Zrobić i już czy udoskonalać w nieskończoność?

Zrobić i już czy udoskonalać w nieskończoność?



      Ola Budzyńska... niewyczerpane źródło inspiracji i wiedzy. Osoba niebywale ciepła, kreatywna i zabawna. No uwielbiam ją. To ona i zdarzenie sprzed kilku dni sprawiły, ze po raz kolejny postanowiłam napisac o perfekcji. Tym razem z punktu widzenia osoby, która zderza się z chorobliwym perfekcjonistą i nie bardzo wie co w tej sytuacji zrobić. Jesteście ciekawi o co chodzi? Otóż:

Zaczniemy od historyjki!


      Ja i ona.. ja osoba która odrzuciła chory perfekcjonizm, na rzecz realnego i zdrowego działania i ona .. chorobliwa perfekcjonistka. Zderzenie dwóch światów. Mojego.. pełnego spokoju, relaksu, gdzie stres pojawia się naprawdę sporadycznie i jej... gdzie króluje napięcie i bieg. Ja.. kobieta po 30, która uciekła z wielkiego miasta na wieś i ona, która pokonała dokładnie odwrotną drogę. Jednym słowem dwa odmienne podejścia do życia. I te dwa podejścia spotkały się przy jednym wspólnym projekcie. Było ciężko! Serio.. gdy tylko wydawało mi się, że już dochodzimy do wspólnego stanowiska, kiedy myślałam, że widzę światełko w tunelu ONA znajdowała powód by znów wszystko cofnąć. Cóż.. cierpliwości starczyło mi na dwa tygodnie. Po tym czasie powiedziałam DOŚĆ. Szkoda mi było czasu na coś.. co w moim rozumieniu nie mogło skończyć się pozytywnie, bo druga strona, przez swój chorobliwy perfekcjonizm, nie potrafiła pójść na nawet minimalne ustępstwo. Czy żałuję? Nie. Szkoda mojego czasu i nerwów. Cóż.. nie mam już cierpliwości do ludzi, którzy ulepszają w nieskończoność coś, co jest już wystarczająco dobre. Bo wiecznie nic im nie pasuje to ich wyimaginowanego, nierealnego widzimisię.
Swoją drogą, jak to jest u Was?


Chorobliwy perfekcjonista


       Mniej więcej w tym samy czasie, kiedy walczyłam z chorobliwa perfekcjonistką Ola wypuściła kolejny webinar... nomen omen o perfekcjonizmie (Sylwia mam nadzieję, że udało Ci się obejrzeć!). Obejrzałam (dwa razy) .. pomyślałam, przetrawiłam i postanowiłam, że Wam napiszę o moich odczuciach! No bo kim jest chorobliwy perfekcjonista? Osobą upierdliwą do granic możliwości? Wrednym czepiającym się o wszystko typem? A może nieszczęśliwym człowiekiem, który wyznacza sobie jakiś nierealny/wydumany cel. Więc siłą rzeczy go nie osiąga, co prowadzi do obwiniania samej siebie. Czy łatwo żyć/współpracować z osobą, która żyje w świecie wszystko albo nic? Dla której coś jest albo białe, albo czarne, więc odrzuca propozycje jedna za drugą, bo nie spełniają wyśrubowanych do granic niemożności kryteriów? Która potrafi latami czegoś nie zrobić, bo czeka na idealny moment? Czy jesteś chorobliwym perfekcjonistą? Jeśli tak, to czy pomyślałeś może, jak ciężko jest z tobą obcować? A może w chwilach przebłysków, zastanawiałeś się.. skąd Ci się to u licha wzięło. Bo przecież jako dziecko taki nie byłeś.


 Perfekcjonizm torpeduje nasze zamiary


      Dokładnie tak. Chorobliwy perfekcjonizm powoduje, że nie realizujemy swoich celów. Że koncentrując się na jakimś aspekcie, zaniedbujemy całą resztę swojego życia. Zapominamy, że nawet jeśli coś (w naszych oczach) nie jest perfekcyjne, to wcale nie znaczy, że jest byle jekie (pisałam wyżej.. czarne albo białe.. innych kolorów brak). Więc co zrobić, żeby odpuścić? Podstawowe pytanie: chcesz się nauczyć odpuszczać?  Czujesz się już tak zmęczona i przytłoczona, że nie masz sił? Cóż.. odpuść. Ja wiem, że łatwo to napisać, powiedzieć. Że to nie jest tak PSTRYK i już. Wiem, bo sama przez to przechodziłam. To był cholernie długi proces. Były łzy i chwile załamania. Był wstyd... bo puszczałam w świat coś, co w moim odczuciu nie było do końca dopieszczone. I wiedziałam.. a właściwie wydawało mi się, że wszyscy to obśmieją, a szef wywali na zbity pysk! Ale tak nie było! Otoczenie odetchnęło z ulgą! Więc za każdym kolejnym razem (nie wiem czy to po polsku jest) było mi łatwiej. A ile czasu nagle zyskałam! To było moje największe pozytywne odkrycie! Czas.. czas dla bliskich, czas by odpocząć, czas by nicnierobictylkolezećigapićsięwsufit. Co polecam każdemu chorobliwemu perfekcjoniście. Żeby się odważył. Żeby skupił się na drodze do celu. By potrafił ten cel realnie określić. By się nie bał, bo to strach rządzi perfekcjonistami... tak mi się wydaje...

