Czy dziecko może być wymówką dla matki?

Czy dziecko może być wymówką dla matki?




      Kocham dzieci.. i te małe i te większe też. Mam do nich anielską cierpliwość. Znajomi z Warszawy wiedzieli, że mi można pociechę niemal zawsze podrzucić i się nie obrażę! ALE! Tak jak kocham, uwielbiam wręcz dzieci, tak niekoniecznie lubię ich mamy.. a przynajmniej nie wszystkie. Dlaczego? O tym właśnie jest ta notka!

      Pod jedną z moich poprzednich notek jedna z moich ulubionych blogerek Czerwona filiżanka napisała ważną rzecz. I ja się pod tym podpisuję obiema rękami i nogami! Napisała mianowicie cytuję: "Mam wrażenie że wiele kobiet używa dzieci jako wymówki... coś sie nie chce to dziecko to czy tamto.... wierzę, jasne dziecko to olbrzymia odpowiedzialność ok, ale są granice... skoro kobieta nie może pracować bo ma dziecko to niech nie podejmuje sie zobowiązań skoro tym generuje stresy.... wyobrażam sobie i rozumiem że bycie mamą to niełatwa sprawa ale szanujmy się przede wszystkim."  We wspomnianej notce krótko opisałam moją współpracę właśnie z taką mamą, co najpierw wykazuje chęci i deklaruje zaangażowanie, a gdy przychodzi co do czego, to dziecko to, dziecko tamto.


Tak jak kocham dzieci, tak niekoniecznie i niezawsze lubię ich mamy.


      Żeby była jasność, nie neguję, że czasem wypada niespodziewana rzecz i rzeczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek współpracy/jakimkolwiek spotkaniu. Ale jeśli projekt rozkłada się na kilka tygodni, to zwyczajnie nie wierzę, że nie można się wywiązać ze zobowiązań. Zobowiązań.. które się samemu podjęło. No nie wierzę. Dlaczego o tym piszę? Bo nie wierzę, że to zawsze dzieci są przyczyną.






"Jak będziesz miała dziecko to zrozumiesz!"


      Już nie raz na mój zarzut, że po jakie lichu się umawiać na działanie, kiedy się notorycznie zawala, słyszałam: "co ty wiesz o życiu i dzieciach" lub "jak będziesz miała dzieci to zrozumiesz" albo moje ulubione "jesteś bezdzietna więc nigdy nie zrozumiesz, co to znaczy dziecko" ... Tiaaa... a ja się w tym momencie pytam: a gdzie tu szacunek do mnie i do mojego czasu? Jestem gorsza? Mój czas jest mniej cenny? Moje życie się nie liczy? Nie lubię takiego podejścia. Nie lubię, jak się własne błędy, własną niekompetencję/lenistwo usprawiedliwia dziećmi, a jednocześnie przerzuca się część swojej winy na druga osobę. Bo czym innym takie gadki są? Dla mnie to podświadome, a częście zupełnie świadome, przerzucanie winy na tą bezdzietną co ma czas i śmie się czepiać! Mam wrażenie, że te wszystkie mamusie (i tatusiowie też), przyklasnęli by kolejnemu choremu pomysłowi, jaki ogłosił jeden z kretynów, co to mieni się posłem RP.. mianowicie podatkowi od bezdzietności! No jak o tym wczoraj przeczytałam to mnie zmroziło! Komuno wróć? A co z tymi co dzieci nie mogą mieć? Ukażemy ich podwójnie? Ehhh strzela mnie jak sobie pomyślę jak głupi są ludzie. Jak napisałam na jednym z forów co o tym myślę, to odpisał mi jakiś oświecony tatuś: "a z jakiej paki moje dzieci mają pracować na bezdzietnych singli"... no nóż w kieszeni się otwiera. To ja teraz nie pracuję na swoją emeryturę? Nie płacę podatków? Przymusowe badania psychiatryczne dla każdego, kto chce mieć dzieci powinny być chyba wprowadzane. Żeby debil jeden z drugim swoich wadliwych genów nie przekazywał. No uniosłam się! Swoją drogą, co Wy myślicie o powrocie reliktu komuny jakim było bykowe?
A wracając do tematu!

Dziecko.. jego posiadanie tłumaczy ucieczkę od życia.


      Pal sześć jak kobiecie się nie chce.. i swoje lenistwo usprawiedliwia dzieckiem. To można po czasie przewidzieć i zwyczajnie na taką osobę przestaje się liczyć. Osobiście osób leniwych unikam jak ognia, są kompletnie nieinspirujące.. zawsze ciągną w dół. Niemal zawsze znajdują milion wymówek, albo co gorsze, zwalają winę na innych. Gorzej.. kiedy kobieta po urodzeniu dziecka zupełnie wycofuje się z życia. Albo inaczej... kiedy dziecko staje się całym światem dla matki. Kiedy wszystko to co było przed, przestaje się liczyć. Dla mnie to zrozumiałe, kiedy dziecko ma kilka miesięcy, rok.. dwa. Ale co powiedzieć o kobietach, których dzieci mają po kilka lat? Które kończą przedszkole.. idą do szkoły? A te kobiety nadal nie robią nic dla siebie! Żyją życiem dzieci, a swojego nie mają. Co się dzieje z takimi kobietami, kiedy ich dzieci dorosną? Kiedy stają się nastolatkami, idą na studia, wyprowadzają się z domu? Taka kobieta zostaje z pustką... To co jej wypełniało cały czas znika z codzienności. I co wtedy? Sama znam kilka takich kobiet. Dzieci dorosły, pożeniły się, często żyją na emigracji.
      Mam taką znajomą, ona właśnie żyła życiem dzieci. Teraz kiedy ich nie ma, kobieta nie może sobie znaleźć miejsca w domu. Zrobiła się drażliwa i skłonna do kłótni. Mąż jeździ na tirach i nie ma go całymi tygodniami. A ona jest sama... sama ze sobą. Nie ma żadnych pasji, nie spotyka się z ludźmi. Nic... przerażające......
      Dlatego zawsze moim koleżankom powtarzam.. zdrowy egoizm nie jest zły! Każdy.. nawet najbardziej oddana matka musi pamiętać o sobie. To slogan ale: Szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko. Skwaszona, wiecznie umęczona matka męczenniczka, to nieszczęśliwe dziecko.


