Milcząca większość... czyli nie samymi komentarzami człowiek żyje.

Milcząca większość... czyli nie samymi komentarzami człowiek żyje.

milczysz? dajesz zezwolenie na działanie


      Milcząca większość... co to jest? A właściwie kim są ludzie, którzy się do niej zaliczają. Jak wykorzystać ich ogromny potencjał? Jak wreszcie zmusić ich, by może się zaangażowali? A może wcale nie trzeba ich zmuszać? Trzeba robić swoje i swoimi działaniami prowokować ich do kontaktu? Milcząca większość.. czyli dzięki Jasonowi Huntowi uświadomiłam sobie, że nie samymi komentarzami blog żyje! A teraz do rzeczy!


      Znacie Ryśka Nixona? Tak był prezydentem Stanów Zjednoczonych.. prezydentem niezbyt lubianym zresztą głównie za wojnę w Wietnamie. Dlaczego o nim piszę? Bo to on użył pojęcia "milczącej większości". Użył go w kontekście wojny i masowych protestów przeciwko niej. Tłumaczył wtedy pokrętnie, że to owa milcząca większość daje mu przyzwolenie na działania wojenne, a krzykliwa opozycja jest tak naprawdę w mniejszości. Pokrętne myślenie polityka prawda? Coś w tym niewątpliwie jest. Dlaczego?

Jeśli milczysz, to dajesz tym samym milczące przyzwolenie na działania innych, nawet jeśli się z nimi nie zgadzasz...


      Jeśli nie idziesz na wybory, dajesz innym prawo do decydowania o swoim losie. Jeśli nie protestujesz, kiedy za ścianą mąż katuje żonę, to tak naprawdę się z nim zgadzasz. Jeśli nie zgadzasz się z działaniem współpracownika, ale o tym nie mówisz, to dajesz mu swoje przyzwolenie na działanie. Czy reagujesz, kiedy widzisz, że ktoś katuje psa/kota? Nie? Zdajesz sobie sprawę, ze milcząco akceptujesz działanie oprawcy prawda? Takie przykłady można mnożyć. Jasne możecie się oburzyć.. że jak to! Ja się nie zgadzam! Ale jeśli się nie zgadzasz, to dlaczego milczysz? Gorzej! Dlaczego nie interesujesz się tym, co się wokół Ciebie dzieje? Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale swoim milczeniem dajesz przyzwolenie na działanie innym. Warto o tym pamiętać.

milczysz? dajesz przyzwolenie na działanie innym

Wbrew pozorom milczącą większość masz też na blogu i w social mediach...


      Popatrz na statystyki. Ilu masz czytelników/odwiedzających? A ile osób zostawia komentarz, baaa.. ilu zostawia po sobie jakikolwiek ślad? 5%? Na instagramie za sukces uważa się, jeśli pod zdjęciem mamy ok 10% reakcji. A cała reszta obserwujących? Albo Twoje treści do nich nie docierają, albo są w milczącej większości, która cię obserwuje/czyta i swoim milczeniem daje przyzwolenie na twoje działania, Twoje myśli, Twoje słowa. Uwierzcie mi, jeśli ktoś się z nami nie zgadza, to albo sobie od nas pójdzie, albo co prędzej.. napisze nam o tym (w mniej lub bardziej kulturalny sposób). Dlatego i o ta milczącą większość trzeba dbać! Trzeba pisać, trzeba być w social mediach (tak wiem, mnie niemal nie ma.. ale obiecuje poprawę) i trzeba być aktywnym. Dlaczego? Bo jeśli swoimi działaniami sprowokujemy do działania choć kilka procent "milczących", to ruszymy do przodu z kopyta!


Mam nadzieję, że napisałam dość jasno. Jeśli macie jakieś pytania to proszę śmiało! Mam nadzieję, ze będziecie od tej pory pamiętać.. jeśli milczycie to się zgadzacie. Obojętnie, czy to będą działania polityka, dziennikarza, sąsiada czy współpracownika. Nic nie mówisz, znaczy akceptujesz. Oni tak myślą...

Jak to jest z Wami? Pamiętacie o czytelnikach, którzy milczą?
Może sami jesteście takimi milczącymi czytelnikami/obserwatorami?
Sama nigdy taka nie byłam, może powiecie mi.. jak to jest być w tej milczącej większości?

Na koniec serdecznie Was zapraszam na moje kanały społecznościowe:

INSTAGRAM / GOOGLE + / TWITTER   




Muzyka ODC 11 - Moje największe odkrycie ostatnich miesięcy.. KORTEZ!

Muzyka ODC 11 - Moje największe odkrycie ostatnich miesięcy.. KORTEZ!



       Dawno o muzyce nie pisałam i już mówię dlaczego... Zwyczajnie nic nowego nie poruszyło mnie na tyle, żeby o tym napisać. I wtedy trafiłam przypadkiem na niego... Łukasza Federkiewicza znanego szerzej jako Kortez. Jasne, słyszałam o nim już wcześniej, ale chyba nie trafiłam na dobry moment by go słuchać. Aż kilka miesięcy temu może w lutym? Trafiłam znów i przepadłam...

      Może się zdziwicie tym co napiszę, ale Polska na Korteza nie zasługuje. On jest... nawet nie wiem jak opisać to, jak działa na mnie jego muzyka. Ona nie jest łatwa, ale perfekcyjna harmonia dżwięków i genialne teksty sprawiają, że dociera do moich najgłębszych zakamarków duszy. Przewraca bebechy i sprawia, że chcę być lepszym człowiekiem. Nie wiem, czy rozumiecie o czym mówię.. ale tak jest. W tym roku Kortez jest w ekipie Męskiego Grania, stanę na głowie, ale na którymś koncercie być muszę! No uwielbiam go! Słucham codziennie i nie nudzi mi się kompletnie... Posłuchajcie razem ze mną proszę!













