Katarzyna Olubińska Kobieta w wielkim mieście .. czytam bo lubię #11

Katarzyna Olubińska Kobieta w wielkim mieście .. czytam bo lubię #11

"Każda kobieta to osobna galaktyka. Za każdą z nas kryje się niesamowita historia, również zmagania. Jednak czy w wielkim, czy w małym mieście jesteśmy wyjątkowe i bardzo do siebie podobne. Chciałabym, żeby ta książka była dla ciebie bliskim spotkaniem jak z przyjaciółką, z którą jest dobrze pobyć razem, z kubkiem kawy, w wygodnym fotelu, bez pośpiechu, hałasu i ocen. Spotkaniem, które rozgrzewa serce i podnosi na duchu." Katarzyna Olubińska

Kobieta w wielkim mieście

      "Każda kobieta to osobna galaktyka" .. czytamy na okładce Kobiety w wielkim mieście. I tak dokładnie jest. Taki obraz wyłania się z kart tej książki. Osiem niesamowitych kobiet, osiem niesamowitych historii.. wreszcie osiem niesamowitych rozmów, obok których nie da się przejść obojętnie. Osiem wywiadów, które nie zostawiają nas z niczym, wręcz przeciwnie. Zmuszają nas do refleksji, do zadania sobie własnych pytań.
      Nie czytało mi się łatwo. Mimo że bardzo lubię styl pisania Katarzyny Olubińskiej, to jednak wywiady wywoływały we mnie natłok różnych myśli.  Po każdym potrzebowałam przerwy.. przemyślenia. Czy to dobrze? Oczywiście! To według mnie niesamowita siła tej pozycji. Niby czytasz, jest przyjemnie i nagle BUM jakieś zdanie wali cię między oczy. Ja to bardzo lubię.
Wisienką na torcie tej książki jest sama autorka i jej historia. Kiedy Katarzyna Olubińska opowiada o swoim młodszym bracie łzy płyną same. Kiedy opowiada o babci i mamie człowiek jednocześnie uśmiecha się i ociera łzy. Niesamowite nie?



      Pomyślisz sobie... ale Olubińska to dużo o Bogu w swoich książkach o Bogu pisze. To prawda. Bóg jest jej siłą, wiec dlaczego ma o nim nie pisać? Podobnie jest z jej bohaterkami. Widzisz.. żyjemy w dziwnych czasach. Czasach, kiedy przyznawanie się bo Boga jest passe. Kiedy wywołuje głupi uśmieszek i często gęsto wjeżdżają teksty o księżach pedofilach. Jeśli tak myślisz, to tym bardziej sięgnij po książkę "Kobieta w wielkim mieście".. może zmienisz zdanie, może spojrzysz na wiarę i wierzących z innej perspektywy. Nie tej wykrzywionej w przekazie medialnym, tej nastawionej tylko na czarne owce (w każdej społeczności takie są i ja tego nie neguję!), a w tej dobrej. Gdzie Bóg to dobro i miłość.. gdzie wiara daje niesamowitą siłę.



      Jeśli lubisz czytać rozmowy ciekawych ludzi. Jeśli poszukujesz w życiu jakiegoś drogowskazu. Wreszcie jeśli szukasz inspiracji.. to to jest lektura obowiązkowa. Na każdej stronie padają niesamowite słowa. Z każdej strony wydziera się wręcz wybuchowa mieszanka siły i wrażliwości. .. którą ja osobiście nazywam kobiecością. Bo widzisz.. z każdej strony Kobiety w wielkim mieście kobiecość bije. Powiesz.. to nie dla ciebie! Jestem silna, niezależna? A jak myślisz.. czy Joanna Jędrzejczyk jest słaba? Czy Anie Karwan nazwiesz słabą? To są niesamowicie silne kobiety! Silne swoją kobiecością!

W mojej prywatnej skali: 8/10


Przestań mnie dręczyć głupotami.. czyli co ma operacja na otwartym sercu do krzywych zebów.

