cóż ja miałam zrobić? Biłam się z myślami kilka dni. Roztrząsając w nieskończoność.. warto czy nie warto? warto czy nie warto? Czy to pasuje do bloga, czy nie? W końcu zgodziłam się. Bo dlaczego niby nie? Zdecydował o tym jeden fakt. Jestem typem „ załóż rajstopy i nie zapomnij drugiej pary włożyć do torebki”. W moim przypadku nie ma znaczenia, czy kosztują 2 czy 22 złote, czy są cienkie czy grube. Zaciągam, dziurawię, wściekam się i wywalam do kosza. Dlatego pomyślałam sobie, że przetestuję markę Veera i opowiem Wam o moich doświadczeniach. O doświadczeniach modelowej niszczycielki rajstop.

Na początek kilka słów od producenta:

      Dzięki rajstopom marki Veera, Twoje nogi będą piękne, seksowne i zdrowe przez długie lata.Nie ma w tym żadnej magii. To produkt na miarę XXI wieku. Jego jakość i skuteczność została wielokrotnie potwierdzona poprzez nagrody konsumentów oraz testy kliniczne.
Rajstopy Veera spełniają oczekiwania współczesnej kobiety:


SĄ BARDZO TRWAŁE – dzięki specjalnemu splotowi nie lecą w nich oczka, nie musisz więc brać ze sobą zapasowej pary w torebce, na wszelki wypadek;
DBAJĄ O ZDROWIE TWOICH NÓG – dzięki nim nawet po całym dniu nie czujesz ciężkości i zmęczenia nóg, wspomagasz swoje krążenie, zapobiegasz pojawieniu się pajączków;
MODELUJĄ SYLWETKĘ – abyś zawsze czuła się komfortowo i pewnie;
ZAWIERAJĄ JONY SREBRA – po całym dniu nie będziesz myślała o tym, żeby jak najszybciej ściągnąć rajstopy, bo przez cały czas czujesz się w nich świeżo;
ZACHOWUJĄ SWOJE WŁAŚCIWOŚCI PRZEZ CO NAJMNIEJ 6 MIESIĘCY – dzięki temu robisz to, co lubisz najbardziej: pierzesz i ubierasz, pierzesz i ubierasz… i tak przez długi czas;
SĄ ELEGANCKIE – pomimo cennych właściwości zdrowotnych, produkty marki Veera nadal wyglądają jak klasyczne rajstopy, więc możesz nosić je codziennie i do każdej stylizacji.



źródło: veera.pl

      Wybrałam rajstopy 140 DEN i pończochy 40 DEN. Po wyjęciu z pudełka zachwyciła mnie lekkość produktu, zwyczajnie spodziewałam się, że rajstopy będą grubsze. Produkt na pierwszy rzut oka wydaje się luksusowy. Nie będę tu opisywać danych technicznych.. te znajdziecie na STRONIE PRODUCENTA (po co się powtarzać? Nigdy nie byłam fanką zbyt częstego używania kombinacji kopiuj+wklej).

Moje pierwsze wrażenia:
1. Cholera jak to się ciężko zakłada!
No ale czego ja się spodziewałam za przeproszeniem po rajstopach uciskowych? Za pierwszym razem było ciężko, to nie jest produkt, który założymy w 10 sekund (albo ja jestem taka ułomna) ale… Jak już uda nam się je założyć, to jest bajka, czujemy ucisk, ale to przyjemne.. to trochę taki mikro masaż. Po chwili się przyzwyczajamy i pozostaje nam jedynie uczucie komfortu.
2. Trwałość…
Już przy pierwszym nakładaniu udało mi się zaciągnąć rajstopy. Zakładam jednak, że wina leży po mojej stronie. Za szybko chciałam je na siebie "wciągnąć". Oczko nie poszło więc OGROMNY PLUS!
3. Niwelowanie zmęczenia..
To jednak włożyłabym między bajki. Oczywiście rajstopy przynoszą ulgę, ale umówmy się.. po kilku godzinach na nogach, kiedy ma się na nogach obcasy to zmęczenie jest nieuniknione choćby nie wiem co.

źródło: veera.pl

Co mogę powiedzieć po kilku tygodniach użytkowania?

