Kiedy boli dusza...

Kiedy boli dusza...

    


      Cześć witajcie!!

      Postanowiłam pociągnąć temat jesieni w kolejnym poście. Dlaczego? Zaobserwowałam u kilku moich ulubionych blogerek symptomy jesiennej melancholii. Totalnego spadku formy i kreatywności. Smuci mnie to noo... Jasne, że każdy może/musi? miewać spadki formy! To nienormalne być cały czas na full.. Ale warto pomóc sobie (i otoczeniu) i zwyczajnie nie dać się! Mam na takie spadki nastrojów kilka swoich patentów! Kiedy boli dusza i nic się nie chce wtedy...

Słuchajcie mojej Pańci ja Wam dobrze radzę, bo jak nie...

Wyjdź z domu!


Zwyczajnie po prostu! Załóż ciepłe buty, czapkę, szalik i kurtkę! Jeśli masz psa, weź go ze sobą, kto jak kto, ale pies się ucieszy z każdego spaceru! Nie masz psa.. zadzwoń do koleżanki, idźcie na pyszna kawę do Green Nero (herbatę tez mają tam dobrą) i nie zapomnijcie zamówić ciacha! Z doświadczenia wiem, że najgorsze co można zrobić, kiedy spada nastrój, to wpełznąć pod koc i zacząć się nad sobą użalać! Wtedy niestety, ale zaczynamy sami siebie nakręcać! Lepiej wyjść! Iść przed siebie, nie myśleć, nie analizować.. iść! Nie lubisz chodzić? Idź do kina i rozsiądź się w fotelu! To nie prawda, że nie można samemu! Ja tam często chodziłam sama.. gwizdałam na to, że sobie coś tam ktoś o mnie pomyśli. Phii .. warto pamiętać jedno: "jeśli wydaje Ci się, że ludzie o Tobie gadają, to masz rację. WYDAJE CI SIĘ!"

To jak wyjdziesz z domu?


tulimy.. tulimy

Jak już wrócisz z tego spaceru/kina/spotkania z koleżanką, to zafunduj sobie domowe SPA!


      Okej.. może nie jestem największym autorytetem w dziedzinie kosmetologii stosowanej. Nie znam połowy kosmetyków, które można nałożyć na twarz i ciało. Ale akurat TO można sprawdzić prawda? Osobiście polecam: AgnieszkęMonikęMarikę, Tatianę i Aneczkę! Każda z nich jest wyjątkowa, każda ma wiele do powiedzenia na tematy kosmetyczna. Marika dodatkowo wytwarza swoje własne cuda! Na blogach tych wspaniałych kobiet spokojnie znajdziecie wszystko co tam trzeba. te wszystkie maseczki, peelingi, toniki, kremy, balsamy.. coś pominęłam?
      Wracając.. jak już wrócisz do domku, to zadbaj o siebie. Porozpieszczaj się! Do licha ciężkiego o siebie tez trzeba dbać. Nie lubimy tu męczenników i cierpiętników! Zdrowy egoizm jest bardzo pożądaną cechą, która bardzo ułatwia życie. O asertywności można pisać elaboraty.. w sumie może i ja tu napiszę? Kiedyś pisałam pracę zaliczeniowa z psychologii: "asertywność na rynku pracy" .. chyba gdzieś to jeszcze mam!

To jak? Spróbujesz poprawić sobie nastrój kosmetycznymi umilaczami?


moja piłeczka ... moja!

Książki!


      Jak już będziesz wypielęgnowana, mięciutka, gładka i pachnąca (i o ile w tym momencie nie dopadnie Cię mąż/narzeczony/partner/chłopak ciągnąc wiadomo gdzie i w wiadomym celu) to polecam Ci nalać do kieliszka odrobinę ulubionego wina. Potem rozłóż się wygodnie na kanapie lub łóżku, przykryj ciepłym kocem lub kołderką i otwórz książkę! Wiem, ze jestem nudna i przewidywalna do bólu, ale kurde... Książki zawsze były ucieczka od szarości dnia, od nudnej codzienności.
      Książki to szkoła dla wyobraźni. Książki to oderwanie myśli od wszystkiego co nas przytłacza. Wreszcie książki to znakomity wstęp przed snem.. wyciszają, koją umysł i przygotowują organizm do odpoczynku! Pomijam już, że czytanie książek bardzo wzbogaca słownictwo i eliminuje problemy z wysławianiem się.

To jak? Poczytasz coś? Ja właśnie kończę "Boga w wielkim mieście".. recenzja będzie w piątek!


A rano, jak  już wstaniesz wypoczęta to polecam Ci poćwiczyć!


      Nie od dziś wiadomo, że ruch to zdrowie! Ale nie tylko! Ruch to też endorfiny! Możecie się śmiać, ale tak jest. Zawsze jak sobie poćwiczę (może niekoniecznie akurat teraz), to jestem szczęśliwa! Niby zmęczona (Chodakowska łatwych programów nie ma.. nawet te leżące są wymagające), a jednak mam wrażenie, że mogę przenosić góry! To pomaga mi ogarniać problemy bieżące. Nie straszni mi czepliwi klienci i uciążliwe problemy z laptopem (Właśnie pisałam Wam? nie dość, że niemal się nie ruszam, to jeszcze laptop wyzionął ducha! Ehhh życie!).
      Żeby nie było.. ćwiczyć można też PO pracy/wykładach/szkole! Monotonne, mechaniczne powtarzanie tych samych ruchów znakomicie odpręża umysł.


ten kot tam siedzi! mówię Wam!

      Dusza czasem boli, czasem nie wiadomo właściwie skąd chandra. Ale jak napisałam, są pewne uniwersalne sposoby by się nie dać! Może nie zadziałają przy ciężkim kalibrze.. ale na okresowe spadki formy z pewnością podziałają. Byle tylko próbować.. bo jeśli już na starcie się poddajemy to wiadomo... I nie waż mi się pisać, że się nie da, że nie masz czasu! To chyba powiedziała Ola Budzyńska: "Nie mów, że się nie da.. lepiej powiedz od razu, ze Ci się nie chce".
To tyle ode mnie!

Jak zawsze zachęcam do dyskusji! Może zdradzicie mi swoje sposoby na walkę z jesienną chandrą. Macie takie?
Wspaniałego tygodnia życzę!!