Na koniec zostawiam linki, to postów, w których już wcześniej poruszałam temat perfekcjonizmu:

Tyrania perfekcji czyli pochwała porażek
I chciałabym i boję się.




Trudi Canavan Trylogia Zdrajcy .. czytam bo lubię #7

Trudi Canavan Trylogia Zdrajcy .. czytam bo lubię #7



Jako syn nieżyjącego Wielkiego Mistrza Akkarina, wybawcy
miasta, oraz Sonei, niegdyś dziewczyny ze slumsów, a obecnie
Czarnego Maga, Lorkin musi stawić czoło dziedzictwu
heroizmu i żądzy przygód. Kiedy więc Mistrz Dannyl obejmuje
stanowisko Ambasadora Gildii w Sachace, Lorkin
zgłasza się na jego asystenta w nadziei, ze uda mu się
dokonać jakichś wielkich czynów.

Kiedy nadchodzi wieść, ze Lorkin znalazł się w niebezpieczeństwie,
prawo zakazujące Czarnym Magom opuszczania
miasta pozwala Sonei jedynie mieć nadzieję, że Dannyl
pomoże jej synowi. Na dodatek cery potrzebuje jej pomocy
jak nigdy dotąd: ktoś morduje Złodziei, a kiedy ofiara pada
rodzina Cery'ego, dawny przyjaciel Sonei odkrywa,
że Łowca Złodziei posługuje się magią.

Albo kolejnych Złodziei zabija ktoś z Gildii, albo na ulicach
Imadrinu znów pojawił się dziki mag. Tym razem ma on
jednak pełną kontrolę nad swoją mocą - i nie waha się
używać jej, by zabijać.


Tyle od wydawcy, a co myślę ja?


      Z australijska pisarką Trudi Canavan po raz pierwszy spotkałam się kilka lat temu, kiedy czytałam Trylogię Czarnego Maga. Dobrze pamiętam historię Sonei i Akkarina. Historię dorastania Sonei, historię walki o miłość i pokój. Dlatego jak wypatrzyłam w Biedronce Trylogię zdrajcy, która opisuje ciąg dalszy nie mogłam nie kupić i nie przeczytać. Jak oceniam dzieło Trudi Canavan? Co o nim myślę? Cóż...



      W cyklu mamy jak dla mnie dwa główne wątki... Lorkina.. syna Sonei i Akkarina. Mężczyzny, który żyje w cieniu bohaterskich czynów swoich rodziców, który rozpaczliwie wręcz szuka sposobu by osiągnąć coś samodzielnie. Cóż.. nie dziwne, ze czmycha przy pierwszej nadarzającej się okazji prawda? A to że potem zaczynają się kłopoty? Nikt nie mówił, że będzie łatwo.  Drugim wątek to Sonea.. Sonea, która żyje w cieniu, która całkowicie podporządkowała się prawom Gildii, która prowadzi swoje lecznice i właściwie niczym poza tym się nie zajmuje.. bo jej zwyczajnie nie wolno. Wszystko się zmienia, kiedy wybucha wojna w półświadku. Ktoś zabija złodziei.. Cery po tym, jak zostaje zamordowana jego rodzina mówi dość. Stara przyjaciółka nie zostawia go w potrzebie.. Jak za dawnych czasów Sonea i Cery ruszają na polowanie. Brzmi ciekawie? Dla mnie zdecydowanie tak.. szkoda tylko, że wykonanie jest zwyczajnie słabe.



      Po tych paru latach zapomniałam, jak rozwlekle pisze Australijka. Jak wolno rozwija się akcja. Jak momentami irytująco zachowują się bohaterowie. Nie będę ściemniać.. czytało mi się opornie. Niby sam pomysł bardzo fajny.. a jednak coś mi nie pasowało. Długo myślałam o tym co... i już wiem. To styl autorki. Powolny, niby drobiazgowy, momentami infantylny. Nie wiem, czy to celowy zabieg czy nie. Ale ja się męczyłam. Chciałam tą serię już skończyć a tu stron nie ubywało jak zwykle.. Momentami, jak czytałam to miałam wrażenie, ze mogłabym czytać co trzecią stronę i nie straciłabym nic z treści! Powiem brutalnie.. miałam wrażenie, że coś, co spokojnie mogło zająć max dwa średniej wielkości tomy zostało sztucznie podwojone. Irytujące nooo... Nie mówię, ze ta książka jest jakoś skrajnie zła. Ale ja mam zdecydowanie większe wymagania.


W mojej prywatnej skali: 5/10





Prostota .. czyli odłącz się i oczyść umysł

Prostota .. czyli odłącz się i oczyść umysł



      Cześć Witajcie!