      Rajstopy Veera są godne polecenia. Pobudzający krążenie mikro masaż to ogromny plus. Myślę, że w profilaktyce przeciwżylakowej produkt sprawdzi się doskonale, szczególnie u osób narażonych (kto dziś narażony nie jest?). Veera to świetna jakość i duża trwałość. Dzięki swojej specjalnej budowie są odporne na puszczanie oczek.. brzmi jak z reklamy? No jeśli ja założyłam je więcej niż 5 razy to już jest ogromny sukces! Po praniu rajstopy się nie odkształciły, nic się z nimi nie stało. Noga jak wyglądała pięknie, tak wygląda. Jeśli do tego dorzucimy zdrowie mamy pełny obraz.
Ale żeby nie było tak cukierkowo mam jeden zarzut… Jestem dość wysoka (173 cm) i nie mam figury modelki. Dlatego kierując się tabelką rozmiarów wybrałam 4. O ile długość nogi jest idealna, o tyle „majciochy” mogę podciągnąć pod same cycki, albo i wyżej. Rajstopy się nie zsuwają, trzymają w miejscu krągłości.. ale to mimo wszystko niedogodność, ja tego zwyczajnie nie lubię. Czy to je dyskwalifikuje? Nie. Bo mimo wszystko plusy przykrywają ten jedyny mały minus. Przecież dla zdrowych i pięknych nóg warto pocierpieć prawda?



Rajstopy Veera pięknie wyszczuplają nogi



Czy zamówię kolejną parę? Tak.
Czy polecam? Tak, szczególnie osobom, które mają już pierwsze problemy z żylakami.
Czy są warte swojej ceny? To już kwestia indywidualna.. dla jednych kosztują za dużo dla innych normalka. To nie są normalne rajstopy, a rajstopy uciskowe, można powiedzieć lecznicze, więc muszą kosztować więcej. Jeśli za zwykłe rajstopy Gatty, czy Marilyn można zapłacić kilkanaście złotych (swoją drogą jak można tyle przepłacać to ja nie wiem.. polscy producenci robią rajstopy z tych samych materiałów tylko połowę taniej, bo bez opłaty za markę i reklamę), to tym bardziej możemy zapłacić więcej za rajstopy Veera i cieszyć się ich leczniczymi właściwościami, dopasowując stopień ucisku do swoich potrzeb.


trwałość mnie powala




Nosicie rajstopy?
Jakie są wasze ulubione?
Miałyście kontakt z marką Veera?




jedyny minus częstej jazdy na rowerze.. mięśnie ud. ;)










Syndrom oszusta .. czyli dlaczego tak mało wierzyłam w siebie.

Syndrom oszusta .. czyli dlaczego tak mało wierzyłam w siebie.

     

      Dlaczego jesteśmy w stosunku do siebie tak bardzo krytyczni? Dlaczego surowiej oceniamy siebie niż innych? Czy to efekt naszych wygórowanych ambicji? A może bardziej niezrozumienia zachodzących wokół nas zjawisk? Mało tego.. czasem osiągamy sukcesy, ale czujemy się przy tym jak oszuści, mamy przeświadczenie, że zwyczajnie nie zasługujemy na laury. Dziś opiszę Wam "syndrom oszusta"
      Uzyskałeś ostatnio awans? Udało Ci się przyklepać satysfakcjonującą współpracę znaczącej firmy z Twoim blogiem? Twój referat w szkole okazał się najlepszy! Zespół wybrał Cię na Liderkę? A Ty czujesz, ze na to nie zasłużyłaś, że zwyczajnie Ci się pofarciło.. że tak naprawdę nie masz żadnych kwalifikacji, boisz się, ze Twoja niewiedza zostanie publicznie obnażona.. Niemal na pewno padłaś/padłeś ofiarą syndromu oszusta.

      Badania dowodzą, że im większe osiągamy sukcesy, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienie syndromu oszusta. Co ciekawe, statystycznie częściej jego ofiarą padają kobiety. Ale wynika to prawdopodobnie z tego, że na wyższych stanowiskach jest nas mniej. Syndrom oszusta nie znajduje się o oficjalnych spisach zaburzeń, ale uznaje się, jego negatywny wpływ na nasze poczucie własnej wartości, na nasz komfort psychiczny. Często występuje w parze w depresją.. jeszcze częściej z perfekcjonizmem.. jesteśmy do bólu perfekcyjni ze strachu przez zdemaskowaniem naszej niewiedzy.