Przestań mnie dręczyć głupotami.. czyli co ma operacja na otwartym sercu do krzywych zebów.

      "Dziewczyno daj mi święty spokój! Mam tatę w szpitalu na OIOMie! W dupie mam twój problem z zębami! Słyszę o nich od roku. Nic z tym nie zrobiłaś tylko gadasz i użalasz się nad sobą. Idź i poszukaj kogoś podobnego do siebie i poużalacie się nad sobą wspólnie. Bo ja mam zwyczajnie dość." Mniej więcej to usłyszała ode mnie jedna moja współpracowniczka z firmy. Tak wiem, byłam mało delikatna, ale moja cierpliwość się skończyła. Skończyła mi się wyrozumiałość dla głupiego babskiego gadania i użalania się nad sobą. Czy ja mam takiego pecha, czy przyciągam do siebie takie ofiary losu, które szukają osoby, żeby się wygadać? Czy może kobiety takie ogólnie są ... słabe i zakompleksione? Oby nie! 

Kiedy nie możesz zerwać znajomości


      Znasz to uczucie, kiedy kogoś niby lubisz, a jednocześnie ta osoba niesamowicie cię wkurza? Bo niby jak rozmawiasz z nią o dupie Maryni, to jest wszystko ok. Jednocześnie każdy poważniejszy temat kończy się spięciem. Dodatkowo masz wrażenie, że nie jesteście na tym samym etapie, jeśli chodzi o dojrzałość emocjonalną. Bo kiedy zestawiasz ze sobą problemy tej osoby i swoje, to ona wydaje ci się zwyczajnie niedojrzałym gówniarzem. Bo czym są krzywe zęby czy nogi, w porównaniu z  zagrożeniem życia kogoś bliskiego. Czym to jest w porównaniu z faktem, że nie możesz zajść w ciążę, że właśnie dostałaś okres więc się znów nie udało? No czym? Niczym! NICZYM! I masz ochotę śmiać się przez łzy słuchając utyskiwania młodej zdrowej osoby.. osoby, która poza gadaniem nie robi nic, by się swojego problemu pozbyć, by cokolwiek zmienić.

      Nie zrozum mnie źle, normalnie takie pierdoły spływają po mnie jak po kaczce. Zwyczajnie gówno mnie obchodzą czyjeś zęby. Przeszkadzają ci te zęby to idź do ortodonty i załóż aparat. Przeszkadza ci fałda na brzuchu/płaski tyłek? Zmień dietę i zacznij ćwiczyć. Działaj zamiast gadać! A przede wszystkim, zastanów się, czy twój problem nie jest urojony i nie maskuje czegoś poważniejszego. Bo jeśli tak jest, to najwyższa pora na dobrego psychologa, a nie użalanie się nad sobą. Psycholog to taki sam lekarz jak chirurg! Może pora na terapię, a nie mentalne kopanie siebie i zadręczanie znajomych.  Wiesz dlaczego? Bo to niewiele ci pomoże. Znajomi albo będą się nad tobą użalać razem z tobą.. co nic dobrego ci nie przyniesie, może poza chwilową poprawą nastroju. Albo powiedzą ci "zacznij działać, albo poszukaj profesjonalnej pomocy"... co z kolei niekoniecznie ci się spodoba. Z mojego doświadczenia wynika, że niewielu docenia szczerość.. ludzie na ogół reagują na nią agresją. Wolą jak się ich głaszcze i pociesza. Tylko ile można? Ile można kręcić się w koło? Choć nie... znam takich, co kręcą się tak calutkie życie.