Ufff... się rozpisałam.
Co Wy co myślicie na ten temat?
Czy dzieci są/bywają wygodną wymówką dla kobiet?
Co myślicie o bykowym?

Jak zawsze ślę serdeczności i wspaniałego weekendu życzę!!





 
Kreatywność... ostatnio mam na nią metodę!

Kreatywność... ostatnio mam na nią metodę!



      Jest 4.30, a ja siedzę i klecę wstęp do tego wpisu. Wczoraj mój mózg odmówił współpracy, więc muszę (chcę?) to zrobić dziś. I tak siedzę... wiatrak mieli powietrze, a ja czytam po raz kolejny moje własne słowa i kombinuję, jaki wstęp napisać. I wiecie? Nie wiem! Więc napisze tylko... Kreatywność.. coś, co mnie nie rozpieszcza ostatnio. Coś.. o co ostatnimi czasy muszę walczyć. Cóż.. zwalam na temperatury.. tak najprościej prawda? Ale to nie do końca tak.. praca kreatywna to przede wszystkim działanie, podejmowanie decyzji i działanie... jak ja to robię w szczególnie trudnych warunkach? O tym jest ten post!

      Tropiki... coś czego serdecznie nienawidzę, coś co mnie zabija.. coś co zabija mój mózg i wszelką kreatywność, jaka w nim zamieszkuje. Mój mózg pracuje mniej więcej 4h dziennie, jak wstanę koło 4 to 6. Potem to mogę się co najwyżej pobawić w korektę moich wypocin, obejrzeć coś inspirującego i poczytać. Zbyt dużego miejsca na prace twórczą nie mam.. wiec co robię, by się jednak ogarnąć? Cóż.. wypracowałam sobie pewien mechanizm, który powielam praktycznie przy każdym projekcie.. i tym mniejszym i tym większym! Dlatego mam plan! Plan prosty.. ale kiedy mi się nie chce, lub kiedy mam problem z pisaniem, to bardzo mi pomaga. Ten plan to 5 kroków.. tylko 5 i aż pięć...



1. Podejmij decyzję, że zaczynasz!

      Nie czekaj na właściwy moment, nie pytaj innych czy to już! Nie zmieniaj jej co chwilę, nie wahaj się! To sprawa kluczowa, gdybać możesz do (za przeproszeniem) usranej śmierci i na gdybaniu się skończy.

2. Kolejnym krokiem jest koncepcja

      To jest ten moment, gdzie musisz zdecydować CO chcesz przekazać, CO chcesz zrobić. Dla mnie ten moment jest kluczowy. Jeśli nie wiem CO chcę zrobić, no to równie dobrze mogę się położyć na hamaku i otworzyć książkę.  Np.. chcę napisać post na blogu. Okej.. o czym? Dziś na tapecie pokolenie milenialsów! Proste? No przecież!

3. Daj sobie CZAS!

      Wielkie (i te mniejsze też) rzeczy nie powstają w godzinę/dzień/tydzień! Zastanów się, ile możesz poświęcić czasu, jak wysoko ten projekt jest na Twojej liście priorytetów (patrz poprzedni post). Obojętnie, czy Twoim projektem jest nowy blog, chcesz schudnąć 10 kg,  czy w pracy musisz napisać gigantyczny wniosek o dofinansowanie budowy kompleksu basenów. Określ czas jaki masz i jak ważna to dla Ciebie sprawa. Pamiętaj.. z dnia na dzień to można sobie popstrykać zdjęcia produktowe, a nie zrealizować większą rzecz. Nawet napisanie notatki na bloga to nie jest kwestia godziny, tylko kilku godzin konkretnej pracy.

4. NARZĘDZIA!

      Zastanów się, co Ci będzie potrzebne.. czy wystarczy komputer i dostęp do sieci.. czy bardziej przydadzą się farby i pędzle! Warto już na początku pracy, na etapie planowania, określić CO będzie potrzebne. By później w trakcie żadne braki nas nie rozpraszały. Za narzędzia osobiście uznaję też wszelki reserch, zbieranie materiałów wszelkich.

5. DZIAŁAJ!

      Zacznij pisać/malować/ćwiczyć! Pojedyncze zdania w końcu ułożą się w większy akapit, a z kilku akapitów powstanie dłuższy tekst. Kolejne nieudane rysunki tylko przybliżą Cię do tego upragnionego. Myślisz że Van Gogh ot tak sobie chwycił pędzel i machnął słynne słoneczniki? Że Chopin zasiadł do fortepianu i od razu napisał wszystkie swoje utwory? Czy może jednak próbowali, ćwiczyli, pisali. Niszczyli to co zrobili i zaczynali od nowa hmm? Dlatego nie wymiguj się brakiem weny! Bo ona sama z siebie do ciebie nie przyjdzie.. Znaczy może przyjść raz! Ale do dłuższej pracy to wiesz.. musisz się jednak bardziej postarać! Dlatego..  Próbuj, twórz! A zobaczysz, że pomysły będą przychodzić same. Praktykuj, a zaczniesz dostrzegać rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej nie przyszłyby do głowy.




I na koniec pamiętaj proszę!

      Pomysły może mieć każdy, ale nie każdy będzie na tyle kreatywny by te pomysły realizować! Praca kreatywna wszystkim kojarzy się z zabawą. Ci wszyscy sławni freelanserzy z jutuba, instagrama czy blogosfery kojarzą się zwykłym ludziom z wieczną zabawą. No cóż.. tak nie jest. To co widzi fan/obserwator/subskrybent to efekt finalny.. efekt wielu godzin pracy. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem dosięgnie cię zwątpienie.