To chyba moja ukochana piosenka Korteza.. tu w Opolu. Ja ogladając to w TV miałam łzy w oczach.. koleś mnie gruchocze emocjonalnie! A uwierzcie mi.. to nie jest proste!




A to... cóż to mój ratunek na najgorsze chwile tęsknoty... Chciałabym, żeby mama tego posłuchała..










Moje nawyki.. czyli z przymrużeniem oka o walce ze słabościami.

Moje nawyki.. czyli z przymrużeniem oka o walce ze słabościami.



      Każdy z nas ma takie czynności/zadania, które sprawiają mu trudność, które odkłada/zapomina. Lub takie, których zwyczajnie robić nie lubi. I o tym jest ten post.. o wyrabianiu nawyków. O wtłaczaniu do planu dnia/tygodnia rzeczy, o których zapominamy, a które chcielibyśmy robić niemal mechanicznie. Brzmi dziwnie? Ale powiedzcie mi.. czym innym jest nawyk, jak nie mechanicznym powtarzaniem czynności, co do której czujemy wewnętrzny przymus? Ja to tak odbieram, skorygujcie mnie, jeśli macie inaczej!

      W poprzednim poście, w którym pisałam jak zwiększam ilość wolnego czasu nie wspomniałam o nawykach. Tak dokładnie! nawyki też niesamowicie rozciągają nasz czas! nawyk odkładnia rzeczy na miejsce, nawyk chowania brudnych naczyń od razu do zmywarki, nawyk nie zaglądania do SM w czasie pracy. Możecie się śmiać. Ale u mnie fakt, ze wyrobiłam i nadal wyrabiam w sobie nawyki, że pewne czynności robię niemal mechanicznie sprawia, że po pierwsze mam mniej zagraconą głowę. A po drugie nie tracę czasu na zastanawianie się co gdzie i kiedy!


Nawyki.. czyli jak zostałam rutyniarzem.


      Może to kiepsko zabrzmi. Ale czym innym są nawyki jak nie zwykłym rutynowym powtarzaniem tych samych czynności? No wybaczcie, ale w jak piękne słowa bym tego nie ubrała to i tak wyjdzie na to samo. RUTYNIARSTWO! W wypracowywaniu nawyków o to chodzi. Mnie rutyna ratuje w wielu sytuacjach. Tylko dzięki temu, że wypracowałam w sobie nawyk, jestem wstanie robić wiele rzeczy. Rzeczy na które nie miałam ochoty, lub kłóciły się z moim widzi mi się. Śmiejecie się? Baby tak mają.. mimo że wiedziałam, że coś jest dla mnie dobre, to i tak nie chciało mi się tego robić! Jak to obeszłam?
      Piękne tabelki z BuJo u mnie egzaminu nie zdały. Jasne ładnie wyglądały jak sobie tak kolorowo zaznaczałam.. ale to był wynik. A one same (czynnik pasywny .. patrz post  zwiększaniu efektywności) nie wpływały u mnie na działanie.. szczególnie mnie też nie motywowały więc co takiego mnie motywowało?
      Jeśli mam być szczera to.. Zmuszałam się do robienia pewnych rzeczy. Działałam normalnie na siłę, dopóki mi w krew nie weszło. Wiecie.. jak baba uparta i przyzwyczajona do pewnych rzeczy to się na siłę musi zmuszać do zmian. Nieoceniony był również mój Pan M. który robił pewne rzeczy ze mną. Wiecie w myśl zasady: w kupie siła! Wewnętrzna motywacja to klucz do sukcesu, gdybym nie czuła że powinnam, to wiecie jak to jest: nie chce mi się, za daleko, za gorąco, zmęczona jestem i pierdylion innych wymówek bym znalazła.




Nawyki, z których jestem najbardziej dumna!


1. Zawsze odkładam rzeczy na miejsce.

      Okej nie zawsze, ale w 9 na 10 sytuacji tak właśnie jest. Obojętnie, czy chodzi o ubrania, książki czy dokumenty. To raz, że ułatwia mi życie, bo nie muszę wiecznie szukać, a dwa w mieszkaniu jest zwyczajnie czysto. ALE
      Żeby nie było tak miło, to wypracowanie w sobie nawyku odkładania SZCZEGÓLNIE ubrań na miejsce wymagało u mnie sporo pracy. To nie było tak, że hop postanowiłam sobie i już. Trwało to tygodniami wręcz. W pewnym momencie postanowiłam sobie, że za każda nieodłożoną na miejsce rzecz wrzucam złotówkę do słoika. Musze mówić, że szybko się zapełnił? Ale nic. Udało się. W tej chwili niemal mechanicznie odkładam rzeczy na miejsce i powarkuję na osoby które tego nie robią. Ot.. od bałaganiary do maniakalnej wręcz porządnisi.

2. Codziennie rano szklanka wody z cytryną.

      Słuchajcie, to chyba mój największy sukces! Latami (dokładnie tak!) walczyłam, żeby w sobie wyrobić nawyk picia szklanki wody rano. Czego ja nie próbowałam! Woda stała od wieczora. Przypominajki w telefonie.. No cuda wianki! Wreszcie poprosiłam Pana M! On pamiętał i robił mi ta wodę. Jak już mój organizm się przyzwyczaił i zaczął o wodę wołać, to zaczęłam sobie już sama robić. Dziś to już automat. Wstaję i piję wodę, inaczej nie umiem!