      I taka jest ona.. moja (anty)bohaterka. Ma 40 lat i odkąd ją znam (a znam ją kilkanaście lat) jest sama. Oczywiście oficjalnie gra pewną siebie gwiazdę warszawskich salonów. Jak oglądałeś kiedykolwiek Seks w wielkim mieście, to znasz postać Samanty... no więc moja bohaterka gra oficjalnie trochę taką Samantę. Pewna siebie, przebojowa... Tylko jak ktoś zechce ją poobserwować znajdzie szybko rysy na idealnym wizerunku. "Muszę sobie poprawić zęby" "Myślisz, że powinnam powiększyć cycki?" "Mam fałdy na brzuchu." "Jak myślisz, mój tyłek nie jest za płaski?" .. Słyszę te zdania przy każdej możliwej okazji. Serio! I trafia mnie! Bo ileż można! Ja wiem, że to może być wołanie o pomoc. Tylko z drugiej strony, skoro woła o pomoc, to dlaczego tej pomocy nie przyjmuje. Tylko się obraża, przestaje odzywać na miesiąc i znów wraca z tą samą gadką. Potrzebuje pomocy, czy widowni, by dalej grać tragiczną postać? A może jak typowy wampir energetyczny żywi się cudzą energią? Cóż, tym razem źle trafiła.. Bo ja zwyczajnie straciłam cierpliwość do pierdół. Bo dla mnie jej wyimaginowane problemy to pierdoły. Jak się domyślacie.. znów się obraziła. Założyłam się sama ze sobą ile obraza majestatu potrwa tym razem.

      Rozmawialiśmy nawet o tej sytuacji z Panem M. (tak rozmawiamy o wszystkim.. no prawie). I doszliśmy do jednakowego wniosku. Oboje bardzo filtrujemy to co do nas dociera z sieci, to kogo obserwujemy i co czytamy. Tak samo jest w realnym życiu. Unikamy głupoty, bo zwyczajnie szkoda nam na nią czasu. Takie podejście trochę zakrzywia rzeczywistość. Bo człowiek wypiera ze świadomości fakt, że jednak większość społeczeństwa na co dzień żywi się banalnością, głupotą.. Że ludzie oglądają tv.. wierzą politykom i dziennikarzom. Baaa... naoglądają się "idealnych" ciał w sieci i zaczynają traktować swoje jak najgorszego wroga.
      Dalej idąc tą drogą... Jeśli ja siebie lubię, miałam cudownych wspierających rodziców, to nie znaczy, że wszyscy tak mają. Ot... filtrując treści i ludzi zapominam, że nie wszyscy są na tym poziomie rozwoju co ja. Możesz pomyśleć ze zadzieram nosa. nic bardziej mylnego! To naturalna kolej rzeczy. Ktoś kto nigdy nie był sparaliżowany, nie będzie wiedział jak to jest. Ktoś, kto nie stracił dziecka, nie ma pojęcia jakie towarzyszą temu emocje. Ktoś, kto nigdy nie poczuł jak to jest nie mieć na chleb, nie zrozumie czym jest głód. To nasze doświadczenia nas kształtują. To ode mnie zależy, czy jestem coraz silniejsza, czy też pogrążę się w bagnie porażek, kompleksów i krzywdzących mnie opinii. To od ciebie zależy czy skoncentrujesz się na głupotach, czy obierzesz cel i ruszysz w drogę. decyzji nikt za ciebie nie podejmie.
      Właśnie dlatego, nie mam wiele empatii dla osób, które miesiącami i latami użalają się nad sobą. Które poza tym użalaniem niczego nie robią. Nie robią choć jednego kroku do przodu. Wiem że to trudne. Że trudno znaleźć w sobie odwagę. Tylko może pora sobie odpowiedzieć na pytanie co jest gorsze... kisić się w toksycznym sosie, czy zaryzykować i z niego wyjść. Brutalna prawda jest taka.. jeśli sam o siebie nie dbasz, jeśli sam siebie nie szanujesz, to z jakiej paki inni mają to robić? Wymagasz szacunku sam nie szanując? Chcesz by cię szanowano, bo tak wypada? Zapomnij! Witamy w prawdziwym świecie!


To już trzy lata Mamo..

To już trzy lata Mamo..