Na samiuśki koniec ogłoszenia parafialne:

Dla tych co tęsknią za pandami! Spokojnie one są i nigdzie się nie wyniosły. Zwyczajnie mam sporo fajnych, bardzo dobrych jakościowo zdjęć Bellsona i one mi jakoś tak pasują!


Dlaczego kocham jesień? To proste!

Dlaczego kocham jesień? To proste!

   
Cześć witajcie!


      Właśnie wróciłam ze spaceru z Bellą. Mamy taką swoją pięciokilometrową rundkę. Musimy przejść kawałek ulicą (niezbyt ruchliwą jak to na wsi) i otwierają się przed nami pola! Wtedy przepinam moją futrzastą przyjaciółkę na dziesięciometrowa linkę i ruszamy! Ona truchtem biega po z pola na pole, a ja powolutku w emeryckim tempie idę sobie drogą kontemplując przyrodę. A to Bella wypłoszy bażanta, a to stadko kuropatw. Czasem sarny przebiegną drogę wiecie jak to na wsi! Ale wracając! Tak wróciłam ze spaceru i uderzyła mnie jedna myśl! Ja kocham jesień! Jesień jest melancholijna.. jesień jest zmienna .. jesień jest jak kobieta!
      Zapraszam do czytania. Wyjątkowo jak na mnie będzie sporo zdjęć, większość autorstwa mojego braciszka i jego żony!!


      Na dobry początek kilka jesiennych migawek przedstawiających dwójkę futrzastych futrzaków, których łączy szorstka przyjaźń.. czyli Rudy zaczepia, a Bella do pewnego momentu go ignoruje, a potem wiadomo pogoń...

mój futrzasty przyjaciel!
Jego Eminencja Rudy 102
Rudy zwiał na drzewo a Bella...
hop .. hop .. hop
      A wracając do jesieni!

      Powiecie wariatka! Lubi jak pada! No lubię! Jesień to dla mnie czas melancholii, czas zadumy. Wreszcie czas kiedy mam więcej czasu dla rodziny. Dlatego zachęcam Was do przeczytania moich powodów dlaczego warto jesień polubić i spróbować dać jej szansę! Nie tylko wtedy, kiedy jest ładnie i kolorowe liście zdobią drzewa. Spróbujecie?

Po pierwsze: MGŁY!


kocham mgły!

      Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, nowi niekoniecznie, więc napiszę. Kocham fantastykę! Książki o tej tematyce pochłaniam jedną za drugą, filmy już mniej, ale mam kilka swoich ulubionych (kto nie zna ekranizacji Władcy Pierścieni, czy Niekończącej się opowieści.. no kto?). Może dlatego kocham mgły? Mgły są tajemnicze, niepokojące, mgły pobudzają wyobraźnię! A już mojej momentami rozbuchanej wyobraźni sprzyjają zdecydowanie! Czasem aż za bardzo!
      Jak można nie kochać mgieł?

Po drugie: spacery!

Moje dwa Skarby!

      Powiecie ma psa to musi chodzić! No w teorii nie muszę! Bella ma duże podwórko i las do dyspozycji, plus tego kolegów ze wszystkich stron, z którymi za chwilę będą się odwiedzać, żeby się pobawić. Jasne piesek powinien być wyprowadzany poza swój teren, ale nie muszę robić tego codziennie. Tymczasem czy deszcz czy plucha wskakuje w buty i idziemy!
      Powiecie... mieszka na wsi to łazi! Otóż nie! Jak mieszkałam jeszcze w mieście też spacerowałam, z tym że wybierałam raczej wieczory, dziś maszeruję w dzień. Spacery mnie uspokajają. Spacery sprzyjają wyciszeniu, otwierają na otaczający świat. Człowiek ma czas pomyśleć.. albo wręcz przeciwnie NIE MYŚLEĆ! Nogi niosą same, a mózg odpoczywa. Zachęcam by odrzucić uprzedzenia. Przestać się martwić o przeziębienie (spacery uodparniają! trzeba tylko mieć dobre buty!) i iść!

kontemplując... 

Po trzecie: długie wieczory z książką!

Bóg w wielkim mieście... na razie czyta mi się miło..


      Wyobraźcie sobie: Wygodna kanapa (lub fotel jak kto woli), ciepły milusi kocyk. na stoliku kubek pysznej aromatycznej herbaty (lub np. soku malinowego), a w ręku książka! No bajka! Za oknem cicho szumi wiatr, może nawet pada deszcz, ale to nie istotne! Nam jest ciepło i możemy bez przeszkód zanurzyć się w świat książek.
      Powiedzcie, istnieje coś przyjemniejszego? Do dopełnienia obrazu możecie sobie dodać świece/lampki, ukochana osobę, która tak jak Wy czyta. Dla mnie jesień to najlepszy czas na nadrabianie zaległości lekturowych. To o niebo lepsze, niż bezrozumne wgapianie się w ogłupiający telewizor.

część zbioru..część przeczytana.. część czeka na swoja kolej...

Po czwarte: Światełka!

      Wiecie dobrze, ze jestem inna i świec palić nie mogę. No już tak mam, że mnie szybko boli głowa. Jeszcze te bezzapachowe sojowe ujdą.. ale o wszelkich zapachach mogę zapomnieć. Musiałam sobie więc znaleźć alternatywę! No i mam! Jak tylko robi się ciemniej, to rozciągam wszelkiej maści światełka i cotton-ballsy. Zapalam moje ledowe cudeńka! Świece ledowe tez mam.. prawie jak tradycyjne wyglądają... prawie.

to tak poglądowo.. oczywiście nie wszystko!


Po piąte wreszcie: przecież zbliżają się Święta Bożego Narodzenia!

      Żeby była jasność. Nie jestem zwolennikiem stawiania choinki w okolicach 1 listopada i wkurzają mnie wszelkie dekoracje pojawiające się w sklepach. Znacie mnie już na tyle i wiecie, że nienawidzę wręcz nachalnego marketingu i komercjalizacji wszelakiej. ALE! Od kiedy byłam mała to tak mniej więcej od połowy listopada niecierpliwie wyczekiwałam Wigilii. Może to kwestia bytności w chórach, w których kolędy śpiewa się od października.. może czegoś innego. ALE! Lubię święta.. uwielbiam ten czas, kiedy rodzina siada wspólnie i śpiewa kolędy!  Sama ozdoby świąteczne rozciągam dzień przed rozpoczęciem Adwentu (w tym roku 2 grudnia). Lubię atmosferę radosnego oczekiwania noo!
Uśmiechnij się! Jesień jest piękna!