3. Codzienne ćwiczenia.

      Jestem leniwcem totalnym. Nigdy tego nie ukrywałam. Nie lubię się męczyć, nie lubię utrudniać sobie życia. Nie lubię się pocić. Nienawidzę upałów... od +28 wolę -30. Do tego boje się wody.. cóż, jak byłam dzieckiem i wozili nas na basen to się tam mało nie utopiłam (dziecku, które drugi raz było na basenie kazali skakać na głęboką wodę). Od tamtej pory mam lęk przed wodą. I teraz.. jak ja miałam w sobie wypracować nawyk codziennych ćwiczeń? Jeszcze latem pół biedy, hop na rower i 30km zrobione.. ale jak pada, albo zimno? Aż tak zapalonym rowerzystą to ja nie jestem.. Wspominałam że jestem leniem?
      Co zrobiłam? Po pierwsze kupiliśmy rowerek stacjonarny... no oglądam jutuba, słucham podcastów, oglądam webinary i pedałuję! Nawet nie zauważam, że się zmęczyłam czy coś! ALE!
Przeciez rower to nie wszystko prawda? Jak tu się zmusić do poćwiczenia w parterze? No właśnie zmusiłam się. Przychodzi godzina 18.30 i ja czy mi się chciało czy nie powtarzałam monotonnie sekwencje tych samych czynności ruchowych. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem... no i udawało się! Potem była przerwa spowodowana kłopotami z kręgosłupem i... cóż, będę brutalnie szczera: Całą robotę muszę zacząć od początku! Dobrze, ze ten rowerek mam!




Wciąż pracuję! nad...


1. Nawyk niewkładania coca-coli do koszyka z zakupami.

      Cóż wydało się! Jestem uzależniona od coca-coli. Inne napoje słodkie mogą nie istnieć. Ale coca-colę lubię. Może nie piję jej litrami ale cóż.. lubię! Drinuś z coca-colą mmmm MNIAM.. Nie jestem alkoholiczką jakby co! ;)
      Walczę z tym.. nabrałam tego złego nawyku, ze wkładam butelkę coli przy okazji każdych większych zakupów. Zły nawyk! Teraz z nim walczę i... cóż, Pan M. bardzo pomaga. :D A że robimy zawsze zakupy razem to wystarczy jedno zdanie: Kochanie nie pijemy coli, weź sok. I odkładam! Jak jestem sama to wciąż mi trudno! Ehh... oduczanie się złych rzeczy jest trudne!

2. Wprowadzenie quazi koreańskiej pielęgnacji.

      Tiaaaa... wszystkie moje ulubione blogerki kosmetyczne powinny się na ten podpunkt wyszczerzyć do monitorów! To w sumie wasza wina, że zaczęłam poszerzać wiedzę z zakresu pielegnacji! Żeby było jasne! Nie mam zamiaru natychmiast kupować pierdyliarda kosmetyków.. ALE .. jednak te cztery (czy tam pięć, bo się jeszcze nie nauczyłam) kroki w wieczornej rutynie grzecznie wprowadzam. Rano jest to nie do zrobienia, mimo że pracuję w domu.. ale wieczorem? Cóż.. przynajmniej się staram. :D Czy wyrobię w sobie nawyk psikania twarzy tonikiem i nakładania kremu pod oczy? Cóż.. jeśli ja codziennie będę wstanie rano i wieczorem nie zapomnieć by nałożyć krem, to już będzie WIELKI sukces!

3. Poświęcanie minimum 30 minut dziennie na naukę języka obcego.

      Zauważyłam ze smutkiem, ze zanika mi powoli zdolnośc mówienia po angielsku. Cóż.. jak się czegoś nie używa, to się zapomina. Nie używane organy podobno zanikają.. więc może i ze zdolnościami tak jest? Niby nie do końca się z tym zgadzam. Gdyby tak było 80% ludzkości byłoby na poziomie małp człekokształtnych (a może tak jest?), bo zanikły by im mózgi. A wracając!
      Ustawiłam sobie przypominajkę i codziennie o tej samej porze siadam i kuję słówka, czytam po angielsku. W dalszej przyszłości planuję zatrudnienie lektora on-line. Oby się udało!

4. Poświęcenie minimum 15 minut dziennie na poszerzanie swojej wiedzy z zakresu SM.

      Ten punkt to wina Tomka Tomczyka vel Jasona Hunta vel Kominka i jego ostatniego (i pierwszego z kilku zaplanowanych) webinaru. Cóż.. uważam Tomka za autorytet jeśli chodzi o SM i blogosferę. Uważnie czytam co pisze, śledzę co mówi, jak publikuje. To on w swoim wykładzie zmobilizował mnie, by poświęcać codziennie 15 minut na sprawdzanie CO w trawie piszczy. Ciężko mi to idzie, ale staram się. Ustawiłam przypominajkę i... działam. To jeszcze nie jest u mnie nawykiem.. ale myślę, ze w niedługim czasie tak się stanie


      I to wszystko. Niby niewiele, a tekstu zrobiło się sporo. Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali od początku do końca. WIEM, ze niewielu takich jest. Cóż.. żyjemy w świecie pisma obrazkowego. Nic! Podsumowując: Jak to u Was wygląda? Wyrabiacie w sobie nawyki? Widzicie w tym pożytek? Czy może wręcz przeciwnie.. ? Jestem bardzo ciekawa waszych spostrzeżeń!





Jak zwiększyć ilość wolnego czasu. Moje pomysły.

Jak zwiększyć ilość wolnego czasu. Moje pomysły.



      Czas wolny.. któż z nas nie chciałby mieć go więcej. Któż nie narzeka, że czas przecieka mu przez palce, kolejne tygodnie znikają i nie ma czasu na nawet odrobinę odpoczynku, o przyjemnościach nie wspominając. Jesli tak masz, przyjrzyj się swojemu rozkładowi zajęć. Zrób dwa kroki do tyłu i realnie spojrzyj na swoją organizację w czasie. Możesz się bardzo zdziwić! Dziś podsunę ci kilka moich trików na wyrywanie z zabieganych dni kilku/kilkunastu czasem kilkudziesięciu minut wolnego. U mnie te sposoby działają.. u Ciebie będzie podobnie zapewniam!