      To był maj 2017. Na katastrofę zanosiło się już od kilku tygodni.. właściwie to od świąt Wielkiej Nocy. Mama właściwie z dnia na dzień opadła z sił, wyniki były katastrofalne. Jeszcze dała radę w Wielką Sobotę iść i pomodlić się przy Grobie Pańskim. I to był właściwie koniec jej aktywności na zewnątrz. Diagnoza lekarska druzgocąca: Leczenie zakończone, skierowanie do hospicjum. Jak jest dziś? Dziś wciąż pamiętam każdy szczegół z 11 maja, każdą minutę właściwie. Pamiętam moment śmierci, pamiętam mój krzyk, pamiętam rozpacz. Pamiętam i wciąż tęsknię.

trzecia rocznica śmierci


      Ja i mama.. To nie była łatwa relacja. Darłyśmy koty niemal o wszystko. Skrajnie różne, a jednocześnie tak do siebie podobne. Obie pewne siebie i uparte. Lubiłyśmy zupełnie inne rzeczy! Ona miała w sobie więcej wyrozumiałości.. cóż, była moją mamą i kochała mnie bezwarunkowo. Zawsze wiedziałam, że jeśli coś się stanie, to ona mi pomoże. Zawsze, nawet jak narozrabiałam niesamowicie. Mówiła co myśli, potrafiła natrzeć uszu, ale jednocześnie biła od niej tak niesamowita matczyna miłość. Ciepło i.. no wiesz o czym piszę! Mama to mama.

      Dziś mija trzy lata od śmierci. Wiesz? Nie było dnia, żebym nie pomyślała: kurde ciekawe co na to powiedziałaby mama. Wiąż ją wspominam. Mama to.. Mama tamto.. Myślisz, że to naturalne? Ja myślę że tak. Już dawno przekonałam się, że czas nie leczy ran. On tylko przyzwyczaja do bólu. I analogicznie z tęsknotą.. przyzwyczajamy się do niej. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi. to chyba tak jest. Jak myślisz? Jestem bardzo ciekawa, czy twoje spostrzeżenia.. przemyślenia są podobne.

Zobaczysz.. kiedyś będziesz chciała ze mną porozmawiać, a mnie już nie będzie.

      "Zobaczysz.. kiedyś będziesz chciała ze mną porozmawiać, a mnie już nie będzie." Te prorocze słowa mamy, które wykrzyczała kiedyś w gniewie odbijają mi się czkawką częściej niż myślisz. Myśl.. "ciekawe, co by powiedziała/zrobiła mama", pojawia się właściwie przy każdym większym problemie. I człowiek dostaje jak obuchem, bo wracają wspomnienia i nieprzegadane sprawy. Dokładnie tak! Wciąż sobie wyrzucam pewne rzeczy. Na logikę wiem, że tylko się niepotrzebnie kopię.. ale niestety czasem to silniejsze ode mnie. Wszak w miłości nie ma logiki prawda?

Tęsknota uderza zwłaszcza w trudnych momentach

      Tak wiem, ze jestem monotematyczna. Wiem, ze już o tym pisałam, ale kto mi zabroni powtórzyć? Mam teraz trudny okres... Kiedy kilka tyg temu mój ukochany tata szedł na operację.. Kiedy w panice czekałam na jakiekolwiek wieści.. Kiedy ze strachu wypłakiwałam sobie oczy.. Raz za razem w mojej duszy rozlegał się krzyk: CHCE DO MAMY! Możecie się śmiać! Ja mam już 38 lat, a i tak w chwili paniki chciałam do mamy. Do tych ciepłych, cichych i zawsze wspierających objęć. Miejsca, gdzie człowiek zawsze czuje się bezpiecznie, gdzie zło nie ma wstępu.
      Dziś, kiedy czekamy na wieści dotyczące taty Pana M, znów chciałabym, żeby mama mnie przytuliła, pozwoliła popłakać... a potem potrząsnęła mną i powiedziała: Weź się w garść dziewczyno, na płacz będzie pora kiedy indziej. Teraz musisz być silna! Tak dokładnie! W takich chwilach to sobie ci wszyscy piewcy "pozwól sobie na słabość, masz prawo do własnych emocji, rób co chcesz, byle w zgodzie ze sobą" mogą iść do wszystkich diabłów. Są momenty, kiedy siebie trzeba odstawić i skoncentrować się na najbliższych! Uhh.. ależ jestem dziś chaotyczna.. Wybacz, dziś nie ma tu miejsca na logikę i rozsądek. Dziś w głowie tornado sprzecznych emocji.. na twarzy uśmiech, a w ustach słowa wsparcia i nadziei.