Nie mam na nic czasu! Serio? ... czyli świadome życie w moim wydaniu.

Nie mam na nic czasu! Serio? ... czyli świadome życie w moim wydaniu.



      Czas... jak to się dzieje, że jedni zdają się mieć go mnóstwo i robią siłą rzeczy mnóstwo rzeczy, a inni ślęczą, miotają się, a potem tłumaczą się brakiem czasu. "Nie zdążyłam.. mam tyle do zrobienia. Czy to może poczekać?" Jedna z bardziej wnerwiających mnie wymówek, jakie słyszę. No heloł! Moja doba ma tyle samo godzin co twoja! Też mam obowiązki, też chcę mieć czas na przyjemności! I jak chcę to mam.. wiec gdzie jest miedzy nami różnica? 


      Wszystko zaczęło się od znajomej, z którą organizowałyśmy pewien projekt. Ja miałam się zająć stroną logistyczną dojazd/lokal/hotel/żarełko/ogarnięcie ludzi ... ona miała dograć sprawę merytorycznie. Dogadać prelegentów, ustalić tematy, ułożyć ogólny plan. Muszę pisać, ze tego nie zrobiła? Kiedy minął drugi wyznaczony termin usłyszałam: no sory, nie starcza mi na nic czasu! Zrobię to, nie bój się. Zrobiła a jakże , ale w ostatniej chwili, przysparzając tym samym sobie i mi mnóstwo stresu. Tłumaczyła, ze to dziecka nie ma z kim zostawić, a to teściowa zaniemogła, a to jeszcze coś innego... Rozumiałam.. dopóki nie dowiedziałam się, że teściowa ma się dobrze.. mało tego, w tym czasie była z jej dzieckiem na 3 tygodniowym wyjeździe na Mazurach. Cóż takiego zajmowało moją współpracownicę w tym czasie wie tylko ona. I generalnie mnie to nie interesuje. Więcej się na współpracę z nią nie będę pisać. Ale do czego zmierzam...


Moja doba ma tyle samo godzin co Twoja.


      Nie znoszę, kiedy ludzie wykręcają się brakiem czasu. Po jakie licho decydujesz się na jakąś działalność, jeśli wiesz, ze i tak już jesteś zawalony pod korek? Po jakie licho pchasz się gdzieś, jeśli robisz to z źle pojętego poczucia obowiązku, lub prymitywnej chęci zaistnienia? Może ja jestem jakaś inna, ale nie decyduję się na działania, na które nie znajdę czasu. Na które nie mam ochoty. Szanuję swój czas i czas innych osób.
      Znajomi często pytają mnie co ja robię, ze moja doba jest dłuższa niż ich. Odpowiadam NIC. Moja doba ma tyle samo godzin! Zwyczajnie nauczyłam się gospodarować czasem. Wiem ile go mam i co mam zrobić. Może nie działam według sztywnego planu, ale staram się, by rzeczy nie spadały mi na dzień następny!



Wszystko jest kwestią priorytetów


      Nie oszukujmy się.. są rzeczy, które musimy.. czy też dla własnego zdrowia psychicznego i fizycznego powinniśmy robić: spać, jeść, zarabiać pieniądze. Cała reszta to już kwestia pirorytetów. Dla jednego priorytetem będzie poleżeć po pracy, dla innego zobaczyć/dowiedzieć się czegoś nowego. Dla jednego priorytetem będzie on sam i własny rozwój.. inny swoje życie podporządkuje rodzinie. I wiecie? Tu jest pies pogrzebany.. w naszych priorytetach. Jeden czytanie książek uzna za zbędne.. i wykręci się brakiem czasu, zmęczeniem lub tłumaczeniem, ze jego to nie interesuje, bo on już wszystko co powinien to wie! Dla innego taki stan rzeczy będzie nie do pomyślenia, bo kocha czytać i chłonie słowa jak gąbka. Jeden będzie spędzał godziny na siłowni i wylewał hektolitry potu, by jego ciało osiągnęło pożądany kształt. A inny machnie na to ręką i pójdzie zbierać grzyby, po czym zrobi z nich wysokokaloryczny sos ze śmietana, w dodatku O ZGROZO! zagęszczany mąką i wszamie ze smakiem jako dodatek do klusek śląskich! Priorytety! Priorytety i świadome życie... wiedza, po co żyję i czego chcę od tego mojego życia. Dlatego... nie pcham się tam, gdzie wiem, że będzie mi niewygodnie. Bo wiem, jak to się skończy! Wymówkami, wymigiwaniem się brakiem czasu i odkładaniem czegoś do ostatniej chwili.. Swoją drogą mam tak z wszelkimi urzędowymi sprawami... NIENAWIDZĘ URZĘDÓW!

W razie awarii odkryjesz.. że masz mnóstwo czasu by gasić pożar.

      Żyjąc świadomie warto pamiętać.. że zawsze może się zdarzyć awaria. Coś nieprzewidywalnego, coś na co nie do końca mamy wpływ i co wtedy? Wtedy odkrywamy, że mamy mnóstwo czasu na rzeczy, których normalnie unikamy. Które odkładamy, od których się wymigujemy. I trzeba będzie podwiedzać urzędy, trzeba będzie odwiedzać siłownię, trzeba będzie w każdej wolnej chwili czytać i poszerzać wiedzę. Dlaczego? Bo Twoja hierarchia wartości wywróci się do góry nogami. Bo nagle odkryjesz, że to, co skupiało Twoją uwagę do tej pory przestanie mieć znaczenie, bo uznasz to za błahostki zjadające czas... Swoją drogą ja mam tak ostatnio z blogiem.. pierwszy raz stanęłam w obliczu dylematu pisać dalej czy nie... cóż. Priorytety!