      To jak? Zachęciłam Cię, by choć trochę polubić jesień? By dać jej szanse roztoczyć swoje uroki? Gorąco Cię do tego zachęcam.. inaczej czeka Cię jesienna melancholia i okresowe spadki nastroju. A po co Ci to?

Jak zawsze zachęcam do komentowania!
Udanego weekendu życzę i przesyłam moc serdeczności!






Dan Brown "Początek" .. czytam bo lubię #1

Dan Brown "Początek" .. czytam bo lubię #1

   

      Cześć witajcie!

      Tym postem zaczynam nowy cykl na blogu. Cykl będzie się nazywał "Czytam bo lubię". Jak wiecie (lub nie), ale czytam naprawdę sporo książek. I postanowiłam się z Wami podzielić moimi opiniami o książkach. Jakoś mi tak mało raz w miesiącu pisać krótko o książce w ulubieńcach, więc będą dłuższe recenzje i już! Dajcie znać co o tym myślicie. Tymczasem na pierwszy ogień pójdzie Dan Brown i jego najnowsze dzieło "Początek". Kochani w pierwszej książkowej recenzji na blogu Draqilki zabieram Was w świat Profesora Roberta Langdona. Na wstępie napisze tak... nie spodziewałam się wiele ... co się okazało? Zapraszam do czytania!


"Robert Langdon, profesor Uniwersytetu Harvarda i specjalista od symboli,
przenosi nas do malowniczej Hiszpanii.
Tam przemierza ulice Madrytu, Barcelony, Sevilli i Bilbao,
w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ludzkość pytania:

Skąd pochodzimy?

Dokąd zmierzamy?


Brown zapełnił karty tej fascynującej powieści,
kodami, symbolami i odkryciami naukowymi,
ciekawostkami religijnymi, historycznymi i architektonicznymi.
Powiewu świeżości dodają opisy dział sztuki współczesnej
i najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych!

Bez względu na to kim jesteś i w co wierzysz,

nie masz wpływu na to, co się wydarzy...



   


Tyle od wydawcy... co myślę ja??


POWINNAM SIĘ JUŻ NAUCZYĆ PO INFERNO ŻEBY.... ehhhh


      Sięgając po "Początek" łudziłam się (ZNÓW), że może jednak znajdę w tej książce choć odrobinę magii, która tak zachwyciła mnie w "Kodzie Da Vinci" i w "Aniołach i Demonach" niestety... Dan Brown rozczarował mnie po raz kolejny. Ale od początku!

    

      Wszyscy Ci, którzy śledzą losy profesora Roberta Langdona, znają modus operandi Dana Browna. Każda książka z tego cyklu ma swój sztywny szkielet. Nie inaczej jest tutaj. Główny bohater znów styka się z zagadką, znów ginie człowiek. A on znów ucieka mając u boku piękną kobietę. W tle mamy po raz kolejny Kościół Katolicki, tajemniczego kościelnego dostojnika i wynajętego mordercę. Brzmi znajomo? A no właśnie! Jedyna nowością jest wprowadzenie do fabuły nowych technologii. Cóż.. można to lubić lub nie, kwestia indywidualna. 
      Jeśli myślicie, że znajdziecie w "Początku" tajemniczość, zagadki, symbole i kody, oraz sacrum (i profanum też), to natychmiast porzućcie tą nadzieję.. Tego tutaj nie ma. Książka jest przewidywalna do bólu. Osobiście mniej więcej od połowy wiedziałam czego się spodziewać. Nuda.. nuda.. nuda! Mało tego, ja rozumiem, że profesor Langdon się starzeje, ale tutaj brak mu nawet tego charakterystycznego błysku, intelektu, szybkiego łączenia faktów. Nie mówiąc już o dowcipie! Cóż, nawet najwybitniejszy bohater nie zabłyśnie, jeśli nie da mu się szansy.. a Dan Brown tej szansy nie daje niestety.


   

      Podsumowując...

      W "Początku" nie ma nic zaskakującego, nic zachwycającego. Sprawy nie ratują piękne miejsca, w których osadzona jest fabuła, a pogrążają ją wstawki rodem z sama nie wiem skąd. Może encyklopedii? Książkę czyta się ciężko, momentami ma człowiek ochotę rzucić ją w kąt i nie wracać już nigdy! Gdyby nie to, że jak już zaczynam coś czytać, to czytam do końca to nie wiem... Umęczyłam się niesamowicie i odetchnęłam z ulgą, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Szczerze powiedziawszy czytając miałam wrażenie, że Dan Brown zwyczajnie napisał przeciętniaka na odwal. Cóż.. machina marketingowa zrobi swoje, ludzie książkę kupią. Autor zarobi.. wydawnictwo zarobi.. film się nakręci więc i filmowcy zarobią... pozostaną niedosyt i rozczarowanie Ja osobiście książki nie polecam.. szczególnie jeśli jest się wymagającym czytelnikiem!


W mojej prywatnej skali: 3,5/10


Swoją drogą mam już nowe nabytki książkowe...

   

Dajcie koniecznie znać co myślicie o moim nowym cyklu!
Serdeczności przesyłam i wspaniałego tygodnia życzę!





Powrót do przeszłości ... czyli czasem trzeba podjąć rękawicę!

Powrót do przeszłości ... czyli czasem trzeba podjąć rękawicę!

    
      "Czasami warto wrócić chociaż na chwilę do przeszłości." .. tak oto zaczęła swój post jedna z moich ulubionych blogerek Sylwia z bloga Tak po prostu. Zdradziła w nim nieco tajemnic ze swojego dzieciństwa. Mało tego sprowokowała mnie, żebym zrobiła to samo. Ciekawska jest .. cóż. Trzeba podjąć rękawicę i rozprawić się z nominacją.. tym bardziej, że akurat ta podróż w przeszłość będzie miła. Bo ja miło wspominam moje dzieciństwo! Dlatego odpowiem na te kilka pytań.. ciekawe czy Was zaskoczę czy nie! Dziś piątek więc zapraszam do zabawy!!


1. W którym roku się urodziłaś?


      Żadna tajemnica. Jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych. Urodziłam się chwilę przed stanem wojennym w październiku 1981 roku.