A Ty padłaś ofiarą syndromu oszusta?

      Ja po raz pierwszy padłam ofiarą syndromu oszusta na studiach. Kiedy to z racji dobrych wyników przyznano mi stypendium naukowe. Dziwiłam się sama przed sobą, ze jak to? Niby nic nie robię, a i tak mam dobre oceny. Czułam się jak oszust. Porównywałam się do koleżanek, które harowały od świtu do nocy i nie miały takich wyników. więc jakim cudem ja miałam je mieć? To było zwykłe oszustwo.. ktoś musiał się pomylić. Nieważne było to, ze połowa roku korzystała z moich notatek, że byłam na każdych zajęciach, że nas referatami spędzałam długie godziny przerzucając tony książek (tak książek.. w domu nie było internetu i całej wiedzy w zasięgu reki). Czułam się jak oszustka i kropka. 
      Niepewność towarzyszyła mi niemal przez całe studia, każdy nawet najmniejszy sukces przyjmowałam ze zdziwieniem i zażenowaniem. Bo jak to? Ktoś kto tak mało wie, tak mało robi jest publicznie chwalony? Czy ten świat naprawdę zwariował?
      Potem była pierwsza poważna praca w banku.. siedziałam jak mysz pod miotłą, sumiennie wykonując swoje obowiązki, robiłam wszystko by się nie wychylać. By nie wyjść na oszustkę. Bo oczywiście uznałam, że dostałam pracę przypadkiem, w wyniku jakiegoś szczęśliwego zbiegu okoliczności, albo przejściowego zaćmienia mózgu u osób mnie zatrudniających.

      Jeśli to czytasz i łapiesz się za głowę, bo rozpoznajesz u siebie te same mechanizmy, to mam dla Ciebie dwie wiadomości. Dobrą i złą. Ta zła jest taka.. że niewielu udaje się całkowicie pozbyć syndromu oszusta. Ta dobra brzmi: można łagodzić skutki, pracować nad podniesieniem poczucia własnej wartości i łagodzić objawy. Jeśli wypracujesz w sobie mechanizm, który będzie szybko rozpoznawał objawy.. będziesz mogła przeciwdziałać prawda?


     


No to co ja mam zrobić? Jak zwalczać syndrom oszusta? 

      Najistotniejszym jest by wyłapać co powoduje, że ów syndrom się w nas uaktywnia. Pochwała wykładowcy, nowa współpraca na blogu, pochlebne komentarze pod ostatnią notką, awans w pracy, podziw współpracowników? Przyczyn może być wiele, znajdź tą, która u Ciebie działa jak "zapalnik".

      Porozmawiaj o swoim problemie.

Syndrom oszusta jest o wiele powszechniejszy niż myślisz. Warto więc wyrzucić z siebie wątpliwości. Może pomoże kolega, może masz mentora, z którym możesz o tym pogadać. Wybierz kogoś komu ufasz, co do którego masz pewność, ze bez względu na wszystko powie Ci prawdę. Kogoś kto Cię zna, kto przypomni Ci w czym jesteś dobra, jakie są Twoje mocne strony.

      Stwórz sobie prywatny zbiór osiągnięć i pochwał.

W chwilach zwątpienia dobrze jest sobie do niego wrócić. Przypomnieć sobie, że Twoi nauczyciele ze szkoły nie byli idiotami, znali się na rzeczy, wykładowcy z uczelni to ludzie na ogół mądrzy i doświadczeni prawda? A Twój szef? Na bank zna Twoje słabe i mocne strony, nie byłby tu gdzie jest, gdyby tego nie potrafił. Ci wszyscy ludzie stawiając na Ciebie musieli mieć jakieś powody prawda? Jak myślisz kto się myli w ocenie oni czy Ty?

      Porównania z innymi są w Twoim przypadku bez sensu

Jeśli cierpisz na syndrom oszusta, zawsze będziesz się czuł gorszy. A w Twoich oczach każdy bardziej niż Ty, będzie zasługiwał na pochwały/nagrody/awanse. Bardzo fajnie obrazuje to diagram, który znalazłam w sieci, jego autorką jest kobieta, która latami zmagała się z syndromem oszusta. Ten diagram przywoływał ją do porządku w chwilach zwątpienia.