      Bardzo jestem ciekawa Waszej opinii na ten temat! Jak to jest u Was.. żyjecie świadomie. Świadomie podejmujecie decyzje.. czy płyniecie z prądem i czekacie, gdzie Was zaniesie. Wykręcacie się brakiem czasu, jeśli nie chce Wam się czegoś robić? Zdarza Wam się wejść w jakiś projekt by po chwili odkryć, ze to kompletnie nie Wasza bajka? Zżera mnie ciekawość Piszcie!!! A jeśli bylibyście zainteresowani moimi sposobami na zwiększenie ilości czasu to zapraszam do jednego z moich poprzednich postów o Jak zwiększyć ilość wolnego czasu .. znajdziecie tam moje triki. Zapraszam!
      A tym czasem idę się pakować. Jutro bladym świtem jedziemy do mojego azylu. Ahh.. brzoskwinie, gruszki, borówki, śliwki.. wszystko czeka! A nade wszystko czekają konie i moja ukochana Wisła!
Fantastycznego weekendu Wam życzę!





Kulturalni ulubieńcy odc. 24 - Lipiec 2018

Kulturalni ulubieńcy odc. 24 - Lipiec 2018



      No to lipiec za nami! Lato w pełni. Tropiki jak w Afryce, plus wysoka wilgotność mnie osobiście zabijają. Nienawidzę takiej pogody całym swoim jestestwem. W niedzielę jak przyszła do nas burza.. to lało i błyskało grubo ponad dwie godziny.. Czekam z utęsknieniem na wrzesień .. wtedy złapię oddech. Ufff... Kultura! Nie wiem jak u Was, ale ja jak sa upały, to nie mam ochoty na nic... najchętniej leże i robię NIC! Na szczęście coś tam mi się udało znaleźć!


1. Piosenka miesiąca


      W lipcu rządził u mnie Justin Timberlake! Jego najnowsza płyta grała mi w uszach niemal non stop. No lubię gościa! Płyta Man of the woods doskonale trafia w moje gusta. Piosenkę "Say something" już chyba na bloga wrzucałam ale.. co ja poradzę, ze się nią jaram! A teledysk to mistrzostwo świata. Jestem niemal pewna, że był inspiracją do teledysku do tegorocznego singla promującego Męskie Granie... zdecydowanie widzę wielką inspirację!



2. Książka miesiąca


      Nikogo nie zaskoczę, ale książką miesiąca ogłaszam A ja żem jej powiedziała Kaśki Nosowskiej! Na blogu pojawiła się recenzja, więc tylko zostawię LINK .. Zapraszam do czytania!



3. Film/serial miesiąca


      Tiaaa... niemal cały lipiec miałam małych gości! Przyjechały dzieciaki i cóż... na tapecie były: gwiezdne wojny, Transformery i tym podobne sprawy.. Pomijam już fakt, ze od dwóch/trzech miesięcy walczę z Orange o przywrócenie normalnego transferu danych... Jeśli ktoś z nimi wojował to wie.. że ta walka przypomina walenie głową w mur. Zgłaszasz kolejne awarie/reklamacje... oni przyjmują niby robią a zmian nie ma żadnych! Przy takiej prędkości jak mam obecnie oglądanie czegokolwiek w sieci.... cóż, wróciłam do początku tego wieku. Wrrrrr....


4. Cytat miesiąca


      Długo się zastanawiałam CO wrzucić... jakie przemyślenie... jaką może inspirację. I postawię na Kaśkę Nosowską! Na jej słowa o cichych dniach... dniach, które zabijają relację, które jeśli jest ich za dużo, zamieniają się w tygodnie.. miesiące i lata. Warto siedzieć cicho?




      To by było na tyle ode mnie. Jak zwykle zapraszam do komentowania! Może polecicie mi jakieś fajne książki do czytania? Nie czytam kryminałów, horrorów itp. ale inne gatunki dlaczego nie!


Serdeczności!





Wykręty czyli dlaczego wciskamy sobie i innym kity!

Wykręty czyli dlaczego wciskamy sobie i innym kity!



      Znasz ten stan, kiedy wiesz, ze powinieneś coś zrobić, ale Ci się nie chce? Ja znam go doskonale. Szczególnie, jeśli chodzi o aktywność fizyczną wszelaką! Wiadomo, ze dla zdrowia nie powinnam tego robić prawda? No więc właśnie! Dziś przychodzę do Was ze złotą piątką moich wykrętów. I jestem ciekawa.. czy je znacie i czy one pojawiają się w Waszym życiu. To co? Zaczynamy!


1. Nie mam czasu


      Tiaaa... mój ulubiony chyba! Nie mam czasu na sprzątanie. Nie miałam czasu zrobić obiadu. No wiesz, nie bardzo teraz mam czas się z Tobą umówić! A jak przeważnie jest naprawdę? Nie mam czasu posprzątać.. ale mam czas pół godziny bezrefleksyjnie scrolować instagrama. Nie miałam czasu ugotować obiadu.. ale obejrzałam trzy odcinki nowego serialu. Nie mam czasu się z tobą spotkać.. ale tak naprawdę to nie chcę, ale nie mam odwagi ci tego powiedzieć. Brak czasu jest doskonałym wykrętem nie?

2. Już takie mój los


      Nie mogę schudnąć, bo u mnie tusza jest genetyczna/bo mam chorą tarczycę. Znów mi się nie udało.. no taki mój los. Taaakk... zwalanie na los jest idealne! Los się nie odgryzie, los nie powie do mnie: Głupia Babo, zamiast szukać wymówek to zacznij o siebie dbać. Porzuć postawę uciśnionej męczenniczki.. ani to pożyteczne, ani zdrowe! (tak między nami, to powinam od losu coś takiego usłyszeć na pewnym etapie mojego życia).
      Znów wykorzystali w pracy... no taki już mój los! A gówno tam! Jak pozwalam po sobie jeździć i sama siebie nie szanuję.. to dlaczego inni mają mnie szanować? To, że jestem traktowana jak popychadło.. to taki już mój los.. czy może jednak wybór, bo tak łatwiej usprawiedliwiać niepowodzenia?