Dziś trzecia rocznica Twojej śmierci Mamusiu...
Wciąż tęsknię.. nigdy nie przestanę!

Cztery miesiące diety za mną! Czy są efekty? TAK! DUŻE!

Cztery miesiące diety za mną! Czy są efekty? TAK! DUŻE!

      Nie wierzyłam że wytrwam. Serio! Nie wierzyłam, ze uda mi się wytrzymać. Że przestanę zajadać się chipsami, chrupkami (kto jak ja #teamsłoneprzekąski?). Że przestanę pić litrami colę. A udało się! I nawet nie było to jakoś mega trudne! Wystarczyło znaleźć odpowiednią metodę. Taką, która nie jest zbyt restrykcyjna, która pozwala na normalne jedzenie! Trzeba tylko liczyć kalorie! Tak dokładnie! Liczę grzecznie kalorie, a waga .. i co najważniejsze cm lecą w dół! Uhh... jakieś dobre wieści w tych parszywych czasach!

moje zasady zrzucania wagi


      Dieta.. ile ja razy już na nią przechodziłam! Ile razy upadłam? Ile razy zaczynałam od nowa? Nie zliczę! Nie ma co tego rozpamiętywać, bo to nic nie da, tylko się człowiek mentalnie zaczyna kopać! Fakt jest faktem! Zaniedbałam się kosmicznie! Ot.. siedzenie w domu, mało ruchu i... podjadanie! Ja kocham jeść! Szczególnie to, co niezdrowe, tłuste.. chipsy? słone chrupki? orzeszki w słonych skorupkach (zielona cebulka z biedry omomomomom!) Natychmiast!
      Kiedy po świętach Bożego Narodzenia weszłam na wagę, to się złapałam za głowę! No takiej wagi to ja nie miałam NIGDY! To wtedy stanęłam przed lustrem, spojrzałam sobie prosto w oczy i powiedziałam na głos: KURWA DOŚĆ! To wtedy na insta ponownie trafiłam na Monikę Ciesielską w sieci znaną jako Dr.Lifestyle ! O mamo! Poczytałam co ona pisze i "kupiłam" jej podejście do życia, do jedzenia i do diety! Najpierw skusiłam się na organizowane przez nią #wyzwanieruszanie a potem już poleciało. Co? Jak? Jedziemy!

Zrzucanie wagi #zasada1: deficyt kaloryczny!

      To jest początek i koniec zdroworozsądkowego podejścia do zrzucania nadprogramowych kilogramów! Prawda jest taka, że możesz jeść najzdrowsze rzeczy pod słońcem. Same superfoodsy i inne wynalazki. Jeśli jednak nie wygenerujesz deficytu kalorycznego, to nie schudniesz! Prosta fizyka! Organizm potrzebuje określoną porcję energii do przetrwania (odrzucamy sytuacje skrajne) i jeśli obcinamy mu (z głową) dostawy, to zaczyna pobierać z zapasów. Proste nie? W sieci jest mnóstwo kalkulatorów, na których można policzyć swoje zapotrzebowanie. Ja korzystałam z tego u Moniki: kalkulator kalorii. Zapotrzebowanie kaloryczne (w dużym uproszczeniu oczywiście) zależy od płci, wieku i poziomu aktywności fizycznej! Bo wiecie.. aktywność fizyczna pozwala więcej zjadać! ;) 

Zrzucanie wagi #zasada2: nie ma produktów zakazanych!