W domu


1. Sprzątam na bieżąco. 


Kilkanaście minut dziennie na ogarnięcie codziennego bałaganu skraca czas większych porządków. Poza tym polepsza samopoczucie. Przecież przebywanie w ogarniętych pomieszczeniach jest przyjemniejsze. Dlatego codziennie wieczorem przechodzę dom i sprzątam rzeczy, których nie odłożyłam od razu na miejsce. Ogarniam łazienkę, przecieram blaty. Mimo że dom jest duży, to nie zajmuje mi to wiele czasu. Polecam!

2. Zminimalizowałam ilość pierdół porozstawianych wszędzie gdzie się da.


Utrzymywanie porządku w "zagraconych" przestrzeniach to dla mnie zawsze był horror. Przestawianie, odkurzanie i znów ustawianie zajmuje mnóstwo czasu... no chyba że lubisz kurz. Ja zminimalizowałam ilość ozdóbek maksymalnie. Teraz nie mam ich dużo, ale te co mam wystawiam partiami, a nie wszystkie na raz. Teraz wycieranie kurzy nie zajmuje mi wiele czasu. Jeśli do tego dodam fakt, że książki odkurzam odkurzaczem to czas potrzebny na odkurzanie spadł o połowę.

3. Gotuję i mrożę.

Lubię gotować, sprawia mi to przyjemność, tylko że zajmuje to sporo cennego czasu. Dlatego nauczyłam się robić większe ilości i je mrozić. To powoduje, że kiedy nie mam czasu na gotowanie (lub zwyczajnie mi sie nie chce stać przy garach), to wyciągam pudełko/woreczek z zamrażarki i już! Znam dziewczyny, które w ten sposób gotują w soboty na cały tydzień! Z jedzeniem nie dzieje się nic złego, a czas zaoszczędzony jest ogromny.

4. Pranie/suszenie/prasowanie

Kupując ubrania zwracam uwagę na składy, ale też na to, jakiej pielęgnacji będą w przyszłości wymagały. Dlatego zrezygnowałam z rzeczy, które wymagają ode mnie specjalnego traktowania. Przykład? Uwielbiam len.. ale ten gniecie się niesamowicie.. co przy mojej awersji do żelazka sprawiło, że w mojej szafie go nie ma. Jak ja mam godzinę stać, żeby uprasować jedną sukienkę.. to podziękuję. ;)

5. Zakupy


Dla mnie zakupy to przykry obowiązek a nie rozrywka dlatego: Zawsze robię listę! Sprawdzam czego mi brakuje i wpisuję. Do tego na wizyty w sklepach wybieram godziny, kiedy nie ma tłumów.. czyli chodzę do sklepu rano! Dla mnie nie jest problemem wstać o 6 iść z psem a potem zajrzeć do Biedronki i spokojnie w pustym sklepie zrobić zakupy. Wiecie jak to skraca czas? Spróbujcie kiedyś!

6. Deleguj obowiązki!

Naprawdę nie musisz robić wszystkiego sama. Kilkuletnie dziecko jest wstanie posprzątać swoje zabawki (znam takie, więc mi nie wciskajcie drogie mamy, że to nierealne). Twój mąż/partner/partnerka może pozbierać swoje ciuchy i zanieść do kosza na brudy. Ma dwie ręce więc może też pozmywać czy poodkurzać. Zakupy też może zrobić, nie mówiąc już o pójściu na pocztę i odebraniu paczki/listu.


W pracy/w urzędzie


7. Planuj, co będziesz robić.

Powiesz, że się nie da. Serio się nie da z wyprzedzeniem nawet tygodniowym? Chyba nie ma już branż, które działają całkowicie spontanicznie. A może ja w tej chwili cierpię na jakąś pomroczność. Skoryguj mnie! A wracając.. Planowanie skraca czas. Wiem co mam do zrobienia danego dnia, robię to i mam luz. Nie jestem rozedrgana, nie miotam się od jednej rzeczy do drugiej. Nie robię pierdyliona rzeczy na raz.. Nie wiem jak u was, ale u mnie robienie wszystkiego na raz, oznacza ni mniej ni więcej tylko nicnierobienie. Wszystko mam rozbabrane i nic nie skończone. Takie sytuacje mnie nie tyle irytują co wkur...ją. No nie lubię. Planuję robię po kolei i mam spokój!

8. Automatyzuj.

Wszystko co się da urzędowo załatwiam on-line.. wszelkie wnioski, sprawy podatkowe, czy bankowe.  Do części trzeba mieć podpis elektroniczny, ale wyrabia się go raz i jest. A skraca czas niesamowicie. Ostatnio składałam wniosek o nowy dowód. Zamiast iść do urzędu to złożyłam go online (trwało to może 5 minut), teraz muszę tylko iść i odebrać.

9. Limity czasowe i cel

Nie siadam do pracy czy pisania, jeśli nie wiem co będę dokładnie robić i ile mi to mniej więcej zajmie. Prawo Parkinsona mówi: praca rozszerza się by wypełnić czas. I to jest prawda! Jeśli nie określę sobie jasno, że mam na zrobienie konkretnej rzeczy np. godzinę, to często przepadam w mejlach, lub łapię się na przeglądaniu stron lub o zgrozo przeglądam instagrama. Od Aliny Szklarskiej podpatrzyłam też inny trik ograniczający czas i ułatwiający pracę. Grupuję podobne czynności ze sobą. Jak gotuję, to od razu zmywam. Jak pisze notkę to automatycznie dobieram do niej zdjęcia. itp.