3. Nie mogę przyjść bo... i tu wpisz co chcesz


      Ile razy zdarzyło mi się nie iść na imprezę, bo wydawało mi się, ze wyglądam jak kupa. To był oczywiście wymysł mojego otumanionego przez kompleksy umysłu.. ale wiecie.. Jak sobie baba coś do głowy wbije (albo nieprzychylni jej wbiją), to nie ma pomiłuj! Nie będzie widziała w lustrze siebie.. tylko jakiś wykrzywiony obraz. Cóż... wiele razy nie mogłam przyjsć.. kiedy mogłam. Dziś tego żałuję! Dlatego nie szukaj wymówek, by gdzieś nie iść. Idź.. smakuj życie.. ono jest za krótkie by wegetować w gąszczu złych myśli.

4. Prościej się nie odzywać


      O taaakkk... to najłatwiejsze. Nie zgadzam się z kimś. uważam, ze zrobił mi krzywdę, ale uparcie milczę. Pytanie.. dlaczego? Bo tak łatwiej? Bo w ten sposób unikam konfrontacji? Pytanie tylko jakim kosztem? Pamiętam kiedyś jechałam autobusem linii 190 do domu. Było w nim dość luźno, ale miejsca były pozajmowane. Jedno było wolne.. Ale jakaś starsza pani postawiła na nim zakupy. Mimo że byłam skonana nie podeszłam i nie poprosiłam, żeby je zdjęła. Nie chciałam konfrontacji. Zakupy jechały na siedzeniu, a ja ledwo na nogach stałam. A potem biernie obserwowałam, jak do tej pani podchodzi mężczyzna i grzecznie prosi, żeby zdjęła zakupy, bo on chce usiąść. Babka zaczęła coś mamrotać o ubrudzeniu torby, ale facet zgasił ją jednym tekstem "czy zakupy zapłaciły za bilet, ze zajmują osobne siedzenie, jeśli nie, to proszę je zabrać". Babka jak niepyszna postawiła siaty na kolanach. Powiecie bezczelny facet? Nie uważam tak.. był bardzo grzeczny, tylko asertywny.


5. Jutro to zacznę, jutro to zrobię


      O tak... mityczne jutro! Mityczna kraina, gdzie znikają wszystkie niewygodne postanowienia. Te małe, jaki i te duże. Te osobiste i te zawodowe. Wszystkie. Wszystko zaczynamy od jutra... Czasem nawet żyć zaczynamy od jutra! Od jutra przestanę jeść czekoladę... Od jutra zacznę biegać.. Od jutra zacznę porządki w szafie. Jutro... ono przyjmie wszystko. Jak my na tym wychodzimy? Ano jak  nie przymierzając Zabłocki na mydle!


      To mój Top 5! Najczęstsze wymówki... usprawiedliwienia, by czegoś nie robić, by gdzieś nie iść! Dziś już tak często ich nie używam.. ale kiedyś? To były wygodne powody by nie wychylać się ze skorupy! By nie wychodzić poza strefę komfortu.. by nie iść tam, gdzie było coś nowego. Znasz ten stan? Używasz wymówek?

Jak zawsze zapraszam do wyrażania myśli!!!




Przyzwyczajenia .. czyli czas zerwać z rutyną!

Przyzwyczajenia .. czyli czas zerwać z rutyną!



      Nie lubię rutyny. Jasne, ona ma swoje dobre strony, wykonywanie pewnych czynności codziennie może nam wiele dać. Ale co.. jeśli dni upodabniają się do siebie tak, że jestem wstanie określić co będę robiła za trzy tygodnie o tej porze? Czy rutyna nie zabija ciekawości świata? Czy rutyna nie zabija kreatywności? Inwencji? Chęci rozwija nia się i poznawania nowych rzeczy? Czy przyzwyczajenia, tak bezpieczne bo przewidywalne, nie sa tak naprawdę kulami, które przykuwają nas do ziemi? Jak to jest?


      Jakiś czas temu pisałam o moich nawykach, nadal uważam, że to co sobie wypracowałam przynosi mi mnóstwo korzyści.. ALE... Nie chciałabym, żeby przyzwyczajenia zaczęły rządzić moim życiem. Dlatego kiedy zauważyłam u siebie niepokojącą skłonność do wypracowywania coraz to nowych nawyków, powiedziałam sobie PRRR STOP! Przecież nie chcę spędzić życia na jakimś cholernym autopilocie! Nie chcę, by życie przemykało gdzieś obok mnie, kiedy sama będę rutynowo wykonywać kolejne rzeczy. No nie o to w tym chodzi prawda? Nie chcę, żeby wypracowane nawyki, które siłą rzeczy zmieniają się w przyzwyczajenie przejęły kontrolę nad moimi wyborami.. czy to jeśli chodzi o modę, styl życia, kuchnię czy nawet czas wolny. No nie tędy droga!

Przyzwyczajenia zabijają ciekawość


      Arystoteles powiedział: "Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka." Nie sposób się z tym nie zgodzić. Przyzwyczajenie jest bezpieczne, przewidywalne.. Ale też w żaden sposób nas nie rozwija. Zabija w nas ciekawość, zabija w nas dziecięca radość i zamienia w bezrozumnego robota. Wbrew temu co podpowiada nam natura (żywo zainteresowana naszym przetrwaniem a nie szczęściem), przyzwyczajenia nie są naszym przeznaczeniem... To że starsza pani kupuje ser zawsze w tym samym sklepie.. bo się przyzwyczaiła, nie oznacza że nie mogłaby wyłamać się z rutyny i iśc gdzie indziej. To, że uparłaś się chodzić tylko w czarnym i przyzwyczaiłaś się do siebie "całej na czarno", nie oznacza, że w czerwieni nie będziesz wyglądać o niebo lepiej. Przyzwyczajenia są naszymi wyborami.. a nie przeznaczeniem. Warto o tym pamiętać.