      Minimalizowanie bytności w sieci, upraszczanie relacji, oczyszczanie umysłu ze zbędnych rzeczy. Odłączanie się od świata i bycie tylko ze sobą i naturą... Ostatnio na nowo odkrywam nie bycie tam, gdzie wszyscy są. Mam dość socjal mediów.. facebooka, który poprzez dziwne algorytmy próbuje sterować tym co lubię i czego nie lubię. Jeśli jeszcze tego nie zauważyliście.. to proponuję założyć okulary. Instagrama, który ewidentnie idzie drogą facebooka, w sumie jeden właściciel, to i polityka ta sama. Youtuba.. który również podsuwa mi nie to, co chcę oglądać (subskrybowane kanały), ale co innego cenzurując lubianych przeze mnie jutuberów. Mam dość.. Odłączam się .. pora na detoks!

      Prostota i minimalizm.. ostatnio jestem na tym polu coraz bardziej zafiksowana. Ale zafiksowana w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Oczyszczam swoje otoczenie z ludzi i rzeczy coraz bardziej. Momentami mnie to przeraża, ale z drugiej strony powtarzam sobie.. po co mi rzeczy, których nie używam od lat. Po co mi znajomości, które albo istnieją tylko teoretycznie, albo istnieją wtedy, kiedy ta druga strona coś chce... Oczyszczam tez umysł. Zminimalizowałam bytność w internecie.. tak wiem, dla blogerki to może zabójstwo.. trudno. Ale ja poczułam taki przesyt, że już (przepraszam za wyrażenie) rzygałam całym szambem, które tam jest. O facebooku i jego chorych algorytmach mogłabym chyba elaborat napisać. Wkurzam się scrolując instagrama w poszukiwaniu ulubionych mniejszych twórców.. ale nie, algorytm pokazuje mi tych, jego zdaniem najpopularniejszych i ich zdjęcia sprzed czasem kilku dni, a nie zdjęcia mniejszych twórców. Jeszcze na prywatnym profilu, gdzie nie mam polubionych wielkich kont jest okej, ale na tym blogowym to jakiś koszmar(a nie jest ono duże!!!!). Youtube nie pokazuje mi na bieżąco filmów subskrybowanych przeze mnie twórców.. dopiero kiedy wchodzę na ich profile odkrywam, że jednak coś dodali. Czasem nie widać nowych filmików! Osoba taka jak ja.. która wyłapuje te wszystkie manipulacyjne mechanizmy wkurza się podwójnie.  Dlatego postanowiłam to wszystko jeszcze bardziej zminimalizować.. czuję się przez to taka świeża!


Odłącz się!


      O tak! Wiecie... po wielkich bólach nauczyłam się już, że świat wirtualny może się okazać dla mnie zabójczy. Kiedyś jak tylko wstawałam chwytałam za telefon i przeglądałam portale. Nawet do łazienki szłam z telefonem! Moje spotkania ze znajomymi przerywało wieczne zaglądanie do telefonu. Szwankowała komunikacja, łatwiej było coś napisać przez gg/skypa/messengera niż powiedzieć wprost.. prosto w oczy. Niby czułam, ze to nie do końca w porządku, ale to było silniejsze ode mnie. Bałam się, że coś przegapię, że ucieknie mi jakaś mega ważna informacja. Cóż byłam uzależniona... A dziś? Dziś nawet nie pomyślę, by rano zajrzeć na portale.. o nie! Wstaję o 6 ubieram się i biegnę do psa! Bella już stoi w starterach. Jak zbiegam po schodach, słyszę, że niecierpliwie przebiera łapkami. Sunia wie, że idziemy na spacer.. co prawda ten krótszy, ale zawsze! Wiecie... to najwspanialsze rozpoczęcie dnia! Czasem niechcący wystraszymy sarenki, a czasem oburzony bażant wyzywa nas z wysoka. Ale my zadowolone maszerujemy sobie przed siebie!
      Dlaczego o tym piszę? Bo każdy z nas potrzebuje odłączenia od sieci! Nie można być non stop online! Poobserwujcie siebie.. sprawdzacie skrzynkę mejlową co chwilę? Mimo, ze nie ma tam nic, mimo że nie odpowiadacie na wiadomości.. ale i tak sprawdzacie. To samo facebook, instagram... Cały czas gotowi do działania.. cały czas jakby podpięci wtyczką do prądu. Wiecie, ze naukowcy udowodnili.. że niebieskie światło emitowane przez ekrany smartfonów/tabletów nie tylko zaburza zdolność mózgu do rozpoznawania pory dnia, ale również źle wpływa na sen? Nie możesz zasnąć, więc patrzysz w telefon/tablet.. przez to dostarczasz organizmowi wciąż nowych i nowych bodźców. A potem się dziwisz, że rano budzisz się zmęczony... cóż, sam sobie ten los gotujesz.
      Czy jest na to rada? Ważne jest, by wygospodarować w ciągu dnia choc pół godziny, kiedy nawet nie pomyślimy o wirtualnym świecie. Na początku będzie trudno, bo ręce same będą się rwały by spojrzeć. Ale z czasem mózg nauczy się relaksować. Ważne, by tego nie zaniedbywać. By te pół godziny było zawsze o tej samej porze. Nie mówicie mi że się nie da... to tylko wymówka, by nic nie robić. Powiesz.. jestem blogerką! Muszę sprawdzać! Guzik prawda.. świat się nie zawali, jak sobie odpuścisz na pół godziny.
      To jak odłączysz się ze mną? Wygospodarujesz te kilkadziesiąt minut w ciągu dnia? Wykorzystaj ten czas by poczytać, by porozmawiać z partnerem, by zwyczajnie pomilczeć gapiąc się w ścianę. By się wyciszyć.. by dać umysłowi chwilę odsapki od pierdyliarda bodźców.  To jak?