źródło: http://innpoland.pl/116879,syndrom-oszusta-gdy-sam-nie-wierzysz-w-swoje-sukcesy



I tak na koniec.. małe (a może wielkie pocieszenie), jeśli cierpisz na syndrom oszusta.. to najprawdopodobniej osiągnąłeś sukces. To przypadłość ludzi, którzy się wybijają ponad przeciętność. Tom Hanks, Emma Watson czy nawet Albert Einstein. To nie wstyd znaleźć się w tak doborowym towarzystwie.





Kulturalni ulubieńcy odc. 6 - Listopad

Kulturalni ulubieńcy odc. 6 - Listopad

   
      Listopad przeleciał mi tak prędko, że niemal go nie zauważyłam. Muszę coś z tym zrobić, ogarnąć się, bo czasem mam wrażenie, ze czas przelatuje mi między palcami.. coraz prędzej i prędzej. Ale nie o tym chciałam. Listopad nie obfitował w jakieś fajerwerki muzyczno-filmowe. Ot.. powiedziałabym kontynuacja. Ale znalazłam kilka perełek, którymi się z wami podzielę. Muzycznie było jak na mnie rytmiczniej niż w październiku, film to zdecydowanie komedia, a książki.. sami zobaczcie!
      Ten tydzień będzie luźniejszy.. z ulubieńcami, recenzjami.. odrobiną kuchni. Mam dla Was kilka poważniejszych postów.. ale poczekam z nimi do grudnia. 
Tymczasem zapraszam do czytania.



1. Piosenka miesiąca lekko

      W listopadzie moje serce skradła Shakira i jej Chantaje. Lekki energetyczny utwór, idealny do poruszania tyłkiem. Jak miałam lenia i nie chciało mi się ćwiczyć, to włączałam to nogi i ręce same zaczynały się poruszać.
Próbowałam dodać filmik przez wyszukiwarkę bloggerową, ale wyskakują mi same filmiki z zumbą. :( Więc dodam link bezpośredni do youtube: Shakira Chantaje  polecam na gorsze chwile. 



2. Piosenka miesiąca poważniej

      Tu był problem, bo nie nie mogłam się zdecydować, co mnie jakoś mocniej poruszyło. Co chodziło za mną dłużej niż wynosi przeciętna. Przekopywanie pamięci niewiele mi przyniosło. Dlatego wniosek jest jeden. W tym miesiącu nie mam "poważnego" muzycznego ulubieńca. Dlatego wrzucam to, co akurat gra mi w słuchawkach. Ania Karwan tym wykonaniem rozwaliła mnie na łopatki, poćwiartowała, przemieliła i wypluła. To jest genialne.




3. Książka miesiąca

       To będzie trylogia Więzień Labiryntu.. jest już chyba czwarta część, ale tej jeszcze nie czytałam.. Książka doskonale wpisuje się w nurt si-fi. To obok Igrzysk Śmierci czy serii Niezgodna absolutny must read dla fanów tego typu literatury. To pełna napięcia i zwrotów akcji książka, która w napięciu trzyma do ostatnich stron. Mamy tu grupę młodych ludzi zamkniętych w strefie, nie wiadomo po co i przez kogo, Jedynym wyjściem jest labirynt.. labirynt który jest śmiertelną pułapką. Jeśli podobały CI się przygody Katniss Everdeen czy Triss Prior to również przygody Thomasa będą dla Ciebie czytelniczą ucztą.



4. Serial miesiąca

      Zaskoczę Was. Ale wkręciłam się w polskiego, przeciętnego Komisarza Alexa. Sama nie wiem czemu.. może dlatego, że ostatnimi czasy potrzebuję lekkiej łatwej, nieskomplikowanej rozrywki? A może dlatego.. ze pies grający główna rolę jest tak uroczy, ze nie mogę od niego oderwać oczu? A może wreszcie dlatego (pora się do tego przyznać.. może jak to napisze oficjalnie to coś z tym zrobię), że zwyczajnie brakuje mi czworonoga. A akurat długowłosy owczarek niemiecki byłby moim pierwszym wyborem? Może wszystkie te powody po trosze.. w każdym razie oglądam odcinek za odcinkiem, serię za serią, wkurzam się bo czasem to jest zwyczajnie słabe.. ale oglądam. :)