      Tak dokładnie! W filozofii Moniki, a teraz i mojej w czasie odchudzania nie ma produktów zakazanych! Opowiem Ci o tym na moim przykładzie ok? Może nie mam i nigdy nie miałam zaburzeń związanych z jedzeniem! Zwykle, poza sytuacjami skrajnymi, nie zajadam stresu. jedzenie nie jest moim głównym sposobem na poprawę nastroju. Ale też byłabym hipokrytką, gdybym nie napisała, ze tak czasem się nie dzieje. Na przykład pierwszego dnia okresu, kiedy czuję się jak przysłowiowe gówno, potrzebuję czekolady! A najlepiej pięterka (albo dwóch) ptasiego mleczka! Bo tylko duża porcja cukru jest wstanie pomóc przetrwać mi koszmarny ból. I co? I zjadam! Tak dokładnie.. na diecie redukcyjnej, gdzie w sumie cukry w dużych dawkach są niewskazane ja zjadam opak ptasiego mleczka, bez żadnych wyrzutów sumienia! Zjadam bo chcę! Bo na diecie redukcyjnej można jeść wszystko! Tylko z głową! Dlatego nie stosuję żadnych "cheat meal" i tym podobnych wynalazków. Jem wszystko i liczę kalorie! Bo kalorie się liczą.. nawet jak Ty ich nie policzysz. ;)

Zrzucanie wagi #zasada3: pomyśl zanim zeżresz!

      Znów wracam do głowy! Wiesz, że w większości przypadków, kiedy dopada Cię chęć zjedzenia czegoś, to Twój organizm woła o wodę? Dlatego: pomyśl zanim zeżresz! Może wystarczy kilka łyków wody/herbaty? Tak samo w sytuacji stresowej... może wystarczy dać sobie chwilę, odetchnąć kilka razy i zapytać siebie: czy ja rzeczywiście jestem głodna? czy może to reakcja organizmu na stres? Tak z autopsji... mam teraz mega trudny okres. Mój tata ma za sobą ciężką operację (bajpasy).. ja jako stereotypowa córeczka tatusia, kochająca tatę nad życie, przeżyłam to bardzo. Zwłaszcza, że nie było do niego dostępu.. był w szpitalu sam! A i dostęp do lekarzy i informacji był mega utrudniony. Za chwilę czeka mnie powtórka z rozrywki. Mojego teścia czeka koszmarna operacja, która przez koronaszajbę opóźniona jest o dwa miesiące! Możesz sobie wyobrazić jaki to stres dla nas wszystkich. Jeśli mam być szczera.. to cały czas bym jadła! Najlepiej czekoladę zagryzała chipsami! Ale nie robię tego! Wiesz dlaczego? Bo wiem, że to tylko mój mózg! Mój mózg reaguje na stres... oszukuje mnie, szuka najprostszych sposobów na poprawę nastroju. A jak wiadomo.. czekolada (przynajmniej u mnie) maskuje działanie kortyzolu. W chwilach ekstremalnych mówię sobie: to tylko mój mózg. Oddycham, odpalam na youtube Gosię Mostowską i (bardzo nieudolnie) praktykuję jogę. Pomaga! Nie zażeram gigantycznego stresu w którym od dwóch miesięcy żyję.

Zrzucanie wagi  moje zasady i wyniki!

1. Odrzuciłam wszystkie słodzone napoje, a jedyne co mi pozostało to cola zero.. coś trzeba mieć z życia.
2. Jem bardzo regularnie.. staram się trzymać stałych godzin. Mi to bardzo pomaga.
3. Staram się bilansować posiłki pod względem makro.. wiecie: białka, tłuszcze, węglowodany
4. Nie oszukuję samej siebie udając że czegoś nie zjadłam.. wpisuję do apki wszystko.
5. Owoce zastąpiły mi w dużej mierze słodycze.. choć nie przestałam jeść czekolady, czy domowych ciast.
6. Ćwiczę kilka razy w tygodniu.. teraz kiedy jest mnóstwo pracy w ogrodzie częściej odpuszczam, bo traktuję bieganie ze szpadlem jak ćwiczenia.
7. Nie łykam supli! Może to niepopularny pogląd, ale nie łykam suplementów. Jedyne co przyjmuję regularnie to wit.c. A tak potrzebne składniki czerpię z jedzenia.