Oczyść umysł!


      Nasze umysły sa pełne ogromnych hałd śmieci. Nie ma co z tym stwierdzeniem dyskutować prawda? Przepełniają je miliony zobowiązań, układów, rzeczy które trzeba pamiętać. Do tego dodajmy pierdyliardy rzecz, które wpadają tam niejako przypadkiem.. bo coś tam zobaczymy, usłyszymy. To wszystko sprzyja napięciu.. a napięcie to gigantyczny spadek efektywności (w długim czasie zawsze).
Przykłady?

  • kładziesz się do łóżka, zamykasz oczy i nagle jak na przyspieszonym filmie widzisz cały intensywny dzień;
  • zaczynacie rozmowę z mamą i nagle łapiecie się na tym, że siedzicie z nosem w telefonie, bo coś tam się wam przypomniało
  • w najmniej oczekiwanym momencie przypomina wam się coś, co was uwiera, więc zaczynacie to roztrząsać w nieskończoność, pomimo, ze jesteście np. w trakcie ważnego spotkania.

      Mam tak samo! Może teraz coraz rzadziej, ale mimo wszystko nadal mi się zdarza. Zapytacie z czego to wynika... ano nasze mózgi bombardowane informacjami nie przełączają się na tryb wypoczynek/relaks/seks. Niestety w dzisiejszym świecie musimy się tego przełączania uczyć na nowo.. musimy w sobie wyrabiać nawyki... wprowadzić do naszego życia pewne rytuały. Ja na mój rytuał opróżniania głowy wybrałam wieczór.
      Mam przy łóżku taki specjalny notes (w tej metodzie pisanie na kartce zwykłym długopisem jest kluczowe, bo eliminuje pokusę, by dostarczyć dodatkowych bodźców, by tylko na chwilę zajrzeć wiecie gdzie....). Zawsze wieczorem otwieram go, uśmiecham się do siebie i zaczynam pisać. Nie zastanawiam się specjalnie co piszę. To nie ważne. Piszę wszystko, co przychodzi mi do głowy. wyrzucam z umysły wszystkie niepotrzebne śmieci. To co mnie boli, co zrobiłam, czego nie zrobiłam. Co powinnam kupić. Jednym słowem wszystko. Opróżniam umysł. wiecie co jest w tym wszystkim najciekawsze? Czasem nie mam co zapisać, bo dzień był... leniwy. wtedy zaczynam pisać: nic się nie działo, nudy, spokój.. więc nie ma co zapisać.. nie ma co zapisać.. nie mam co zapisać.. i po chwili jednak umysł podpowiada, ze jednak coś tam jest, coś uwiera. Ważna uwaga... niewolno wprowadzać cenzury. Wszystko to wszystko.. przecież nikt postronny tego czytał nie będzie! teściowa zalazła ci za skórę? Napisz co o tym myślisz.Szef się czepia? Dalej ulżyj sobie! Wyrzuć z siebie wszystko co boli (kiedy później spojrzysz na te notatki będziesz mieć idealny materiał do zrobienia mapy myśli.. ale o tym wkrótce).



      To pora na małe podsumowanie...
Rytuał odłączania i rytuał opróżniania głowy czasem ratują mi życie. Może nie w sensie dosłownym, ale kiedy głowa mi pęka od nadmiaru bodźców to zdecydowanie pomagają. Kiedy nakręcam się na jakiś projekt. Kiedy mam jakiś problem komunikacyjny no to... no właśnie. Czasem tak jest, że ktoś (lub coś), tak bardzo zalezie nam za skórę, że nie możemy przestać o tym myśleć. Wtedy warto odłączyć się, wyciszyć, wyrzucić z siebie wszystko... Jeszcze lepszym rozwiązaniem jest uprzedzanie faktów. Czyli relaksowanie i opróżnianie umysłu codziennie. To pomaga. Jestem tego najlepszym przykładem! Może przy okazji przypomnisz sobie, odkryjesz na nowo radość jaką daje pisanie długopisem? Może docenisz te chwile, kiedy jesteś sam ze sobą? To jak? Spróbujesz?




Kulturalni ulubieńcy odc. 20 - MARZEC 2018

Kulturalni ulubieńcy odc. 20 - MARZEC 2018



      Cześć Witajcie!!

Ulubieńców jakoś łatwiej się pisze... może dlatego, że są podani na tacy, nie trzeba się specjalnie wysilać... Nie wiem. Fakt faktem.. poczułam wewnętrzny przymus, by o nich napisać. Może to znak, że kryzys mija? Oby, bo powoli dopada mnie frustracja... Nic. Dam radę.. bo jak nie ja to kto? Dlatego piszę! Oto oni.. moi marcowi czasoumilacze.

Zapraszam!