5. Film miesiąca

      Tak jak w październiku było na poważnie, tak w listopadzie trafiłam na drugi biegun, jeśli chodzi o filmy. Wygrała bezapelacyjnie Bridget Jones! Poprzednie filmy o uroczej trochę nieporadnej i wiecznie samotnej Bridget uwielbiam. Trzecia część nie zawiodła, ten sam poziom zabawy. Śmiech, wzruszenie.. i wspaniała Renee. Już dawno nie oglądałam tak dobrej babskiej komedii. Dlaczego babskiej? Bo mój Pan M zwyczajnie przysypiał w czasie seansu. 





6. Cytat miesiąca

    






Strach przed porażką - czyli co tak naprawdę zabija marzenia.

Strach przed porażką - czyli co tak naprawdę zabija marzenia.

   
      Czym jest strach? Dlaczego czasem tak bardzo się boimy? Czy to słabość, czy może jednak wygodnictwo. Dobrze nam w naszej "męczeńskiej" postawie. Dobrze nam, kiedy inni się nad nami litują, głaszczą po głowach, współczują, wspierają. Mamy publiczność.. więc jest cudownie! Jestem gruba.. wina rodziców i dziadków, jestem chora nie dam rady schudnąć. Nie dostałem upragnionego awansu.. to wszystko wina szefa! Nie jest tak? Szukamy winy wszędzie tylko nie w sobie. Dlaczego? Może boimy się przyznać sami przed sobą.. że to jednak my nawalamy?
      Do napisania tej notki zainspirował mnie wpis młodej dziewczyny, który przeczytałam na jednej z facebookowych grup. W tej grupie dziewczyny mobilizują się nawzajem do walki z nadprogramowymi kilogramami. Otóż tekst krzyk brzmiał tak:


Motywacja
dziewczyny mam gorszą nockę. Tracę nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się iść dalej, a nie zrobić jeden krok do przodu, 10 do tyłu. Powinnam zrzucić 50 kg i mimo że wiele o tym czytam, zawsze zaczynam od spacerów, prostych ćwiczeń, nawet zdrowego jedzenia, to co z tego jak jem za dwoje? :( Po czym nie widząc poprawy poddaję się.Nie radzę sobie emocjonalnie i nie mam z kim o tym nawet pogadać”



      Odpisałam jej, ale zamiast ją wspierać i głaskać:

   Na wstępie przepraszam, że napiszę ostro, ale chyba trzeba.
Kochana jeśli nie zmienisz myślenia to nic nie będzie. Sama siebie nakręcasz na porażkę. Jest coś takiego, jak samospełniająca się przepowiednia. Wypisz wymaluj Twoja sytuacja. Źle o sobie myślisz, wiec z góry zakładasz, że na bank się nie uda, a jeśli tak zakładasz no to jakim cudem ma się udać? Zabija Cię myślenie destrukcyjne i strach przed porażką. Na Twoim miejscu najpierw poszukałabym przyczyn w głowie coś z Twojej przeszłości co Cie zabija. Może psycholog? Nie ruszysz do przodu, jeśli nie polubisz siebie nawet w rozmiarze XXXXXL.
Nie znam Cie wiec nie chce zakładać, że przyjęłaś postawę męczennicy, która pławi się w swym nieszczęściu.. ale jeśli nawet tak jest to też poszukaj psychologa!! Nie bój się, to taki sam lekarz jak każdy inny!
Przesyłam moc dobrej energii. Zrób pierwszy krok znajdź przyczynę Twojego stanu i przepracuj to.. nikt za Ciebie tego nie zrobi!



      O dziwo mi podziękowała i napisałam, że o takiego "kopniaka jej chodziło". Choć jak jak przeczytałam konwersację następnego dnia, to dziewczyna wycofała się rakiem z powrotem do swojej skorupki, gdzie chyba jest jej wygodnie ze swoim nieszczęściem. Dlaczego o tym piszę? Jej postawa jest modelowym przykładem na to, co robią z nami nieprzepracowane porażki, które zmieniają się w paniczny strach. Powiecie.. ot odezwała się domorosła psycholożka, nie zna dziewczyny i ocenia. Nie oceniam, bardzo współczuję, ale takim ludziom oprócz współczucia potrzebny kopniak niestety.