Rutyna w związku


      Dwoje ludzi ona.. menadżerka projektów.. on urzędnik państwowy wysokiego szczebla.. dzieci brak. Wstają, jedzą śniadanie (albo nie), pędzą do pracy. Po pracy obiad, szybkie sprzątanie i oglądają seriale na Netflixie. Potem prysznic, szybki sex (albo nie) i spać. I tak pięć dni w tygodniu. Urozmaicenia? W poniedziałki i środy on idzie na siłownię a ona na poledance. W piątek ida razem na basen. W weekendy śpią do południa, potem obiad u mamy. Jakieś rutynowe spotkanie ze znajomymi. I to tyle... Rytyna... bezpieczna... przewidywalna.. zabijająca wszelką namiętność. Niby się kochają.. ale kiedy zdarza się okazja.. to i ona i ona robią skok w bok.... Ona i on... Chcesz być taki sam?
      Rutyna .. dla mnie to najgorsze co się może przydarzyć. Czy ona może być w związku czymś dobrym? Czy może jest dla wielu wygodna... nie trzeba się starać, nie trzeba właściwie nic siebie dawać. Wystarczy przestrzegać rytuału... Tylko gdzie w tym miejsce na smakowanie życia... przecież takie życie to nic innego jak wegetacja! Brrrrrrrr

Ciekawość zabija przyzwyczajenia


      No to jak to jest? To ciekawość zabija czy jest zabijana? Ano zależy który aspekt wygra bitwę w naszym umyśle. Jeśli ciekawość.. to przełamiemy się i wyjdziemy poza bezpieczny krąg naszych przyzwyczajeń. Jasne możemy się sparzyć, może nam się coś nie udać.. ale kurde! Nowych doświadczeń nam nikt nie zabierze. W jednej z książek o treningu uważności przeczytałam, że przyzwyczajenia są jak psy pasterskie, które pilnują naszego umysłu. Tylko ciekawość świata i chęć rozwoju może nam pomóc się od nich uwolnić. Dlatego:


  • postanowiłam skrócić czas pracy o pół godziny
  • jem posiłki przy innym stole, albo na innym krześle
  • czasem się zatrzymuję, gapię się w niebo i świadomie oddycham
  • chodzę do innych sklepów
  • zmieniam trasy poruszania się
  • próbuję nowych smaków
  • szukam nowych kontaktów z ludźmi
  • czytam inne książki niż zazwyczaj

      To pierdoły, ja to wiem. Ale te wszystkie małe zmiany pomagają mi żyć uważniej. Przełamywać schematy, które utrudniają mi życie. Wreszcie zwracać uwagę na rzeczy małe.. bo jak wielokrotnie tu pisałam... to w małych rzeczach tkwi istota bycia szczęśliwym!

Jak to jest u Was z rutyną? Zauważacie ją w Waszym życiu?
A może jedziecie na całkowitym spontanie!





Wolność... tej w umyśle nie obierze Ci nikt, jeśli sam na to nie pozwolisz.

Wolność... tej w umyśle nie obierze Ci nikt, jeśli sam na to nie pozwolisz.



      Dziś przychodzę do Was z tekstem innym.. może dla nie których trudnym. Może niektórzy się oburzą i uznają mnie za wariatkę. Temat dojrzewa we mnie od dłuższego czasu i nie ukrywam, robiłam kilka podejść, by przelać na papier to co czuję. Ale w końcu gdzie jak nie tu?
      Wolność.. czy my ją faktycznie mamy? Czy żyjemy w wolnym kraju? Czy ludzie są tu wolni? Czy mając kredyt na karku jest się wolnym? Czy oddając państwu znaczną część dochodu jesteśmy wolni? Czy jeśli nie mamy wyboru w wielu sprawach to jesteśmy wolni? Czy jeśli nerwowo reagujemy na myśl o odłożeniu na kilka godzin telefonu to jesteśmy wolni?Wreszcie.. czy nie czujecie tak jak ja.. że ktoś na naszą wolną wolę czyha? Myślicie, że to paranoja? teorie spiskowe?


Czy czujesz się wolny?

      Moja odpowiedź na to pytanie brzmi i tak i nie.

      Jeśli chodzi o gospodarkę i faworyzowanie kapitału zagranicznego i wielkich koncernów. O to co mogę, a czego nie mogę jeśli chodzi o ubezpieczenia i podatki. Tu czuję się ubezwłasnowolniona do granic niemal. Bo nie mogę zrezygnować ze złodziejskiego ZUSu i na siebie wziąć ryzyka z czego będę żyła na starość.. teraz muszę odkładać podwójnie, bo ZUS obowiązkowy.A ja jestem niemal pewna, że za parę lat kasy na emerytury nie będzie. Albo emerytury będą jeszcze bardziej głodowe niż teraz. Tak samo sytuacja przedstawia się, jeśli chodzi o ubezpieczenie zdrowotne. Niby zdzierają ze mnie haracz co miesiąc. A ja i tak, chcąc mieć szybki dostęp do specjalistów muszę ubezpieczyć się prywatnie. Czyli znów płacę podwójnie. Bo zwyczajnie nie stać mnie czekać miesiącami albo latami, żeby się do specjalisty dostać! Podobnie jest z obroną osobistą. Nie mogę kupić broni do obrony. Bandyta i złodziej ma ją nielegalnie. Ja potencjalna ofiara nie mam żadnej możliwości obrony. Nawet jak łobuza zdzielę patelnią, to mnie będą po sądach ciągać.. czy rzeczywiście musiałam to zrobić. I będę się tłumaczyć, dlaczego go walnęłam, zamiast się dać zabić/zgwałcić/okraść w swoim własnym domu. Albo mi Bellę zabiorą na obserwację, bo łobuza ugryzła. Nie będą się jego pytać, po co łazi po cudzym terenie. Będą się pytać mnie, dlaczego pies zaatakował! Więc nie.. nie czuję się w tych obszarach wolnym człowiekiem.