1. Piosenka miesiąca lekko.


Cóż.. mam problem z wyborem. Bo z jednej strony wciąż katuję Pitch Perfect.. z drugiej Ed Sheeran i Justin Timberlake. Postawię jednak na Eda... nikt tak jak on, nie wpływa na mój nastrój. Jego głos to balsam...


2. Piosenka miesiąca poważniej.


W tym miesiącu katowałam muzykę filmową. Czytaj totalny koktail w którym jednocześnie pływali Hans Zimmer, Ennio Morricone czy Johna Williamsa. w wolnym tłumaczeniu zasłuchiwałam się w muzyce z Gwiezdnych wojen, Piratów z Karaibów, Harrego Pottera, Gladiatora, Króla Lwa... mogłabym pisac i pisać... ciężko wybrać z tego jedną rzecz. Więc polecę Wam WSZYSTKO! Serio.. kiedy za oknem mamy tak okropną pogodę (nie wiem jak u Was, ale u mnie śnieg na zmianę z ulewą) .. muzyka filmowa ratuje życie. A link... przekornie podrzucę Wam finałową piosenkę z Pitch Perfect 3 .. tak katuję ją non stop chyba. ;)




3. Książka miesiąca.



      Mam problem z wybraniem jednej książki bo w marcu przeczytałam ich sporo. Ale z sentymentu wybiorę najnowszy tom Jeżycjady. Dlaczego? Jeżycjada to moje dzieciństwo..Jeżycjadę podsunęła mi pod nos moja ukochana mama i tak dorastałam z bohaterami cyklu. Mój ulubiony bohater? Zdecydowanie Ida Borejko.. no uwielbiałam ją. Wybuchowa, nietaktowna o ciętym języku.... no wspaniała!! Nie ma co ukrywać.. nie jestem obiektywna, jeśli chodzi akurat o ten cykl.. bo jak można być, jeśli się z książkami dorastało?? Ja wiem... nie wszystkie tomy Jeżycjady są mega, że momentami to sztampa, stereotypy i tak dalej... ale wiecie? Za każdym razem jak ma wyjść nowy tom, to czuję tak wielkie podekscytowanie, że aż się sama z siebie śmieję. Czy polecam? Zawsze całym serem.. całość, najlepiej kilka razy. Nie ma opcji żeby nie pokochać Ignacego Borejki, by nie rozczuliła miłość między seniorami rodu. By Ida nie rozbawiła do łez. Jeśli jeszcze Jeżycjady nie znacie... to BŁĄD!!


4. Film/serial miesiąca.


      Powiedzcie mi... czy to normalne, że ja straciłam kompletnie zainteresowanie szklanym ekranem? Że wolę iść na spacer, poczytać książkę niż wgapiać się w TV? Żeby nie było.. coś tam oglądałam, ale to nie było nic, co mogłabym polecić z czystym sumieniem. No przykro mi.... albo i nie.....


5. Cytat miesiąca.




      To tyle ode mnie... Post krótki, ale treściwy. Bardzo jestem ciekawa co u was się dzieje! U mnie coraz lepiej.. chyba kryzys mija. Dziś udało mi się nawet napisać kilka sensownych zdań. Więc idzie ku dobremu!

Pozdrawiam serdecznie!!




Kryzys twórczy... jak go pokonać?

Kryzys twórczy... jak go pokonać?

nic mi się nie chce

Cześć witajcie!

      Ależ złapałam doła przesileniowego! No tak źle jak w tym roku, to chyba nigdy nie było. Nie jestem wstanie napisać trzech zdań na bloga. Serio.. łapię się na tym, że niby zaczynam pisać i odpływam.. Odpływam myślami nawet nie wiem gdzie. Zawieszam wzrok na świeżo rozkwitniętym amarylisie i tak ucieka mi pół godziny.. Macie tak czasem?

      Żeby nie było, nie marudzę.. no może trochę. Mam masę innych ciekawych rzeczy do robienia. Książki czekają na przeczytanie. Bella patrzy wilkiem i wymusza wręcz spacery, przytulasy i ganianie z piłką. Ale mi brakuje blogowania i jednocześnie coś się we mnie zacięło. Pomysłów mnóstwo a słów brak. Albo nie mogę napisać nic.. albo pisze takie bzdury, że sama się zżymam na samą myśl o publikacji. Po protu wszystko wydaje mi się takie wtórne, bez polotu, bez błysku. Jasne mogłabym to zwalić na pogodę i osławione przesilenie wiosenne..tylko że to cholercia nie w moim stylu! I co tu zrobić? Ano ...


Zaakceptuj!?


      Otóż to... przekopałam pół internetu i niemal wszyscy piszą to samo! One (te kryzysy) się pojawiają u każdego. Nie ma bata, żeby nie przyszły. Ot.. normalna kolej rzeczy. Dopadają każdego twórcę, szczególnie tych, którzy starają się kreatywnie tworzyć nowe treści. To taka swoista sinusoida.. po fali wzrostowej, zawsze następuje spadek. Także ten, nie ma co z tym na siłę walczyć. Warto się na to przygotować i mieć zawsze coś w zapasie. Ja nie mam i dlatego mam problem, zdecydowanie nie powielajcie tego błędu!
      Cóż mój drogi kryzysie.. zaakceptowałam Cię, nie mam zamiaru się z tobą boksować, szkoda mi na to nerwów. Festina lente.. śpiesz się powoli. To moja dewiza!