2. Ulubiona bajka z dzieciństwa.


      Hmm.. muszę się zastanowić wiecie? Kiedy byłam mała, nie mieliśmy w domu kolorowego telewizora i miliarda kanałów na kablówce. O internecie to nawet nie wspominam bo to jakiś futuryzm był! Telewizor był czarno-biały a w nim dwa kanały. A bajki? Miś Kolargol, Miś Uszatek, Wilk i Zając, Rumcajs, Reksio, Żwirek i Muchomorek.. Do dziś mam sentyment do tych bajek. Są takie... do gruntu pozbawione przemocy! Dopiero w latach dziewięćdziesiątych w moim domu pojawiły się Smerfy, Gumisie, Kubuś Puchatek... Wiecie.. w latach osiemdziesiątych to się nie siedziało w domu, chyba że był mus. Siedzenie w domu, to była najgorsza kara! Najlepsza zabawa to była na podwórku z bandą kumpli!

Natomiast jeśli miałabym wybrać.. to postawię na Misia Uszatka! Taaak... zdecydowanie na niego!




3. Kim chciałaś zostać jak dorośniesz i czy zmieniły się te marzenia.


Całe moje dzieciństwo to był jeden wielki teatr muzyczny. W przedszkolu wszystkie solowe występy były moje (dowód zdjęcie!), nie bałam się nic a nic! Stawałam i śpiewałam. W podstawówce z resztą nie było inaczej. Kim chciałam zostać? Szczerze to nie pamiętam. Miałam tyle zainteresowań, tyle pasji. Chciałam tworzyć, śpiewać, pisać książki... Jestem jednocześnie zbyt racjonalna by wiązać przyszłość ze sceną.. więc postawiłam na ekonomię. Sztuka pozostała pasją.. i bardzo się cieszę, że tak wybrałam. Wciąż śpiewam, wciąż piszę... ale mam komfort finansowy i nic nie muszę.

Mała ja! Jak zwykle śpiewam .. :D



4. Pokaż jakieś nagranie jak byłaś mała


Uhh... jak ja byłam mała, to nie było tak, że każdy miał smartfona, którym rodzice nagrywają każde pierdnięcie swojego dziecka! Mam zdjęcia! Chcecie zobaczyć? Proszzzz!

Sama słodycz co?
Tu jak widać mam dwa lata!

Czteroletnia ja!



5. Jaka była twoja ulubiona zabawka


      Czy drzewo może podpada pod ulubioną zabawkę? Bo ja najbardziej lubiłam bawić się pod ogromną wierzbą! Tam miałam swoją bazę, tam się człowiek bawił w małpę i tam bujał do utraty sił. Do dziś mam sentyment do wierzb płaczących. Uważam je za najpiękniejsze ze wszystkich drzew.

   


6. Opowiedz jakąś straszną historię z dzieciństwa.


      Hmm... jazda na krowie nie była straszna (pisałam o tym TU) , może te gęsi (ten sam post co krowa)... kurde nie wiem! Czekajcie! Najstraszliwszym co pamiętam z dzieciństwa były szpinak i brukselka! Dlaczego? Otóż!

      Za moich szczenięcych czasów nie było czegoś takiego jak bezstresowe wychowanie. Jak bachor był niegrzeczny, to dostawał klapsa.. była chwila płaczu. Jak się za pierwszym razem nie załapało to powtórka... w końcu się człowiek uczył na błędach własnych. W przedszkolach panie nauczycielki nie cackały się z niesfornymi dzieciakami. Nie mówię, ze był dryl wojskowy.. ale dyscyplina była i już. Człowiek psocił, szalał do momentu aż przekroczył niewidzialną linię.. wtedy słyszał STOP! Jak nie wracał to.. wiadomo! I tu dochodzimy do tego nieszczęsnego szpinaku! Nienawidziłam go z całej mojej dziecięcej duszy. Przypominał mi krowie placki i głośno o tym mówiłam do czasu.... pewnego pieknego dnia wywaliłam cały szpinak na opiekunkę, głośno krzycząc, że nie będę jeść kupy! Cóż.. Pani Ania wzięła mnie na kolana i nakarmiła siłą... to była strasznie upokarzające! Pamiętam to jak dziś! Nienawiść do szpinaku została ze mną bardzo długo.. ale wtedy nauczyłam się jednego. jedzeniem lepiej w nauczycielki nie rzucać!


7. Jakie miałaś stroje na karnawał


      Hmm.. wiecie, że aż musiałam przejrzeć zdjęcia? Wychodzi z nich, że byłam księżniczką albo... sama nie wiem... śnieżynką? Cóż... czasy były jakie były! Mama z gospodarce niedoboru musiała sobie jakoś radzić!

zdjęcie pokiereszowane ale jest! Księżniczka jak się patrzy!

zdjęcie z Mikołajem liczy się jako karnawał?

8. Ulubione piosenki z dzieciństwa


Nie no.. to musi być Puszek Okruszek!  Inna piosenka w grę nie wchodzi! Znacie?




9. Jak się zmienił świat od czasu dzieciństwa


      Na to pytanie juz na tym blogu odpowiedziałam. Więc jeśli ktoś nie pamięta, jest nowym czytelnikiem to zapraszam do przeczytania posta POKOLENIE LAT 80 -TYCH .. CZYLI CO BYŁO, A CO JEST. Tam wszystko opisuję dokładnie.



      To by było na tyle! Sylwia Kochana dziękuję za sprowokowanie mnie do podróży w przeszłość. Rzadko to robię, bo wolę koncentrować się na tym co jest tu i teraz. Ale akurat podróż do dzieciństwa była przyjemna. Bo kurde... dzięki moim ukochanym rodzicom miałam genialne dzieciństwo! Nie nominuję nikogo! Choć w tej chwili rozumiem Sylwię, która się nie powstrzymała.. ręce świerzbią kurde! Ale nie.. nominacji nie będzie.. choć zachęcam do zabawy.. choć w komentarzu!



Odlotowego weekendu życzę!





Małe kłamstewka ... czyli dlaczego lubimy siebie samych oszukiwać.