10. Na miłość boską odłóż ten telefon i porozmawiaj z żywą osobą.

Tak wiem, ze jestem nudna aż do przesady. Ale bezsensowne scrolowanie instagrama/pinteresta/facebooka to ogromna strata czasu. Jeśli masz problem z organizacją w czasie to warto zacząć od tego. Nałóż sobie limity. Jest taka aplikacja Social Fiver (to na androida, ale na IPhona tez pewnie jest coś podobnego) ona pozwala kontrolować czas spędzany z telefonem w ręku. Wypróbuj. Może się okazać, że spędzasz dwie godziny dziennie bezsensownie scrolując.. lub zwyczajnie robiąc coś bezmyślnego w telefonie. Ja się zdziwiłam bardzo.. jestem ciekawa jak to by wyglądało u ciebie!


Oto one! Niektóre z moich trików/nawyków, które pozwalają mi zaoszczędzić czas. Powiecie nic odkrywczego. Możliwe. Ale warto zbierać taie rzeczy i dzielić się nimi. Wszak można o czymś wiedzieć, ale nie stosować bo... i tu milion wymówek. A ja wam mówię, stosujcie! Ograniczycie straty czasowe! Tak wiem, czasem lepiej popłynąć z prądem. Tylko potem nie marudźcie (jak ja ostatnio), ze wam gdzieś miesiąc uciekł. One uciekają coraz szybciej i szybciej.. niestety!

Serdeczności!!







Na koniec końców prośba.. a właściwie dwie!

1. Proszę włącz stronę główną tego bloga, spojrzyj na to co Ci się wyświetla (bez scrolowania w dół) i powiedz mi.. czy po tym co widzisz, jesteś wstanie powiedzieć o czym jest ten blog?

2. Zapraszam Cię serdecznie na mojego INSTAGRAMA! Szczególnie jak lubisz naturę i... owczarki niemieckie. Bo właśnie tam sporo mojej ukochanej, futrzastej przyjaciółki Belli.

Jeszcze raz serdeczności przesyłam!
Kulturalni ulubieńcy ODC. 22 - Maj 2018

Kulturalni ulubieńcy ODC. 22 - Maj 2018



      Gdzie jest maj? Kto mi go zwędził i sobie przywłaszczył? Ja się pytam KTO! Masakra.. Dopiero było Boże Narodzenia a tu już czerwiec! Ufff... Nic, trzeba z tym jakoś żyć! Jaki był mój maj? I leniwy i pracowity.. Powoli wraca do mnie kreatywność.. sporo czytam. Dalej nie oglądam telewizji i jest mi z tym tak dobrze... Tez tak macie? A wracając do ulubieńców.. paru się ich znalazło! Do dzieła!


1. Piosenka miesiąca lekko


      Rusza nowy sezon Męskiego Grania, to pewnie wszyscy wiecie. Pojawiła się tez piosenka promująca to wydarzenie. Pojawiła się i.. skradła mi serce! Uwielbiam Korteza, Dawida Podsiadło mogę słuchać godzinami, a i Krzysiek Zalewski nie odstaje więc.. cóż posłuchajcie!!!



2. Piosenka miesiąca poważniej.


      Carmen! W maju zasłuchiwałam się w Carmen! Lubicie? Znacie?




3. Książka miesiąca.



      W tym miesiącu miałam problem. Długo wahałam sie co wybrać. Cykl Kwiat Paproci, czy jednak ostatnią część Cyklu Demonicznego... Troszkę na przekór wszystkiemu postawiłam na Kwiat Paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk. Recenzję pierwszego tomu znajdziecie tu: Szeptucha. Serdecznie polecam!

4. Film/serial miesiąca


      Czy oglądałam w tym miesiącu coś fajnego? Jakiś fajny film, lub serial? Tak się teraz zastanawiam i wiecie co? No nie! Jedyne co mi w tej chwili przyhcodzi do głowy to "Na skraju jutra" film si-fi z Tomem Cruise. Czy mi się podobał? Cóż.. to takie w sumie dobre kino. W wielkim skrócie: Obcy przypuszczają atak na Ziemię i zdobywają ją niemal z marszu. Planetę może ocalić tylko jeden człowiek, zamknięty w pętli czasowej żołnierz. Skojarzenia z Dniem Świstaka są jak najbardziej wskazane..

  ZWIASTUN

W mojej ocenie: 6,5/10


5. Cytat miesiąca





      I wsio! Czy mało.. czy dużo? Myślę, ze w sam raz. Opowiedzcie mi proszę, jaki był Wasz maj. tez uciekł tam szybko? Może zdarzyło się Wam coś inspirującego. Chętnie przeczytam!

Uściski!!





4XD .. czyli cztery kroki do poprawienia efektywności.

4XD .. czyli cztery kroki do poprawienia efektywności.



      Działasz, ale stoisz w miejscu. Niby wykonujesz sumiennie plan, ale brak jest wyników. Więc co jest nie tak? Plan jest zły? Ty się nie nadajesz? Cel jest nieosiągalny? A może zwyczajnie potrzeba tylko lekko zmienić podejście. Skoncentrować się na innych aspektach? Cóż.. ostatnio Jacek Kłosiński na swoim blogu opisał metodę czterech kroków, które poprawią efektywność. Nie powiem przeczytałam i myślę.. co za banał! Banał ale... jak już wiele razy pisałam na tym blogu, proste rozwiązania są bardzo często najlepsze. I warto o tym pamiętać!