Szukaj inspiracji u innych!?


      O tak... szukam. Przekopuję blogosferę i.. nic. Przekopuję pinteresta i.. nic! Zostają mi książki! O tak.. tu wsiąkłam na całego. Czytam więcej niż normalnie.. pochłaniam książki jedna za drugą. Nie żebym narzekała. Co to to nie! W sumie takie odwracanie uwagi od niemocy twórczej bardzo mi służy. Stos książek "do przeczytania" się zmniejsza. Pojawia się tylko pytanie: co ja będę czytać jak już przeczytam wszystko co mam? Cóż.. będę miała pretekst by kupić nowe pozycje.
      Tymczasem znów wsiąkam w blogosferę. Może tu znajdę to, czego szukam? Może znajdę cudowne panaceum na kryzys twórczy?


Pisz!?


      Tiaaa... łatwo mówić PISZ! Jak słowa nie chcą się składać z sensowne zdania! Choć w sumie jak tak teraz myślę, to tez może być sposób. ten post jest takim troszkę pisaniem na siłę. W założeniu ma pomóc przełamać blokadę i wyrzucić z głowy frustrację.. ale nie ma co ukrywać pisze trochę na siłę. Także ten.. przepraszam za ten nieco wymuszony ton wypowiedzi i te nieporadne zdania, ale czasem trzeba. A właściwie to wiecie co? Nie przepraszam.. tylko pisze dalej!  Powiem Wam za jakiś czas, jaki to przyniosło efekt. Trzymajcie kciuki!

To mija!


      Tego jestem niemal pewna (niemal bo jednak nic nigdy na pewno prócz podatków i śmierci), kryzysy twórcze mijają. Może nie same z siebie.. ale jak człowiek na chwile odpuści i zajmie się czymś innym to mijają. Myślicie że zaklinam rzeczywistość? Oby kurka nie! Bo co ja bez bloga zrobię? Bloger to jest w końcu stan umysłu!
      Trzymając się tej myśli wracam do czytania książek.. to taka odprężająca czynność. :)


Serdeczności dla Was Kochani!!






Wewnętrzny krytyk .. friend or foe?

Wewnętrzny krytyk .. friend or foe?

najgorszy wróg, czy najlepszy przyjaciel

      Jakoś w zeszłym tygodniu odbył się zapowiadany przez Olę Budzyńską webinar na temat krytyki. Zapisałam się na niego z czystej ciekawości. Bo Olę uwielbiam.. czerpię od niej ogrom wiedzy, ale także optymizmu i zwyczajnie dobrej energii. Niewiele tak pozytywnych osób w polskim internecie jest! Ale wracając do krytyki! Słuchając Oli pomyślałam sobie, ze sama mogłabym napisać o tym post! Co prawda o krytyce jako takiej już na blogu wspominałam.. ale nigdy nie napisałam jak poradziłam sobie z moim największym (swego czasu) nieprzyjacielem.. czyli krytykiem wewnętrznym. Najwyższa pora na to!

      Już dawno odkryłam (mam nadzieję, że Ty drogi czytelniku też), że problem nie leży w samej krytyce, ale w tym jak my na nią reagujemy. Denerwujemy się, płaczemy, stresujemy.. czy wręcz przeciwnie krytyka nas motywuje, umiemy ją wziąć na klatę, przyznać się do błędu i wyciągnąć wnioski. I żeby było jasne. Ten post jest o krytyce.. krytyce konstruktywnej. A nie zwykłej chamskiej nawalance, jakże często utożsamianej z krytyką.


Osoby przychylne i nieprzychylne.. czyli krytycy zewnętrzni!


      Zacznę od tego, że cenię sobie krytykę od innych osób. Wbrew pozorom to ona więcej wnosi do mojego życia, niż wieczne głaskanie po główce. Nigdy od krytyki nie uciekałam, może to kwestia charakteru? Osobiście powiedziałabym, że to kwestia wychowania i oceanów akceptacji jakie dostałam od rodziców w okresie szczenięcym i juniorskim. Miałam zawsze tylko jeden słaby punkt.. wygląd. I to tu uderzali moi krytycy, kiedy nie mieli innych argumentów. Dziecinada? Tak, ale wtedy bolało. Później nauczyłam się oddzielać krytykę od chamstwa. Dobre chęci od zwykłego wbijania szpili. Chamstwo ignoruję konsekwentnie, swoją drogą to największa kara dla chama.
      Zapytacie co z krytyką konstruktywną? Cóż.. ja widzę tylko jedną drogę. Trzeba nauczyć się ją przyjmować. Najlepiej na spokojnie i z chłodną głową analizować słowa. Jeśli w początkowej fazie pod kopułką się zagotuje, to warto zrobić krok w tył i zwyczajnie chwile odczekać. Pójście na zwarcie nie zawsze jest dobrym wyjściem. Warto też, nauczyć się oddzielać formę od treści! Bo to też wbrew pozorom ważna sprawa. Nie wszyscy umieją przekazać myśli tak, żeby nie urazić. Nawet najprzychylniejsza nam osoba, może niezgrabnie ubrać myśl w słowa. Taka jest prawda. A już najważniejsza sprawa. Przyjmuje krytykę tylko od osób z tego samego (lub wyższego) poziomu działania co ja. O tym samym (lub większym) zakresie działalności i doświadczeniu. Mówiąc wprost od osób, które wiedzą czym pachnie to co krytykują!