Małe kłamstewka ... czyli dlaczego lubimy siebie samych oszukiwać.

dlaczego lubimy oszukiwać
    
      Idealny świat internetu. Niemal każdy z nas ma swojego internetowego avatara. Profil na faceooku, profil na instagramie. Część z nas jest tam szczerych i pokazuje jak jest... inni starannie wybierają momenty, które pokazują. Jeszcze inni starannie aranżują każdy puszczany w świat fragment swojego pozornie idealnego życia. Taka swego rodzaju schizofrenia to coraz częściej standard. Co innego wrzucamy do sieci, a co innego mamy w środku. Nie lubimy być szczerzy w stosunku do ludzi, a jeszcze chętniej oszukujemy siebie samych. Tłumaczymy sobie, ze to przecież nikomu nie szkodzi, jak w drobnych sprawach miniemy się z prawdą.Czy aby na pewno?  Czy te małe, pozornie nieszkodliwe kłamstewka są całkiem bezpieczne? Czy pozostają bez wpływu na nas? Naukowcy nie mają wątpliwości! Małe kłamstewka przyczyniają się do pogarszania naszego samopoczucia...


      Doktor Anite E. Kelly jakiś czas temu przeprowadziła badanie na amerykańskim Uniwersytecie of Notre Dame. Podzieliła grupę 100 studentów na dwie części.. jedna miała przez 10 tygodni być bezwzględnie szczera, druga żyć jak dotychczas. Po zakończeniu eksperymentu pani doktor poprosiła uczestników o wrażenia. Okazało się, że ci, którzy byli w grupie powstrzymującej się od kłamania przestali miewać bóle głowy, nie mieli okresowych spadków nastrojów i lepiej sypiali. Wniosek? Nawet jeśli kłamiesz w dobrej wierze to i tak szkodzisz.. przede wszystkim sobie!

   

W Starożytności szczerość była jedną z cnót a dziś?


      Starożytni Grecy uważali szczerość za jedną z podstaw współistnienia. Dziś boimy się mówić co myślimy. Dla świętego spokoju obsypiesz komplementami koleżankę mierzącą sukienkę w kwiatki, mimo iż uważasz, ze wygląda koszmarnie. Na wszelki wypadek zachowasz dla siebie opinię o dopiero co obejrzanej kontrowersyjnej sztuce i przyłączysz się do chóru krytyków/entuzjastów. Skąd to się bierze? Odpowiedź może być tylko jedna... wewnętrzna potrzeba pozornej nawet akceptacji otoczenia. Jesteśmy tak uzależnieni od bycia lubianymi.. że nawet kosztem własnego dobrego samopoczucia skłamiemy, byle nie urazić drugiej strony. Tylko nie tędy droga!


Photoshop w życiu nie jest potrzebny!


      Już na wstępie napisałam o idealnych instagramowych (co ja się tak tego instagrama czepiam?? ) profilach. O do przesady wyreżyserowanych zdjęciach grzecznych dzieci/idealnych wnętrz/smakowitych potraw. napatrzymy się na to i myślimy.. kurde! Ci ludzie to mają życie! Jasne gdzieś tam w zakamarkach mózgu kołacze nam myśl, że to tylko iluzja... kłamstewko zaaranżowane na potrzeby portalu. Że te dzieci wcale takie idealne nie są. A ustawienie talerzy i ułożenie dania zajęło masę czasu. Ale i tak czujemy potrzebę pogoni za ideałem! Pal sześc jak takie idealne profile nas motywują... ale co jeśli wpędzają w poczucie winy? Gorzej... co jeśli przenosimy tą sieciową iluzję do świata realnego i tu żądamy od siebie i otoczenia ideału? To prosta droga do samotności niestety....


Szczerych ludzi można nie lubić, ale zawsze się ich ceni!


      Niejednokrotnie na blogu pisałam o tym, że nie wszyscy musza mnie lubić, ważne, żeby cenili mój profesjonalizm, moją wiedzę i to, co sobą reprezentuję. Paradoksalnie jest tak, że szczerych, nie bojących się wyrażać swojego zdania ludzi na ogół się nie lubi. Ale to równocześnie pierwsze osoby, które przychodzą nam do głowy, jeśli chcemy poznać opinię inną niż nasza własna! Dlatego nie warto bać się szczerości! Nie bać się oskarżeń o hejt (nienawidzę tego słowa.. jest tak nadużywane, że zwyczajnie traci znaczenie) ! Czasem zwyczajnie wystarczy poczekać! Przykład:

      Z Gosią znamy się od studiów, może nie jesteśmy przyjaciółkami, ale lubimy się. Na początku naszej znajomości wybrałyśmy się na wspólne zakupy. Lojalnie uprzedziłam, że jeśli zapyta o opinię usłyszy ją.. nawet krytyczną. Nie miała nic przeciw.. dopóki szczerej opinii nie usłyszała. Wtedy usłyszałam, że się nie znam i o gustach się nie dyskutuje. No okej.. ale jeśli pytasz czy coś na Tobie dobrze leży to oczekujesz konstruktywnej opinii czy bezmyślnych komplementów. Gosia długi czas się do mnie nie odzywała... ALE .. Jak to mówią przyszła koza do woza. Po jakimś czasie przyznała mi rację. Od tamtej pory zawsze prosi o opinię. Nie zależnie od tego, czy mnie posłucha, czy nie. Pyta, bo wie, że nie będę jej cukrowała.

   

Milczenie jest złotem...


      Mowa jest srebrem, milczenie jest złotem. Mówi stare porzekadło. Czasem rzeczywiście lepiej zmilczeć niż skłamać. To szczególnie przydaje się w kontaktach z przełożonymi. O ile w kontaktach prywatnych zawsze stawiałam na bezwzględną (łagodniej lub ostrzej podaną) szczerość, o tyle w kontaktach służbowych czasem milczę. Nauczyłam się tego w korpo. Klaudia powiedziała mi na początku mojej przygody z korporacją: "Nie warto tui walczyć o szczerość, to gwarantowana migrena". To była złota rada! Nauczyłam się wtedy, żeby chwalić/komplementować tylko te projekty/pomysły, z którymi się całkowicie zgadzam. Jeśli coś budziło mój sprzeciw przeważnie milczałam. Przeważnie nic się nie działo.. czasem były afery. Ale ja wracając do domu miałam spokojną głowę. Nie gryzłam się, że zrobiłam coś wbrew sobie.


   


      Tym razem zakończę post nietypowo. Zapytam Was o radę...