    


      Kilka postów wcześniej pisałam o samospełniającej się przepowiedni. Dziś spróbuję napisać coś o strachu przed porażką. Czym jest, dlaczego tak łatwo nas pokonuje? Z góry uprzedzam, nie jestem psychologiem.. podzielę się z wami tylko tym, co sama usłyszałam na wszelkiego rodzaju warsztatach dla korposzczurów w korponorze. Zapytacie co korpo ma do życia? Ano mechanizmy są takie same. I w pracy i w życiu prywatnym mamy przecież ten sam mózg, który działa tak samo.
      Więc czym jest strach przed porażką? Dlaczego tak bardzo boimy się spróbować? Dlaczego wolimy pławić się w swoim nieszczęściu, rozkoszować się nim, niż spróbować? To oczywiście temat rzeka, a każdy z nas jest inny i ma inne problemy. Ale jednak jest pewien schemat, który można dopasować, do każdej sytuacji. Myślę, że zrozumienie mechanizmów, które nami rządzą ma kluczowe znaczenie.




Samospełniająca się przepowiednia.


Pisałam już o niej więc tylko wspomnę w kilku zdaniach. Boimy się spróbować, bo jak kiedyś spróbowaliśmy, to nam nie wyszło. Mamy tak złe zdanie na swój temat i tak bolą nas porażki, że nawet nie ma mowy o ponownej próbie. Po co.. skoro na bank się nie uda! Więc lepiej nic nie robić, niż nie daj Boże utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy życiowymi nieudacznikami.




Porażka jako największe zło


Zamiast wyciągać wnioski, uczyć się, wolimy traktować każde niepowodzenie jako utwierdzanie się we własnej nieudolności, a co za tym idzie nie próbujemy ponownie. Bo niby po co, skoro jesteśmy tacy beznadziejni? A przecież wyciągnięcie wniosków z porażki daje nam wiedzę jak już więcej nie postępować! Co lepsze? Myślenie destrukcyjne, czy działanie?




Przeszłość


Brutalna prawda jest taka, że jeśli ciągną się za nami jakieś traumatyczne przeżycia z przeszłości, to bez ich przepracowania nie ma co nawet spoglądać w przyszłość. Jeśli nie rozliczymy ich, jeśli ich w sobie nie przepracujemy, to one będą wracać i nas od środka zjadać. Na pozorach długo się nie pojedzie niestety. Najtrudniejsze jest w tym to, że nikt za nas tego nie zrobi, jasne psycholog może pomóc, ale jeśli nie będziemy gotowi sami.. będzie lipa.



    




      Łatwym jest przyjęcie postawy męczennika pławiącego się we własnym nieszczęściu. Jeśli jeszcze do tego szukamy i oczekujemy współczucia, wsparcia i głaskania po głowie od otoczenia, to jest klops. A przepis na walkę ze strachem przed porażką jest banalnie prosty.. a co za tym idzie niezwykle trudny do wprowadzenia w życie.

1. Pogodzenie się z przeszłością. - odpuść babci, że cię przekarmiała i utuczyła, wybacz rodzicom, ze nie dawali ci wszystkiego co chciałaś, daj spokój byłemu facetowi, odszedł jego strata, szef w poprzedniej firmie tobą pomiatał, nie twoja wina, ze był dupkiem pierwszej wody, przecież nie każdy szef to świnia;
2. Wyciągnięcie wniosków z porażek jakie nas spotkały, traktowanie ich jako darmowej lekcji tego, jak nie postępować. Nie chodzi o samobiczowanie, tylko chłodną analizę (tak wiem, kiedy chodzi o emocje, trudno o zimna głowę.. ale czy ja gdzieś napisałam, że będzie prosto?):
Nie udało Ci się schudnąć? Spróbuj jeszcze raz.. teraz już wiesz, czego robić nie powinnaś.
Nie dostałeś wymarzonego awansu? Spróbuj się zastanowić, co może schrzaniłeś, co możesz poprawić, by zdobyć go przy kolejnym podejściu.
Nie zdałaś egzaminu? A czy na pewno byłaś dobrze przygotowana? Czy zrobiłaś wszystko, by się dobrze przygotować?
3. Odstawienie na bok emocji, bo to one nas blokują, szczególnie kiedy negatywnie nakręcamy sami siebie.
4. Praca nad akceptacją.. to jest najważniejsze. Niestety bez tego nie ma kroku do przodu…