1. Jeśli ktoś nie prowadzi działalności on line, to jakie ma prawo krytykować i udzielać "dobrych rad" osobie, która to robi?
2. Jeśli nigdy nie miałeś psa, to kto ci dał moralne prawo do oceny mojego postępowania ze zwierzęciem?
3. Jeśli nie jesteś fachowcem od malowania ścian, to dlaczego wypowiadasz się na ten temat?

i ostatni w sumie na czasie przykład:

4. Jeśli nie wspinasz się w ekstremalnie trudnych warunkach, to po udzielasz dobrych rad/krytykujesz/oceniasz tych, którzy to robią?

      Żeby nie było, sama często krytykuję (choć ostatnio coraz mniej jednak). Jednak zawsze staram się, żeby moje słowa dotyczyły konkretnych sytuacji, konkretnych zachowań, a nie osób. Nie wypowiadam się też na tematy, na które bladego pojęcia nie mam. Żaden ze mnie fotograf, więc nie oceniam zdjęć pod kątem warsztatu. Na kosmetykach się niemal nie znam, więc mogę tylko bazować na tym co piszą moje ulubione blogerki i wciąż powiększać swoją wiedzę. Za to znam język polski w stopniu więcej niż zadowalającym i tak mówię/piszę jak widzę babole takie, że aż oczy bolą (sama tez proszę o zwracanie uwagi!!!). Wiem tez sporo o pracy w korporacjach i mechanizmach jakie tam panują więc o tym piszę.


Krytyk wewnętrzny.. jak go obłaskawić?


      Ten to jest dopiero gagatek. To nasze takie alter ego, które niemal zawsze zakłada negatywne scenariusze! Przynajmniej mój ma do tego tendencję. Już go trochę obłaskawiłam, ale wciąż toczymy ze sobą długie dysputy na temat czy coś robić czy nie. Czasem się zastanawiam, czy nie cierpię na rozdwojenie jaźni.. cóż, może nie powinnam o tym pisać. :D Wracając Krytyk Wewnętrzny!!
      Jedyny krytyk, który zawsze będzie chciał dla nas dobrze. Który swoimi radami będzie chciał nas uchronić od błędnych (w jego ocenie) decyzji. To ta ostrożniejsza część nas.. Ktoś kogo ze swojego życia nie wywalimy.. chyba że zafundujemy sobie lobotomię, ale to chyba zbyt drastyczne prawda?
      Jaki jest mój na krytyka wewnętrznego? Przede wszystkim zaakceptowałam go. Zaakceptowałam to, że istnieje i że wcale nie chce dla mnie źle. Nauczyłam się z nim rozmawiać. Kiedy on swoimi dobrymi radami stara się odwieźć mnie od jakiegoś pomysłu, wdaję się z nim w dyskusję.. zadaję mu pytania i zarzucam go argumentami. Czasem wychodzi na jego stronę, ale częściej na moją. Od kiedy on i ja jesteśmy kumplami, łatwiej mi podejmować trudne/kontrowersyjne decyzje. Zwyczajnie mniej się boję! W ostateczności sięgam do mojego słoika z sukcesami! Założyłam go dawno temu i tak sobie stoi. czasem jeszcze coś do niego dorzucam. Czasem wysypuje jego zawartość i czytam. To tez pomaga. Bo przypomina mi, że mimo obaw, mimo wielu argumentów na "nie", udało mi się zrobić to czy tamto.


A jak jest u Was?


       Bardzo jestem ciekawa jak radzicie sobie z konstruktywna krytyką. Zlewacie? Roztrząsacie w nieskończoność? Boicie się? Może jesteście z tych, co to uważają, że pozjadali wszystkie rozumy i tylko Wy wiecie co dla Was najlepsze? Czy może wręcz przeciwnie, z chęcią przyjmujecie dobre, choć czasem krytyczne uwagi i wyciskacie z nich wszystko co najlepsze? Jestem tego bardzo ciekawa! Może macie jakieś fajne sposoby na wewnętrznego krytyka? Piszcie proszę!!!



Przypominam też o moim draqilkowym instagramie. Będzie mi Bardzo miło, jeśli zaobserwujecie profil!





WYJAŚNIENIE.