      Metoda 4XD (od 4 Disciplines of Execution) została opracowana przez trzech panów: Covey'a, Mcchesney'a i Hulinga. Jest bardzo prosta i opiera się na czterech etapach:

1. Wybierz to co najważniejsze i koncentruj się na tym.

      Wybranie najważniejszych celów jest ZAWSZE kluczowe. jeśli masz z tym problem zawsze możesz posiłkować się np. macierzą Eisenhowera. Warto pamiętać, by te zadania były osiągalne i dawały się mierzyć. Obojętnie, czy to będzie zwiększenie ruchu na blogu, chudnięcie czy rozbudowa sklepu internetowego. Zasada jest taka sama: trzeba wybrać kilka celów, określić termin realizacji i konsekwentnie realizować plan.


2. Stosuj dobre aktywne mierniki wyników.

      Pewnie wiecie (albo nie), mierniki dzielimy na pasywne i aktywne. Pasywne to np. ilość wyświetleń bloga. Nie jesteś wstanie wpływać realnie na to, ile osób odwiedzi Twoją stronę. Przecież ich nie zmusisz prawda?  To miernik, na który bezpośrednio wpływu nie masz. Ale pośrednio.. aktywnie możesz na niego wpływać poprzez nawiązywanie kontaktów z innymi blogerami, wzajemne linkowanie, odwiedzanie innych blogerów, zostawianie komentarzy. To wszystko są mierniki aktywne.. na nie masz wpływ, to są twoje działania i te możesz realnie zmierzyć.


3. Zapisuj wyniki!

      To niezwykle ważne. Zapisuj sobie rezultaty. Z mojego doświadczenia wynika, ze jeśli widzi się progres, to wzrasta zaangażowanie. jeśli widzisz, że waga spada, to dostajesz kopa do jeszcze większej aktywności prawda? Jeśli zauważysz, że masz więcej odwiedzających to i chęć do pisania rośnie. Tak jest ze wszystkim... chyba się nie mylę prawda?

4. Rozliczaj się z wykonanych czynności.

      Nie będziesz wiedzieć, czy droga, która obrałeś jest słuszna, jeśli nie zweryfikujesz wyników. Dlatego niezwykle ważne jest, by analizować swoje postępy, wyciągać wnioski i na bieżąco korygować ewentualne błędy. Dlatego warto choć raz w tygodniu zrobić małe podsumowanie. To nie zajmuje wiele czasu, a może pokazać, że zmierzamy w niebezpiecznym kierunku.


      I wsio! Tylko tyle i aż tyle. Prosta metoda, która łączy w sobie dwa najważniejsze filary, na których opiera się efektywność: priorytety i kontrola wyników. Uwierzcie mi, to się sprawdza w każdej dziedzinie.. Ostatnio poleciłam tą metodę koleżance, która ma problemy z utrzymaniem porządku w domu.. krótko mówiąc jest bałaganiarą i zawsze ma milion wymówek by NIE sprzątać. Wczoraj zadzwoniłam i zapytałam jak idzie .. powiedziała mi, że działa! Cóż... to niezła rekomendacja. ;)





Katarzyna Berenika Miszczuk Szeptucha .. czytam bo lubię #9

Katarzyna Berenika Miszczuk Szeptucha .. czytam bo lubię #9



Gosława Brzózka, zwana Gosią, po ukończeniu medycyny wybiera się do świętokrzyskiej wsi Bieliny na obowiązkową praktykę u szeptuchy, wiejskiej znachorki. Problem polega na tym, że Gosia – kobieta nowoczesna, przyzwyczajona do życia w wielkim mieście – nie cierpi wsi, przyrody i panicznie boi się kleszczy. W dodatku nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony. Bogowie nie istnieją, koniec, kropka!

Pobyt w Bielinach wywróci jednak do góry nogami jej dotychczasowe życie. Na Gosię czeka bowiem miłość. Czy jednak Mieszko, najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego do tej pory widziała, naprawdę jest tym, za kogo go uważa? I co się stanie, gdy słowiańscy bogowie postanowią sprawić, by w nich uwierzyła?

Słowiańskie bóstwa, pradawne obrzędy, romans, a przede wszystkim – solidna dawka humoru!


Tyle od wydawcy, a co myślę ja?


      Szeptucha to pierwszy tom z cyklu Kwiat Paproci autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk, trafiłam na niego dzięki Weronice Jagodzińskiej, znanej szerzej jako Szusz.. mojej chyba ulubionej polskiej jutuberce. Cóż.. entuzjastyczna recenzja Weroniki sprawiła, że sięgnęłam po Szeptuchę. Dlaczego? Zachwycił mnie pomysł na książkę. Lata współczesne, ale jakby wciąż troszkę Średniowiecze. Polska jest liczącym się w Europie królestwem... pogańskim królestwem, bo władca Polan Mieszko nie przyjął w 966 roku chrztu. 
      Wiara w bogów słowiańskich (tak jak chrześcijaństwo współcześnie) silna jest na wsi.. duże miasta to jednak domena może nie tyle ateizmu, ale młodzi, wykształceni, obyci odrzucają słowiański zabobon. Taka jest Gosława Brzóska. Właśnie skończyła medycynę i aby zdobyć upragniony zawód, musi odbyć roczne praktyki u szeptuchy... słowiańskiej znachorki. Gosia nie ma wyjścia, pakuje walizki i rusza na prowincję.. i wtedy się zaczyna! Pojawiają się CAŁKIEM NAMACALNI słowiańscy bogowie. Pojawiają się inne istoty, w które Gosia uważała za wymysł otumanionych dawnymi wierzeniami umysłów. Wąpierze? Południce? Rusałki? Strzygi? Przecież one nie istnieją.. cóż, nasza bohaterka szybko przekona się, że jednak istnieją... Wreszcie pojawia się Mieszko, uczeń miejscowego Żercy (kapłana, wróża). Mieszko, który się Gosi BARDZO podoba, a który ma tajemnicę.. jest legendarnym, nieśmiertelnym władcą Polan... (historycznym Mieszkiem Pierwszym).