      Jaki mam wynik? W cztery miesiące zrzuciłam 11kg. I kilkadziesiąt centymetrów w obwodach. I wiecie co? Właściwie nie zauważyłam, żebym jakoś się wysilała. Dlaczego? Ano bo nie byłam na żadnej restrykcyjnej diecie! To była taka dieta.. MŻWR? Mniej żryj więcej się ruszaj! Właściwie powiedziałabym nawet, że to taka trochę zmiana filozofii jeśli chodzi o jedzenie! Wiesz że dziś, po tych czterech miesiącach całkowicie obojętnie przechodzę obok półek z przekąskami i słodyczami? Jeszcze cztery miesiące temu to było nie do pomyślenia! Zwalczyłam w sobie nawyk wkładania do koszyka kolejnych paczek chipsów! Nie będę ściemniać, że na początku było łatwo! Bo nie było! Nadal nie jest! Nie kupujemy słodyczy.. zamieniliśmy je na owoce! Koktajle to moja nowa miłość. Wypijam jeden dziennie na drugie śniadanie lub na kolację. Bo OWOCE NIE TUCZĄ! Tuczy nadwyżka kalorii! tego też nauczyłam się od Moniki.
      Jestem w połowie drogi. Mam do rzucenia kolejne 11 kg. Ale spokojnie! Mam czas, nikt mnie nie goni. Według mojego planu, docelową wagę powinnam osiągnąć jakoś we wrześniu. Czy się uda? Zobaczymy.. jak się nie uda, to świat się nie zawali! Najwyżej droga do celu trochę się wydłuży!

      Podsumowując. Jeśli jesteś zdrowy, to nie ma siły, żeby nie udało się schudnąć. A znam osoby chore, które też chudną. Wszystko zaczyna i kończy się w głowie! Jeśli chcesz, to możesz. Tylko chcenie musi się przekształcić w działanie! Trzeba przestać szukać wymówek i zwyczajnie się za siebie wziąć. I mówię to ja.. która w wymówkach dotyczących obżerania się jestem mistrzynią. ;)

Wysyłam moc serdeczności!!!

Niemoc.. wyparcie.. unikanie, czyli trzy podstawowe reakcje na obecną sytuację #zostańwdomu

Niemoc.. wyparcie.. unikanie, czyli trzy podstawowe reakcje na obecną sytuację #zostańwdomu

      Uhhh... zaczęłam dziś urlop! Urlop planowany i jednocześnie wymuszony. Planowany, bo mieliśmy w tym tygodniu podłączyć kanalizację, wiadomo zesrało się. Wymuszony, bo mój szef nie chciał mi go anulować ze względu na ilość zaległego urlopu jaki mam, cytuję: "Kiedyś musisz iść na ten urlop!". Żeby nie było, ja mojego szefa rozumiem i się nie ciskam o to. Jak się ma 20 dni zaległego urlopu, to niestety. Czy to coś zmienia w mojej sytuacji? Nic. Będę miała po prostu czas na bloga, bo Pan M. niestety urlop odwołał i siedzi w fabryce. A owczemu pędowi do sprzątania się nie poddam z prostego powodu. Sprzątam/myję okna/przeglądam garderobę na bieżąco. Może pedantką nie jestem, ale bałaganu nie cierpię. ;) To tyle tytułem wstępu, a teraz do meritum! Trzy podstawowe zaobserwowane przeze mnie reakcje na kwarantannę i koronawirusa.