A blogosfera.. czy tutaj jest wolność??


      Okazuje się, że nie do końca. Dlaczego? Niby można pisać co się chce, jak chce i kiedy chce, ale jednocześnie...twórcy jak mało kto, są przeczuleni na punkcie własnego ego. Niezwykle rzadko dopuszczają krytykę, często każde krytyczne słowo odbierają jako atak.. jak modny w tym kraju "hejt". Dla nich: "czytałam ostatnio w prasie amerykańskiej, że ta substancja zostaje wycofana z użytku, bo została uznana za szkodliwą. Więc nie do końca jest jak piszesz.".. jest równoznaczne z  "O fucka, ale żenada! Weź ty się lepiej zajmij lepieniem garnków, a nie pisaniem o kosmetykach." Masz inne zdanie? Nie do końca jesteś pożądany, bo psujesz idealny wizerunek, Twoje niewygodne komentarze zostają usunięte. Nie daj Boże próbujesz swojego zdania bronić.. to już w ogóle.. bufon z Ciebie, czepiasz się i zaczynają się personalne wycieczki. Blogerzy na swoich blogach, tak jak na Instagramie (o czym pisałam: TU) nakładają sobie filtry.. jak coś jest niewygodne, jak komentator jest niewygodny to... wiadomo:nakładam filtr i kasuję, blokuję i PUFFF nie ma.


Więc gdzie ta wolność..??



      Ja swoją mam w umyśle. Tego co tam jest, nikt nie jest mi wstanie zabrać. Nikt tego nie zatruje, jeśli mu na to nie pozwolę! I ja pozwolić nie mam zamiaru. Nikt mnie nie zmusi, żebym dobrowolnie z wolności zrezygnowała. Moja mama powiedziała mi kiedyś: "córeńko czytaj, rozwijaj się, tego co będziesz miała w głowie nikt ci nie zabierze. Nie pozwól, by cokolwiek cię zniewoliło." I ja się tego trzymam! Idę przez życie z otwartą głową, chłonę doznania jak gąbka. Nie pozwoliłam, by cokolwiek miał nade mną władzę. Nigdy nie miałam żadnych nałogów. Nie próbowałam narkotyków, w życiu nie miałam w ustach papierosa. Nie uzależniłam się od żadnej gry. Internet to dla mnie narzędzie jak każde inne. Nie mam przyspawanego do reki telefonu i nie podskakuję nerwowo na każde jego pipnięcie. Nie wierzę w to, co mówią mi ci, co się obwołali autorytetami. Zawsze staram się sprawdzić źródło. A jak źródła nie ma, to z zasady uznaję, że coś zostało wymyślone by dezinformować... a z moich doświadczeń wynika.. że im większy medialny autorytet, tym większa szansa na wykrzywienie rzeczywistości. Niestety...

Dlatego nie dopuszczam do mojego umysłu śmieci. Mój umysł .. moja twierdza!

Jak to jest z Wami?
Czujecie się wolni?
A może jesteście wstanie zrezygnować z wolności na rzecz bezpieczeństwa?

Piszcie śmiało!




Instagram.. jedno z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci..

Instagram.. jedno z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci..

samotność a sieć


      Ostatnio na jednej z grup facebookowych wywiązała się ciekawa dyskusja odnośnie instagrama i tego, jak wpływa on na użytkowników o słabszej konstrukcji psychicznej. Poszperałam trochę i wniosek nasuwa się sam.. Instagram jest jednym z najbardziej depresjogennych miejsc w sieci. Skąd to się bierze zapytacie? Na sto procent pewności nie mam.. ale mam swoją teorię!


      Bo jak wyglądają nasze dni? Wstajemy, pierwsza rzecz, sięgamy po telefon. Sprawdzamy co w świecie, co nowego na insta i fejsie. A tam nie daj Boże, jakiś negatywny komentarz, ktoś nam wytknął, że mamy za duży nos. Albo co gorsza nie ma nic! Żadnych reakcji! A przecież tak się staramy! Inspirujemy lepszymi od nas... tiaaa

      W wyidealizowanym świecie pojedynczych momentów, w pewien sposób kreujemy sztuczny obraz.. pokazujemy ideał. Ideał, który nijak się ma do rzeczywistości. I czy to instagram, czy facebook.. czy nawet blogi! Bo czy pokazujesz na insta swoją twarz, jeśli masz (na ogół urojony) kompleks za dużych ust/za małych oczu/pucołowatych policzków? No nie! Pokażesz świetne nogi, albo piękne włosy. Pokażesz swoje atuty. Prawda? Osoba oglądające westchnie: jeny jaka piękna dziewczyna.. ona to ma życie! Może zakrzykniesz że skąd, mnie to nie dotyczy! Cóż.. może jesteś silniejszy od wielu. Mam taką znajomą. Wspaniała matka, żona, a jednocześnie spełniająca się zawodowo kobieta. I ona mi ostatnio powiedziała, że jak czasem scroluje instagrama, to chce się jej wyć. Bo wszędzie te piękne wymuskane wnętrza, pięknie podane dania i uśmiechnięte czyściutkie dzieci. Ona jest świadoma tego, że to ułuda.. ale i tak te zdjęcia wpływają na nią negatywnie. Bo u niej w domu tego nie ma. Jak posprząta to za pięć minut dzieciaki nabałaganią, a ukochany pies rozniesie sierść. I mimo wsparcia męża.. jakiś wewnętrzny diabeł ją dołuje. I czuje się taka kiepska, taka samotna.


Idealny świat.. idealny feed.. idealnie aż do bólu?