Wyobraźcie sobie blogerkę, bardzo ją lubicie, cenicie jej osobowość.. choć niekoniecznie bloga. Dlaczego nie bloga? Bo jej blog, to jeden wielki słup ogłoszeniowy chińskich sklepów. Tak. Jej blog to w 90 % współprace z chińskimi sklepami, w niemal każdej notce jest ta "przeklęta" chińszczyzna. Jednocześnie czytacie "bardzo się cieszę, ze tak wspaniale się rozwijam", a w Was aż krzyczy " Wcale się nie rozwijasz! Twój blog staje się jednym wielkim blokiem reklamowym". Co robicie... zwracacie na to uwagę autorce narażając się na nieprzyjemne uwagi.. czy jednak milczycie?

Wspaniałego tygodnia Wam życzę!!




Bella... czyli jak dobroczynny wpływ na człowieka mają psy

Bella... czyli jak dobroczynny wpływ na człowieka mają psy

    

      Dogoterapia... każdy wie o co chodzi i z czym to się je. Dogoterapia czyli metoda wzmacniająca rehabilitację poprzez kontakt z psem. Kluczowy w tym jest pies. Pies, który ma odpowiednie predyspozycje i przeszedł szkolenie. Psy wspaniale wpływają na ludzi. Myślę, ze nie ma co z tym dyskutować. Posiadanie psa to mniejszy stres, więcej endorfin i oceany nieskomplikowanej psiej miłości. Dlaczego o tym piszę? Jak wiecie, ten rok nie był dla mnie najłatwiejszy. Rany się zabliźniają, ale ból towarzyszy mi każdego dnia. I tu pojawia się ona... mała, czworonożna, wiecznie roześmiana i tak mądrze patrząca. Śliczna Bella... odkąd ona jest ze mną...poczytajcie!

moja piękna!

      Właściwie odkąd pamiętam marzyłam o owczarku niemieckim. Nie wiem, czy to skrzywienie po "Czterech pancernych i psie", których oglądałam namiętnie z tatą (tak wiem, historycznie to to jest średnie, ale jak byłam mała to mi to latało koło wiecie czego). Zawsze powtarzałam, że kiedyś będę miała takiego mądrego psa jak Szarik! Tata się śmiał i mówił: Jak dorośniesz to sobie takiego sprawisz i będziecie najlepszymi przyjaciółmi. Kiwałam wtedy mądrze głową i wracałam do oglądania. W moim domu zawsze były psy wielorasowe. Pisząc zawsze mam dokładnie to na myśli. Za swojego życia pamiętam trzy! Wielkiego puchatego Miśka, przy którym uczyłam się chodzić, zabił go samochód. Miśka II, którego dwa razy nam ukradli, ale zawsze udało się go znaleźć, przegrał z babeszją miał 14 lat. Obecnie jest Maks staruszek, ma już 13 lat, nie widzi, nie słyszy, ale wigoru mógłby mu pozazdrościć niejeden rasowiec!
      Miesiąc temu spełniłam swoje dziecięce marzenie. W moim życiu pojawiła się śliczna sunia.. owczarek niemiecki długowłosy, a właściwie to przedłużany (tak mi powiedziano, nie mnie się spierać, a i wszystko mi jedno, jaki ona ma tam włos!). Jest najpiękniejszym i najsłodszym psem, jaki stąpa po ziemi! Tak wiem.. wszyscy zafiksowani właściciele tak mówią.. ale dlaczego nie? Wolno mi! Psoci, skacze, podgryza, wariuje. Ale tez umie też: "SIAD" i "DO MNIE" ... przeważnie wychodzi jej też "ZOSTAŃ" uczymy się teraz "LEŻEĆ" i "TURLAJ SIĘ". Wiecie? Mnie to niesamowicie odpręża. Jasne czasem mnie frustruje, że coś nam tam nie wychodzi, że Bella ciągnie na smyczy. Jak dobiera mi się do butów, jak podarła mi moja ulubioną koszulkę i dwie pary legginsów, a moje nowe reeboki nadają się tylko do spacerów po polach. Czyste ubrania? Tiaaa.. do pierwszego spaceru. Ale to wszystko jest nieważne! Nieważne z jednego zasadniczego powodu....

ulubiona zabawka... irytująca jak pierun, bo piszczy niesamowicie!


      Jak wiecie, ten rok jest dla mnie trudny. Może tego po mnie nie widać. Może nie ubieram się na czarno i nie obnoszę ze swoim smutkiem, ale to nie znaczy, że nie cierpię. To nie znaczy, że w zaciszu domowym, kiedy zasłony są zasłonięte, kiedy jestem sama, to nie wyję z bólu i rozpaczy! Wiecie, to mi nie mijało. Nie mijały te napady niekontrolowanego płaczu. Szczególnie, kiedy coś nie szło, kiedy bolało, kiedy dopadała mnie bezsilność. W jednym z takich krytycznych momentów, całkiem spontanicznie kupiłam ją... Bellę!
      Jest ze mną już miesiąc... i w tym czasie nie miałam ani jednego ataku płaczu. Jasne dopada mnie melancholia. Ale kiedy czuję, ze zbliża się kryzys biorę ją i idziemy na spacer, rzucam jej piłeczkę lub zwyczajnie wtulam nos w jej mięciutkie futerko i przechodzi. Powiecie... przecież masz Pana M! Mam i kocham go najbardziej na świecie, ale te przeklęte kryzysy dopadają mnie jak jestem sama więc... już nigdy nie jestem sama! Mam Bellę!

zmęczyłam się!


      Pomyślicie... wariatka jakaś! Nie czuję się wariatką! Jestem człowiekiem. Człowiekiem, który kocha zwierzęta, który skoczyłby za swoim pupilem w ogień. Człowiekiem, który potrzebował ...


Kurcze, piszę ten post i ryczę, jak ta głupia.. wybaczcie nieskładne zdania, ale muszę to z siebie wyrzucić!!


Dobra...

      Zaaplikowałam sobie dogoterapię.. piesoterapię.. Belloterapię i już nie będę płakać! Bo ten mały czworonożny cud mi na to nie pozwoli! Myślicie że personifikuję psa? Może i tak, ale wiecie? Wolę psa od ludzi... coś się odludkiem ostatnio robię. Ktoś kiedyś powiedział:

Im bardziej poznaję ludzi, tym mocniej kocham zwierzęta.

AMEN.

moje dwa ukochane szczęścia!!

I na tym zakończę kolejnego emocjonalnego posta! Coś ostatnio sporo tych emocji u mnie.. cóż kobietą jestem prawda?