1. Niemoc .. frustracja .. agresja.

      Lubisz mieć kontrolę nad sytuacją, lubisz przewidywalne życie. Lubisz, jak wszystko idzie według planu i tu zonk. Przez koronawirusa niemal wszystko się zesrało. Tak naprawdę nie jesteś wstanie przewidzieć, w którą stronę sytuacja się rozwinie. Nikt nie jest. Niemniej jednak czujesz niemoc! Wkurza cię, że nie możesz nic zrobić. To rodzi frustracje.. i to bardzo szybko. A ta z kolei bardzo często rodzi agresję.
      Właśnie ten mechanizm zadziałał u mnie. Z pewnością dodatkowym czynnikiem stresogennym jest sytuacja rodzinna i choroba teścia. Jak stykałam się z narzekaniem na pierdoły to miałam ochotę walić na odlew. Doskonale obrazuje to mój poprzedni post: Oddzielimy ziarno od plew .. czyli kilka spostrzeżeń w związku z narodową kwarantanną #ZOSTAŃWDOMU W tym wpisie mi się z lekka ulało. Żeby nie było, nadal podpisuję się pod każdym słowem, które tam napisałam. Jest tylko jedna różnica. Uspokoiłam się, bo znaleźliśmy szpital i lekarza, który zrobi operację... czy się niec po drodze nie zesra.. to się jeszcze okaże.
       Przeszłam od agresji do politowania. Tak, z politowaniem patrzę na ludzi, których jedynym problemem jest to, że nie mogą się swobodnie przemieszczać. I doszłam do wniosku, że wszelkiej maści terapeuci będą mieli co robić, jak się to wszystko już skończy. Będą golić frajerów aż miło. 

2. Wyparcie

      "Tego wirusa nie ma! To zwykła grypa!" "Weź już przestań z tym straszeniem." "Nic mi się będzie." To tak w skrócie. Syndrom wyparcia, to termin psychologiczny. Krótko mówiąc i bardzo oczywiście upraszczając, to usunięcie z głowy sytuacji, osób, które źle nam się kojarzą. Zwyczajnie udajemy, że ktoś nie istnieje, lub jakaś sytuacja nie miała miejsca.
      Znam kilka osób, które tak własnie zareagowały. Udają, że sytuacja wcale nie jest niebezpieczna. Odcięły się od informacji. Żyją sobie w takiej bańce, gdzie jest milusio i przede wszystkim bezpiecznie. Czy to mądre? Cóż, na krótką metę może i tak. Tylko trzeba mieć gdzieś z tyłu głowy myśl, ze rzeczywistość prędzej czy później nas dogoni. I wtedy niemal zawsze boli dziesięć razy gorzej.
      Wyobraź sobie taką sytuację.. wypierasz, nie dopuszczasz do siebie informacji i nagle po bliską Ci osobę zajeżdżą karetka z "ufoludkami" (tak pieszczotliwie nazywam BOHATERÓW w białych kombinezonach, którzy stoją na pierwszej linii frontu). Boli nie? Zderzenie z rzeczywistością zawsze boli... zawsze.

3. Unikanie

     Przyjmujesz do informacji, że zagrożenie istnieje. Ale jednocześnie unikasz tematu. Nie chcesz za dużo wiedzieć. Nie sprawdzasz kompulsywnie informacji. Starasz się żyć normalnie. Nie podejmujesz tematu zagrożenia... ba szybko zmieniasz, kiedy rozmowa schodzi, na irytujący Cię temat. To taka postawa w stylu: tak wiem, niech to się wszystko skończy.

      To taka moja obserwacja. Czas oczywiście pokaże, w którą stronę to wszystko pójdzie. Czy wirus wyhamuje, czy nauczymy się z nim żyć. Bo jedno jest pewne... nie da się wiecznie siedzieć w domu. Przede wszystkim z przyczyn ekonomicznych....

      Już tak na koniec, opowiem Ci o koleżance, o której wspominałam we wpisie oddzielmy ziarno od plew? Wiesz gdzie wylądowała? W MSWiA.. pod respiratorem. Była chojraczką, za nic miała zagrożenie. Śmiała się z wirusa... cóż.. złapała to dziadostwo prawdopodobnie od sąsiada. Po trzech dniach była już w szpitalu pod respiratorem. Na szczęście tylko 12h.. teraz "wystarcza" już wentylacja. Niestety ciężkie zapalenie płuc pozostawi na niej ślad już do końca życia.. Dlatego #zostańwdomu i nie cwaniakuj.