      Szeptucha, to literatura typowo młodzieżowa. Mamy młodą wyzwoloną (cholernie irytującą i zadufaną w sobie) młodą dziewczynę, która zderza się ze światem. Światem, który świadomie odrzuca, w który zwyczajnie nie wierzy. Dodatkowo Gosława jest hipochondryczką (idealny materiał na lekarza nie ma co), śmiertelnie boi się zarazków i insektów.. ma fobię na punkcie (jakże na czasie) kleszczy (wyobraźcie ja sobie ubraną w strój przeciwkleszczowy, jak zbiera w lesie zioła). Nie ufa medycynie ludowej, odrzuca wierzenia. Cóż.. taka postawa zwiastuje kłopoty.
      Nie wiem jak was, ale mnie takie klimaty bardzo kręcą. Uwielbiam wszystko co słowiańskie. Dlatego książkę pochłonęłam dosłownie w chwilunię. Jasne, jak to typowa młodzieżówka, jest momentami infantylna i naiwna. Ale mi osobiście to nie przeszkadza. Nie spodziewałam się dzieła na miarę Mistrza i Małgorzaty, więc się nie zawiodłam. Sam pomysł na osadzenie książki w takich, a nie innych realiach uważam za bombowy! Jeśli lubicie słowiańskie klimaty, jeśli lubicie literature młodzieżową, to Szeptuchę polecam wam z czystym sumieniem! Sama przeczytałam już dwa kolejne tomy Noc Kupały i Żerca.. a i ostatni tom Przesilenie tez już za mną. Czy będą kolejne.. ?


W mojej prywatnej skali: 6,5/10





Zbliża się 26 maja...

Zbliża się 26 maja...



      Czy kochasz swoją mamę? Czy zadzwoniłeś do niej dziś powiedzieć zwykłe "kocham cię mamo"? A może wciąż się z nią kłócisz, boczysz się na nią, bo czegoś Ci nie pozwala robić. Krzywo patrzy na Twoje postępowanie. Może uważasz ją za głupią, bo jest zacofana, bo nie ogarnia twoich tematów. Uważaj.. jej może zabraknąć, a ty zostaniesz z tęsknotą, bólem, łzami i.. wyrzutami sumienia. Nie czekaj na Dzień Matki.. powiedz swojej mamie już dziś, ze kochasz ją najbardziej na świecie...

      To będzie inny post. To nie będzie post pt. Jak bardzo kocham moją mamę i co jej kupię na Dzień Matki! Cóż.. mojej mamy już nie ma, są tylko wspomnienia i ból. Moja mama umarła 11 maja 2017r dokładnie o 13.21. Minął rok, a moje serce wciąż nie chce się z tym pogodzić. Rozum mówi "ona odeszła, jest już w innym, lepszym świecie", a serducho: "wyjechała na wakacje i niedługo wróci". Pomyślicie sobie: wariatka! Babka ma ponad 30 lat i odczucia małej dziewczynki. Cóż.. może i tak, a może jednak nie? Strata matki to cios w każdym wieku. Nie wierzcie, kiedy wam mówią.. że jak choroba to boli mniej i nie ma takiego zaskoczenia. Śmierć zawsze zaskakuje! Może być spodziewana, ale i tak zaskakuje! Moja mama bardzo ciężko chorowała i w pewnym momencie wiedzieliśmy, że to kwestia nawet nie tygodni a dni. Ale śmierć przyszła nagle... pogorszyło się z godziny na godzinę.. trach i już. Ostatnie nieprzytomne spojrzenie, ostatni gest i ukochana osoba odchodzi. Ale nie o tym chciałam! Dzień Matki!

      Wiecie.. ja podchodzę do tego dnia, tak jak do wszelkich innych dni typu: Walentynki, Dzień dziecka itp. Fajna sprawa tylko... KURDE! Każdy dzień jest, a przynajmniej powinien być dniem matki! Każdego dnia ta w końcu najbliższa nam osoba powinna usłyszeć: "Kocham cię mamo." "Dziękuję ci mamo." "Tęsknię za tobą mamo." Nawet jak jesteś twardym facetem to nie kryj się z miłością do mamy! Dlaczego to piszę? Bo ja tak nie robiłam! W sensie mama wiedziała, ze ją kocham. Ale ja jej tego nie mówiłam tak często jak powinnam! A teraz sobie to wciąż i wciąż wyrzucam. Wczoraj byłam przelotem w Warszawie w biurze, więc podskoczyłam na cmentarz. Spojrzałam na zdjęcie i znów się jak głupia poryczałam. Tyle się dzieje, a ja nie mogę z nią pogadać... Znaczy mogę pogadać do pomnika na cmentarzu, tyle że ona nie odpowie.. więc co to za rozmowa?

      Ehhh stara i głupia jestem. Teraz tez pisząc się poryczałam.. idę do Bell. Na spacer iść nie możemy, ale przytulanie jest jak najbardziej wskazane! A Wy.. powiedzcie dziś mamom, że je kochacie! Jutro może już być za późno...







Yellow dog project.. widzisz żółtą wstążkę przypiętą do smyczy psa? Nie podchodź i trzymaj swojego psa w odległości!

Yellow dog project.. widzisz żółtą wstążkę przypiętą do smyczy psa? Nie podchodź i trzymaj swojego psa w odległości!