Serdeczności moc przesyłam i mega udanego weekendu życzę!


pees. przepraszam za słabą jakość zdjęć, ale niestety nie mam chwilowo czym ich robić kompletnie. A i Bella nie lubi pozować, złapać ją w bezruchu? Chyba tylko jak śpi!




Kulturalni ulubieńcy ODC. 16 - Październik 2017

Kulturalni ulubieńcy ODC. 16 - Październik 2017

    

      Październik. Jeden z moich ulubionych miesiąców w roku i wcale nie chodzi o to, że mam urodziny. Bo i nigdy ich jakoś specjalnie nie obchodziłam. A właściwie to przestałam obchodzić, jak skończyłam przedszkole. :D Ot dzień jak co dzień. Ale lubię październik z innego powodu... Październik to długie wieczory pod kocem, październik to mgły które kocham. Wreszcie październik to nieziemskie kolory, które mnie otaczają ze wszystkich stron. Lubicie październik? Co to tego akurat października ... sporo się działo. I kulturalnie i nie kulturalnie. Zapraszam!


1. Piosenka miesiąca lekko


      Eda Sheerana znają wszyscy. Nie uwierzę, że ktokolwiek o nim nie słyszał! Jestem wymagająca... nie ma co do tego wątpliwości. I tu moje kryteria są spełniane w 100%. Niewielu jest artystów, którzy lepiej brzmią na żywo, niż z płyty. Ed taki jest. W październiku w moich uszach królował jego nowy singiel... posłuchajcie!






2. Piosenka miesiąca poważniej



      Ta piosenka znalazła się w tej części podsumowania tylko dlatego, że Michael Buble kojarzy mi się ostatnimi czasy poważniej. Pewnie nie wszyscy wiecie, ale jego synek choruje na raka. Ostatnio czytałam, że chłopiec pokonał choróbsko... ale oficjalnego stanowiska jeszcze nie widziałam. Wracając do muzyki...




3. Książka miesiąca


     


      Wojciech Cejrowski to postać nietuzinkowa. Nie wywołuje letnich uczuć. Jego się albo kocha, albo nienawidzi. Katol, egocentryk o wyrazistych poglądach. Można się z nim nie zgadzać, jeśli chodzi o poglądy na gospodarkę czy światopogląd, ale nie można mu odmówić ogromnej wiedzy i doświadczenia. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam humor WC. Jego programy oglądam z prawdziwa przyjemnością. I to nie raz i nie dwa... Uważam, ze nie da się ogromu wiedzy, jaki autor przekazuje, przyswoić za pierwszym razem. Tak samo jest z książkami. Z bloga wiecie, ze kupiłam ostatnio dwie książki WC. Już je czytałam, ale i tak postanowiłam przeczytać jeszcze raz. I Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anakonda zachwyciły mnie ponownie równie mocno. Jeśli jednak mam wybrać jedną, to zdecydowanie stawiam na Rio Anakonda. I to jest moja książka października!
      O czym traktuje książka? To typowa książka podróżnicza, w której autor opowiada o swoich przygodach w dżungli Amazońskiej. Opowiada o swoim pobycie u Indian z prawdopodobnie ostatniego dzikiego plemienia... Plemienia Carapana. Opowiada tez o swojej przyjaźni z szamanem. Opowiada niesamowicie. Człowiek czytając czasem się czuje niepokój, a czasem płacze ze śmiechu.

Czy polecam? Oczywiście!

W mojej prywatnej skali: 10/10!


4. Serial miesiąca



      Będziecie ze mnie śmiać. Będziecie się dziwić, ze jak to? Ale w tym miesiącu namiętnie oglądałam...



      Dokładnie tak! Włatców Móch! Nie wiem co mnie napadło. Nuda... przesyt wszelkiej maści fantastycznych czy obyczajowych seriali. Sięgnęłam po Czesia i jego kolegów i przepadłam!

      No! Możecie się śmiać!

5. Film miesiąca


      Znów posucha.. ale niezupełna. Wszystkie filmy, które oglądąłam w tym miesiącu sa już starsze i wszystkie kultowe. Bo jak inaczej nazwać obejrzenie cyklu Władca Pierścieni + Hobbit? Cóż.. czasem mnie napada i sięgam po Tolkiena. Czytam jego książki (po raz dwamilionytrzystasiedemdziesiąttysięcyczterystadwydziestysiódmy) i oglądam ekranizacje. No tam mam no! Szczególnie jesienią.


6. Cytat miesiąca

      



Taki był mój kulturalny październik. Jak Wam minął ten miesiąc? Jakieś ciekawe książki? Może filmy, albo seriale?

Jak zawsze zapraszam do dyskusji!




Żyj w teraźniejszości... czyli o tym, jak nauczyłam się pozbywać rzeczy.

Żyj w teraźniejszości... czyli o tym, jak nauczyłam się pozbywać rzeczy.

o tym jak pozbyć się rzeczy
   

      Znacie to uczucie, kiedy żal Wam wyrzucić jakąś rzecz, bo może się jeszcze przyda? A to ładny słoiczek po jogurcie, a to wstążeczka z kwiatów, a to wreszcie jakieś ładne tekturowe pudełko. Albo odkładacie jakąś ładną rzecz na wyjątkową okazję, ta nie przychodzi. I macie w szafie całkiem rzecz, która po czasie staje się za mała/za duża/niemodna. A stosy gazet/katalogów? Gromadzimy najrozmaitsze "przydasie" na jakąś mityczną okazję która nie nadchodzi. A rzeczy przybywa i nie ma ich już gdzie składować. Myślę, że każdy tak ma, lub miał kiedyś. Skąd bierze się taka postawa? Właśnie o tym będzie ten post...


     Znacie to uczucie, kiedy kupujecie jakiś produkt czy to będzie passata pomidorowa, czy jogurt, czy bo ja wiem buty. I ta rzecz ma ładne opakowanie. Natychmiast je odkładacie bo... przyda się do jakiegoś DIY. Nie muszę dodawać, ze żadnego DIY na ogół nie ma, a opakowania stoją nie wyrzucone.
Albo....
      Kupujecie jakąś ładną, wystrzałową rzecz obrus/filiżankę/płaszcz/sukienkę i natychmiast odkładacie, bo to jest rzecz na wyjątkową okazję. Ta okazja nie nadchodzi. Rzecz wisi/leży w szafie i sobie wygląda. Nie mamy z niej żadnego pożytku.
Jeszcze inaczej...
      Macie w domu szuflady pełne niepotrzebnych rzeczy.. jednorazowych sztućców, darmoszki z gazet, pierdół pierdułek, szafy pełne ubrań, których nie założyłyście, ale leżą czekają aż schudniecie, leżą bo sa w sumie dobre i szkoda wyrzucić. To wszystko zawala miejsce.