      Niewiele potrzeba by pozbyć się strachu przed porażką prawda? Nikt nie mówi, że to proste, ale warto już dziś zrobić pierwszy krok. Zamiast kupować kolejne mądre książki udając że zbierasz informacje, zamiast z góry zakładać, że się nie uda… zrób sobie na przekór i uwierz, że możesz wszystko. Na koniec zostawiam Cię z cytatem.. cytatem który ostatnio bardzo mnie poruszył. Pewnie wyląduje na ścianie jako mój osobisty motywator.. kto wie! Oto on!

    



I mały bonusik, właściwie impulsywnie dodany. Coś co wisi u mnie na ścianie.. coś co sobie powtarzam, coś co mi przypomina, by nie poddawać się negatywnym emocjom, którymi czasem jestem bombardowana. Mój projekt.. moje wykonanie.. 


      








Jak zwiększać kreatywność? podrzucam proste ćwiczenie.

Jak zwiększać kreatywność? podrzucam proste ćwiczenie.

   

      Kilka dni temu, wieczorem podczas jednej z burzliwych dyskusji jaką odbywałam z moim Panem M. (uwielbiam z nim dyskutować, o polityce, historii, kinie, muzyce, ludziach.. o wszystkim) z moich ust padło pytanie: co sprawia, że ludzie są inteligentni i kreatywni? Pan M spojrzał na mnie jak na kosmitkę (czasem tak ma.. szczególnie jak zadaję jakieś dziwne filozoficzno-psychologiczne pytanie) i odpowiedział: nie mam pojęcia usiądź do komputera i poszukaj! Ale na miłość boską nie teraz, teraz pijemy wino i obcujemy! Taki On już jest ten mój Pan M.
      Ja jak to ja, złapałam notes i zapisałam, żeby poszukać, bo to w sumie fajny temat na bloga! Co z tych moich poszukiwać wyszło przeczytajcie sami.. aha przygotujcie sobie jakiś długopis i kartkę, bo na koniec podrzucę fajne ćwiczenie!



      Więc jak to jest z tą inteligencją?

Jak twierdza amerykańscy naukowcy inteligencja zależy od ilości i jakości połączeń mózgowych. Udowodniono, że nie można wskazać konkretnego obszaru mózgu, w którym koncentrowałaby się nasza inteligencja. Tak prosto to nie ma. Nasz mózg pracuje w systemie rozproszonym, dlatego właśnie ilość i jakość połączeń między poszczególnymi jego częściami jest tak ważna.. i wpływa bezpośrednio na to czy jesteśmy bystrzakami.. czy niekoniecznie..


Autor: Hugh MacLoad źródło: https://twitter.com/buffer/status/423592231371833345/photo/1

     Ta prosta grafika pokazuje proces jaki zachodzi w naszej mózgownicy. Możemy mieć doświadczenie, możemy mieć wiedzę, ale jeśli nasz mózg odpowiednio ich ze sobą nie połączy, to tak naprawdę nie mamy nic. Dlatego tak bardzo boli mnie obecny system nauczania, wpychanie młodych ludzi w schematy, uzależnianie ich od maszyn, które mają za nich myśleć. Ale nie o tym jest ten post.. ;) Wracam do głównej myśli! Kreatywność!



      Jak to się ma do kreatywności?