      Powiecie.. ja tak nie jestem! Patrzę i motywuję się, i dążę, by też mieć idealny profil ze spójnym feedem. Okej.. może i tak jest! Tyle, że nie wszyscy są silni! Jeśli ktoś ma kłopoty z samooceną, samotnością, nie ma wsparcia to ... Cóż.. To się zaczyna obsesyjne scrolowanie instagrama, oglądanie idealnych zdjęć.. potem jest spadek nastroju, a w najgorszych przypadkach zaczyna się choroba duszy: depresja. Bo ta osoba, zamiast cieszyć się życiem, nawiązywać realne kontakty, patrzy w okienko, gdzie ma sztuczny świat. Zatraca umiejętność bycia "tu i teraz", na rzecz bycia tam.. w świecie idealnych obrazków. Jakie to dla niej stresujące wie już ona sama. Ale nie może przestać, nie umie  inaczej. Lubi patrzeć na idealne obrazki i nieważne jest to, że te obrazki źle na nią wpływają. Ona w jakiś perwersyjny sposób chce na nie patrzeć...


Najgorsze w tym wszystkim jest to, że najbardziej cierpią młodzi!


      Wiecie.. jak patrzę na dzisiejsze czasy, to cieszę się, ze urodziłam się w erze analogowej. Gdzie sam musiałam o siebie zadbać. Gdzie rodzice nie bali się mnie na cały dzień puscić na miasto. Gdzie kiedy przychodziły wakacje to się wychodziło rano z domu, wpadało na obiad i gnało z bandą ponownie. Gdzie nie miałam telefonu komórkowego i pełnego dostępu do internetu. Nie byłam wystawiona na ryzyko, jakim jest uwierzenie, że socjal media oddają rzeczywistość. W jednym a artykułów jakie przeczytałam, była wypowiedź psychoterapeuty:

– Instagram to zmora moich pacjentów. Patrząc tylko z perspektywy psychoterapeuty marzyłabym o tym, by został  zlikwidowany – mówi Katarzyna Kucewicz, psycholog. – Choć pozwala uchwycić i zatrzymać chwile, dzielić się z innymi wspomnieniami, to ma jeden wielki mankament: jego użytkownicy nakładają filtry na zdjęcia, odchudzają swoje i tak już smukłe ciała, dorabiają na nich mięśnie, których w realu nie mają. Ten retusz wypacza nam estetykę. Chora pogoń za doskonałością może się skończyć brakiem pewności siebie, depresją, chęcią izolacji – dodaje psycholog. żródło: http://www.medonet.pl/


      Instagram.. festiwal próżności, nastawiony na autopromocję.. groźny, bo podstępny. I warto o tym pamiętać nawet jeśli się jest już dorosłym.. zwłaszcza wtedy, gdy się ma dzieci.

Jakie macie odczucia w tej sprawie?
Pamiętacie, ze ten idealny świat ze zdjęć to ułuda i kłamstwo?

Na koniec zapraszam Was na mojego.. nieidealnego, bez spójnego feedu INSTAGRAMA, bo mimo wszystko to fajne medium.. jeszcze, choć zmiany idą w niepokojącym kierunku.





Tego już za dużo narosło!! .. wdrażam program "Kilogramy precz!"

Tego już za dużo narosło!! .. wdrażam program "Kilogramy precz!"



      Miało być dziś o czym innym.. ale perę dni temu weszłam na wagę i moje przerażenie sięgnęło zenitu! Noż kurrr... skąd te kilogramy ja się pytam!? Czułam, że mi przybyło tu i tam, ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadzało. aż do momentu, kiedy chciałam się wcisnąć w zeszłoroczne szorty! Zapięłam się a jakże.. ale co mi się po bokach wylało to moje!  To przelało czarę goryczy! Dieta!!

      Nie znam chyba kobiety, która jest w pełni zadowolona ze swojego wyglądu. Mało tego.. im kobiety lepiej wyglądają, tym więcej mankamentów w sobie widzą. Tu fałdka, tam pryszcz, tu za krótko, tam za długo.. Należę do tej grupy, która ma problemy z nadmiarowymi kilogramami. Może nie jest ich jakoś masakrycznie dużo.. ale mimo wszystko zdecydowanie za dużo. Dlatego cóż... postanowiłam je zrzucić. Wiem, że w moim słusznym już wieku nie będzie łatwo ale co mi tam!

      Jako że u mnie z dietą i ćwiczeniami.. SZCZEGÓLNIE ćwiczeniami, to trzeba ostrożnie, to pomaszerowałam do mojego fizjoterapeuty po wytyczne. Powyginał mnie, pomacał.. wydał zgodę na jazdę na rowerze i lekkie ćwiczenia na mięśnie brzucha z zastrzeżeniem, ze one mają być w parterze. Żadnych gwałtownych wymachów, skoków, trampolin i co tam jeszcze jest teraz modne! Cóż... muszę to przeżyć! Najlepiej byłoby jakbym poszła na wodny aerobik.. ale niestety na mojej wsi tego nie uświadczysz. Choć w sumie zastanawiam się, czy nie zmusić Pana M., żeby jeździł ze mną ze dwa razy w tygodniu.. On sobie popływa, a ja porobię wymachy w basenie. Kwestia do dogadanie co nie? Rozważamy też zakup orbitreka. Może macie jakieś doświadczenia z tym sprzętem? Polecicie jakiś dobry model?

      Poszłam też do dietetyka.. a jakże! Do tej samej pani, u której już kiedyś byłam. Wysłała mnie na badania.. cóż! To dobrze o niej świadczy co nie? W przyszłym tygodniu idę z kompletem wyników i ułoży mi jadłospis! Także ten... żegnajcie świeże bułeczki, żegnaj biały chlebusiu, żegnajcie ciasteczka! .. Ehhh! Nic! Wszystko dla zdrowia!

Trzymajcie kciuki!!!!




     
Copyright © 2014 Draqilka.. rozwijajmy się razem , Blogger