Macie tak?


   


To jest na specjalną okazję. Z tego zrobię super DIY.



      Ja przed długi czas miałam tą głupią manię chomikowania wszelkiego rodzaju "przydasiów". Szafki miałam pełne wszelkiego rodzaju słoiczków, butelek i buteleczek. Kolekcjonowałam ozdobne pudełka. Nie muszę mówić, ze to leżało i zbierało kurz prawda? Przelało się, kiedy któregoś razu otworzyłam szafkę i wysypał się na mnie deszcz tandety... jeszcze tego samego dnia wszystko poszło do kosza, nie było pomiłuj, że ładne. Wór na śmieci i cześć!
      Moja mama natomiast była mistrzynią "to jest rzecz na specjalną okazję". Miała piękny lniany ręcznie haftowany przez babcię lniany obrus. No cudo! Ale nie używała go, leżał w szafie i... no właśnie co? Miała stertę ręczników, których nie pozwalała używać, bo one są specjalne! Długo zajęło mi przekonanie jej, że rzeczy trzeba używać. A jeśli są nieużywane to wyrzucić, by niewprowadzały chaosu w  domu i w życiu.
      Moja ulubiona ciotka. Ta znów miała szafy pełne pięknych ubrań. Ale ich nie nosiła. To na specjalną okazję Kochanie! Mawiała. Ciociu ale kiedy ta okazja będzie? Przecież połowy tych rzeczy nie miałaś na sobie! No nie dało się przetłumaczyć.
      "To na specjalna okazję" .. życie przyszłością. "Bo zawsze miałem ten kubek" .. życie przeszłością. Może pora zacząć żyć tu i teraz?

Kiedy rzeczy zaczynają rządzić człowiekiem.



      Wbrew pozorom to jak odnosimy się do rzeczy mówi o nas wiele. Mamy w domu piękne rzeczy i ich nie używamy. Stoją i zbierają kurz. Czy nie jest przypadkiem tak, że podświadomie myślimy, ze na nie niezasługujemy? Jednocześnie ciężko się nam rozstać z rzeczami, które gdzieś dostaliśmy za darmo. No bo to za darmo, to prezent to jak to wyrzucić?



-Ta porcelanowa filiżanka jest na specjalną okazję, a nie na codzienne picie kawy!
-A czy kiedykolwiek się z tej filiżanki napiłaś?
-Nie, szkoda mi ją zniszczyć jest taka ładna... 


- Po co Ci ta sterta starych katalogów z Ikei?
- No jak to... dostałam to trzymam
- Ale po co? Są nieaktualne!
- Ładnie wyglądają!
- Aha....



      Rzeczy rządzą człowiekiem. Ostatnio kupiliśmy z Panem M. odkurzacz do liści w Biedrze. Nie był drogi.. więc wzięliśmy. Fajna sprawa. Jasne, to żaden profesjonalny sprzęt.. ale na potrzeby prywatne sprawdza się okej. Co usłyszałam? "Ale po co tego używać, zepsuje się i..." .. to jak? Mam sobie ten odkurzacz postawić na regale i podziwiać? Przecież rzeczy są po to, by z nich korzystać! W sumie rozumiem to podejście.. starsze pokolenie wychowane w gospodarce permanentnego niedoboru ma niejako zakodowane oszczędzanie. Ale dziś? Jeśli coś mam, to tego używam, zepsuje się trudno. Świat się nie zawali. Co o tym myślicie?


   


Rzeczy nie sprawią, że się zmienisz.



      Może piszę w dużym uproszczeniu. Ale czy nie jest tak, że niektórzy w rzeczach znajdują taką.. bo ja wiem oazę bezpieczeństwa? Rzecz nie zdradzi, rzecz nie warknie, wreszcie rzeczy nie odejdą same z siebie. Nie wiem jak Wy się na to zapatrujecie ale z moich obserwacji wynika, że im ktoś ma większe problemy z samooceną tym więcej rzeczy gromadzi wokół siebie. Mam koleżankę, która ma jedna receptę na lepszy humor, na problemy. Kupuje. Bo nowe buty poprawią humor. Bo nowa bluzka sprawi, ze poczuje się bardziej kobieca. Tylko nie dociera do niej, że to tylko pozory. Że problem tkwi w głębi niej samej. I żadna nawet najładniejsza rzecz tego nie zmieni.
      "Jak się ładnie ubierzesz to się lepiej poczujesz." ... nie wierzę w ta "prawdę objawioną". To bzdura (a może nie? daj znać co myślisz). Nawet bym napisała piramidalna bzdura. Jeśli nie masz poukładane w głowie, jeśli nie jesteś że sobą pogodzony to ciuszki nie pomogą. Rzeczy nie pomogą. Co najwyżej spowodują swego rodzaju schizofrenię. Do ludzi maska i pewność siebie, w środku galareta.

     


       Ten post nosiłam w głowie od momentu, kiedy usłyszałam od osoby z bliskiego otoczenia: "ostrożnie rozkładajcie to łóżko, bo te panele są nowe i je porysujecie" .. wtedy w pierwszej chwili miałam ochotę się odwrócić i powiedzieć: "może ja się położę na korytarzu, a tu proszę w drzwiach zawiesić łańcuch na wzór tych w muzeach i dodać karteczkę: Uwaga, tylko do oglądania". Nie żałuję, że zmilczałam. Zwyczajnie niektórzy tak mają.. że czerpią siłę z rzeczy. Niektórzy nie potrafią wyrzucić popękanej miseczki "bo się przyda na chrupki". Rzeczy są ważniejsze niż wszystko inne. I z tymi rzeczami trzeba się obchodzić jak z jajkiem. Czy to chore? Nie wiem. Na pewno niewyobrażalnie smutne.
Tyle ode mnie.


Zgadzacie się?
A może wręcz przeciwnie, uważacie, ze napisałam piramidalne bzdury?
Jak zawsze zapraszam do dyskusji!

Miłego tygodnia!!


pees: Znalazłam na youtube coś przecudownego! Posłuchajcie!!!