      Właścicielu czworonoga, psiarzu.. ile razy ignorowałeś prośby właściciela innego psa, by nie podchodzić? Ile razy mówiłeś: "mój piesek jest bardzo przyjacielski, nic się nie stanie". I wiele razy coś tam się stało i pieski trzeba było rozdzielać siłą. Oczywiście miałeś wtedy pretensje, bo jak tak można.. i dlaczego chodzi się z agresywnymi psami! Do głowy Ci nie przyszło, że to Twoja wina... no bo jak to! No to posłuchaj... to była TWOJA wina! Jeśli dostajesz słowne ostrzeżenie, to się dostosuj. Jeśli widzisz żółtą wstążkę przypiętą do smyczy innego czworonoga, nawet nie pytaj. Odwołaj swojego pupila i nie podchodźcie! Dlaczego? Poczytaj!




Na początek historyjka...

      Warszawa... Pole Mokotowskie. Miejsce, gdzie można spotkać wielu właścicieli czworonogów. Byłyśmy tam z Bell jakiś czas temu, cóż, socjalizacja jest potrzebna. Mała musi znać duże miasta i duże skupiska ludzi i psów. Trzymałam ją na smyczy, mała poznawała świat, witała się z innymi psami. Na ludzi uwagi nie zwracała. Wszystko było okej... do czasu. W pewnym momencie pojawił się mały york.. był ewidentnie niestabilny, cały czas szczekał. Podbiegał do innych psów, z upodobaniem je obszczekiwał. Próbował łapać za łapy. Właścicielka kompletnie go nie kontrolowała. Beztrosko się śmiała wołając: "proszę się nie denerwować, on jest bardzo przyjacielski, on się tylko chce bawić". Moja Bella jest przyjacielska do innych psów. Ciekawska, ale absolutnie nienamolna. Ale ten szczur ją zwyczajnie zirytował. Widziałam to w jej postawie (postawiła uszy, usztywniła się). Próbowałam przejść, ale york ujadał i biegł za mną.  prosiłam właścicielkę, żeby odwołała psa. Muszę pisać, że mnie zignorowała? Cóż.. dość, że Bella najpierw warknęła, a jak to nie podziałało, to przydusiła agresora do ziemi i kłapnęła zębami. To była sekunda. Nic mu nie zrobiła, ale pokazała, że się jej nie podoba zachowanie tego drugiego. Wściekły atak właścicielki yorka mnie nie zaskoczył! Baba wrzeszczała, że moja sunia jest agresywna. że powinna mieć kaganiec (owczarki niemieckie nie musza chodzić w kagańcach, o ile właściciel nad nimi panuje), że trzeba ją zutylizować, że ona policję wezwie. Powiedziałam jej, żeby wzywała, a potem pokazałam kamerę.. A tak naprawdę to miałam ochotę przywalić jej czymś ciężkim w tej jej głupi farbowany na blond łep!

      Co byście zrobili na moim miejscu? Czyja była wina? Moja, czy tamtej pani? Stanęłam, prosiłam, żeby odwołała psa. Mało tego, Bella była trzymana na krótko... mało tego, moja sunia to jeszcze szczeniak, ma dopiero 10 miesięcy! I teraz.. co by było, gdyby zamiast Belli trafił się niestabilny emocjonalnie pies? Obojętnie, czy byłby to owczarek, labrador czy wyżeł...przecież z tego yorka zostałyby drobne szmaty! Przecież nie wszystkie psy są przyjacielskie. Nie wszystkie są w pełni zrównoważone, a te potrafią nerwowo reagować na inne czworonogi czy nachalnych, nieznanych sobie ludzi. To nie jest ich wina. Mogą być chore i zwyczajnie źle się czuć! Mogą być w trakcie rehabilitacji lub szkolenia. Mogą mieć za sobą nieprzyjemne przejścia. Wreszcie właściciel mógł nieco zaniedbać ich socjalizację. Zdarza się, jak to mówią, w najlepszej rodzinie! Dlatego powstała akcja: The yellow dog project.




      The yellow dog project to akcja, propagująca używanie żółtego koloru jako sygnalizacji, że nasz piesek ma problemy i prosi w ten sposób, żeby się nie zbliżać. Powody są w takiej sytuacji nieważne. Żółty kolor to jasny przekaz: STOP! Mam problemy, proszę nie podchodź do mnie!
      Jeśli masz psa, który jest przyjacielski do innych psów tak bardzo, że podbiega do każdego. Zwracaj uwagę na to co mówią właściciele innych psów. Jeśli masz małego pieska, który uwielbia obszczekiwać inne zwłaszcza większe od siebie, zacznij z pupilem pracować i zwracaj uwagę na inne psy podwójnie. Z moich doświadczeń wynika, że to właśnie małe, niewychowane psy zabawki są przyczyną większości problemów. Ich beztroscy właściciele nie dbają o odpowiednie wychowanie bo... no przecież on jest taki mały, nic nie zrobi. No właśnie może zrobić! Może zostać poturbowany przez większego psa.. a z tego to już tylko problemy!
      A co z dziećmi? Czy pilnujesz dostatecznie dobrze swojego brzdąca? Czy uczysz go, że obce psy to nie to samo co Pikuś/Brutusek/Pako/Roy, z którym się bawią na co dzień? Gorzej.. ze to nie są pluszowe zabawki, które ma postawione na półce? Kogo obwinisz, jeśli dziecko podbiegnie do obcego psa, bo będzie się chciało bawić, a pies kłapnie zębami? Siebie czy psa? Pamiętaj, że psy są różne. Że czasem maja problemy. Niezaczepiane zignorują i ciebie i twoje dziecko... zaczepione mogą pokazać zęby.



I tak na koniec...

Znacie ta akcję? Słyszeliście o niej?
Co o niej myślicie zwłaszcza w kontekście ostatnich tragicznych wydarzeń, kiedy to psy pogryzły dzieci...
Co myślicie o takim symbolu? Warto?
Czy teraz kiedy zobaczycie żółty symbol na obcym psie będziecie ostrożniejsi?

Buziaki od Belli!





Copyright © 2014 Draqilka.. rozwijajmy się razem , Blogger