      Jak wykazałam wyżej, sedno tkwi w ilości połączeń w naszym mózgu. Im bardziej analizujemy, łączymy ze sobą nabytą, teoretyczną wiedzę z doświadczeniem, tym więcej połączeń tworzymy. Wiecie co mówił Steve Jobs kiedy go pytano o kreatywność, o to jak ją zwiększać? "łączcie rzeczy". Na swoich wykładach mówił, że nie ma żadnego cudownego środka, nikt nie rodzi się kreatywny. Kreatywność to umiejętność łączenia rzeczy nowych z tym co już wiemy/znamy/gdzieś zobaczymy. I rzeczywiście tak to działa. Bo czy największe rzeczy nie powstają z inspiracji pracą kogoś innego? Z potrzeby by coś istniejącego już ulepszyć?
      Jest taka teza.. że kreatywność wcale nie jest tak do końca nowatorska. Bo kreując coś, korzystamy ze zdobytych już gdzieś doświadczeń. Kreatywność to umiejętność stworzenia czegoś niepowtarzalnego, z dostępnych dla wszystkich elementów. Przykład? Kilka tygodni temu na blogu u Magdy Mirkowicz z My Pink Plum powstał spór. Magda zarzuciła jednej z blogerek, że ją kopiuje (to czy tak było, czy nie nie jest w tej sprawie ważne). Kilka osób zarzuciło Magdzie, że przecież ona korzysta z gotowych elementów, gotowych czcionek, że tylko je do siebie dopasowuje. Więc dlaczego się czepia innych, że robią tak samo. Nie zauważali tego najważniejszego niuansu.. Magda z gotowych elementów tworzy swoje własne niepowtarzalne grafiki i szablony. Dzięki swojej kreatywności robi coś zupełnie nowego. Patrzysz i widzisz, że to wyszło z głowy Magdy.



     


Proste ćwiczenie na uzyskiwanie nowych połączeń mózgowych i zwiększenie kreatywności.


Wstań, podejdź do biblioteczki i weź pierwszą z brzegu książkę, wszystko jedno jaką. Zamknij oczy i otwórz na obojętnie jakiej stronie. Po czym Na oślep wskaż palcem na dwa słowa (z czasem może być tych słów więcej).

U mnie to są "ławka" i "bronić"

Teraz weź kartkę i długopis i napisz po 10 skojarzeń z każdym ze słów.. nie synonimów tylko skojarzeń:

Ławka: dzieci, park, piwo, spacer, przystanek, pies, miasto, serial, Ranczo, zielony, drzewa;
Bronić: wojsko, żołnierz, odwaga, naród, Polska, środowisko, nacjonalizm, koszary, "Potop", wróg, atak, zdrada;

Masz już wypisane swoje skojarzenia? To teraz spróbuj napisać krótką notkę, w której użyjesz swoich dwóch bazowych słów.

Pamiętam, jak wiecznie przesiadywali na ławce w parku i robili przy tym mnóstwo hałasu. Często wzywano policję by ich uciszyła. Młodzi, znudzeni.. nie mieli gdzie iść. Jednak kiedy przyszła potrzeba, rzucili wszystko by iść na front i bronić Ojczyzny.

Trzecim krokiem w tym ćwiczeniu, jest rozwinięcie tego co już napisaliśmy z wykorzystaniem skojarzeń, które wymyśliliśmy.

Sytuacja powtarzała się ciągle. Hałasy w parku, czasem zostawione butelki po piwie. To znudzeni młodzi ludzie przesiadywali na jednej z ławek i trochę rozrabiali. Strasząc przy tym ludzi spacerujących z psami. W mieście nie było na nich siły, bo policja patrzyła przez palce. Byli młodzi, nie mieli wiele pieniędzy, więc gdzie mieli iść? Cóż nadarzyła się okazja, wróg stanął na granicach ich ukochanej Polski. Tak byli narodowcami, nie obcy był im nacjonalizm.. w swoim środowisku czcili swoją Ojczyznę. Przesiadywanie w parku nie było ich jedyną rozrywką, dbali też o mogiły żołnierzy w swoim mieście, pomagali starszym. Nie byli źli. Gdy dowiedzieli się o agresji rzucili wszystko i karnie jak jeden mąż stawili się do obrony. Nie byli zawodowymi żołnierzami, nie odbyli jeszcze zasadniczej służby wojskowej, ale nie myśleli o tym wtedy. Stawili się w koszarach i zapytali: co możemy robić? jak mamy bronić Polski przed zdradą...

Ćwiczenie na pozór dla licealistów i studentów prawda? Jest w tym trochę prawdy, bo takie zabawy słowem pomagają w pisaniu. Ale nie tylko.. Mamy tu dwa ważne elementy pomocne w ćwiczeniu kreatywności: elementy bazowe, elementy, które sami do nich dołożymy i łączenie obu zbiorów w całość, by stworzyć coś nowego.

To jak spróbujecie?
Zabawcie się słowem!