Śpieszę wyjaśnić (tym ciekawym/zdziwionym), dlaczego to Bella jest na zdjęciach akurat w tym temacie. Bo właśnie ona jest jednym z przykładów, gdzie musiałam stoczyć walkę z moim wewnętrznym krytykiem. On mówił "nie bierz psa bo tylko będą kłopoty" .. a serce i rozum krzyczały "bierz i się nie zastanawiaj". Wzięłam.. i nie żałuję, choć co chwila są to kłopoty.. to spięcia bo mała nabroi (krytyk miał rację).
Prostota.. czyli droga od wyeksploatowanego wraku do człowieka szczęśliwego cz. 1

Prostota.. czyli droga od wyeksploatowanego wraku do człowieka szczęśliwego cz. 1

czyli od wraku do szczęścia

      Lew Tołstoj napisał "Większość życiowych problemów rozwiązuje się jak algebraiczne równania: sprowadzaniem do najprostszej postaci". Natomiast na długo wcześniej Konfucjusz powiedział: "Życie jest naprawdę proste, lecz upieramy się by je komplikować". Czy można z nimi w tej materii polemizować? Osobiście nie widzę sensu.. bo w tych słowach znajduje się klucz do rozwiązania wielu problemów. Ten klucz to prostota. Od jakiegoś czasu jak mantrę powtarzam znajomym zaplątanym w sieci układów/zależności/niedomówień, że klucz do wyrwania się z matni to prostota. I o prostocie dziś napiszę.. Zaczynajmy!


"Wciąż w pośpiechu z telefonem w dłoni, myślisz o sprawach, które czekają, o terminach które naglą... I to poczucie winy, że ciągle coś zaniedbujesz, stres, że z czymś nie zdążysz.
Może na początek się zatrzymaj, usiądź, pomyśl, o co w tej bieganinie chodzi.
Zrób herbatę i skup się przez kilka minut na tej prostej czynności.
Wyłącz telefon, popatrz w niebo, zobacz, ze świat wciąż istnieje, mimo że Ty na chwilę wysiadłeś z tego pędzącego pociągu."

      Ten cytat to opis do książki, w której ostatnio się zaczytuję. Książki Brooke McAlary pod jakże wymownym tytułem "Prostota". Dlaczego go zacytowałam? Bo doskonale opisuje stan, w jakim znajdujemy się coraz częściej. W wiecznej pogoni za.. no właśnie czym? Za szczęściem? Spełnieniem? Posiadaniem? Byciem? Sama się na tym złapałam w lutym właśnie! Miałam sporo pracy, do tego choróbsko, które ciągnęło się za mną tygodniami.. To wszystko spowodowało, że pojawił się stres.. rozdrażnienie i bieg. Złapałam się na tym, ze znów wpadam w dawne złe nawyki. Musiałam sobie sama krzyknąć do ucha PRRR STÓJ GDZIE ZNÓW LECISZ!! Cóż.. przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.. Myślałam, ze tego warszawskiego pędu sie pozbyłam.. a jednak nie. Cóż.. trzeba pracować nad sobą!


czyli od wraku do szczęścia

Prostota .. pierwszy krok: uświadom sobie, że zmierzasz donikąd. 


      Spróbuj to sobie wyobrazić: dziewczyna po studiach, która (w jej ocenie) cały świat u stóp. Dobra praca w korpo, dobre zarobki, mnóstwo znajomych. Powiecie raj. Tylko w tym raju czaił się wredny śmiertelnie jadowity wąż z dwiema głowami jedną głową było zmęczenie, drugą stres. Na początku się tego nie zauważa. Człowieka porywa prąd wielkomiejskiego życia i płynie! Pracuje od poniedziałku do piątku po kilkanaście godzin a weekendy następuje reset. Reset połączony na ogół z balowaniem na zakrapianych imprezach. I teraz... jak długo można tak pociągnąć? Rok? Dwa? Ja dałam radę pięć lat.. i ciało odmówiło posłuszeństwa (pisałam o tym TU i TU .. a o mojej ŚP Przyjaciółce TUTAJ). Krótko mówiąc byłam wrakiem. Żebyśmy się dobrze zrozumieli.. tego na zewnątrz widać nie było.. co to to nie! To było widać w moich oczach.. to było widać w domu, kiedy wracałam z pracy i w opakowaniu padałam na łóżko.
      Dlaczego o tym piszę? Dziś bardzo łatwo wpaść w wyścig szczurów.. wyścig o to kto więcej zdobędzie. Smutne, ale prawdziwe. Ludzie w poszukiwaniu szczęścia pędzą sami nie wiedzą za czym. Niby mądrzy, niby inteligentni.. a gdy ich spytać: czy jesteś szczęśliwy odpowiadają: nie wiem, albo wymieniają jakieś nowe zdobycze. Jasne one mogą dawać chwilowe szczęście, tyle tylko, że z naciskiem na chwilowe. Gdy masz dużo, to szybko się nudzisz i szukasz dalej.
      Współczesne życie przypomina trochę wielopasmową autostradę. Pędzimy po niej i nie chcemy, by ktoś nas wyprzedził. Wciąż spięci, wciąż w pełnym gazie. Bo trzeba życie smakować, bo trzeba jak najwięcej zobaczyć, doświadczyć. Trzeba pojechać tam i tam. Trzeba mieć to i to. Bo jak to tak tracić czas gapiąc się np. w gwiazdy?
      Cóż.. kwestia osobistych wyborów. Ale czasem dochodzi się do takiego momentu.. że nie można już dalej. Człowiek jest wypalony, uwikłany w pajęczynę współzależności i ma wrażenie że się dusi. To wtedy na ratunek przychodzi prostota. Prostota a nie prostactwo żeby była jasność. ;)


czyli od wraku do szczęścia


Prostota .. prawda jest taka, że nic nie przychodzi bez wysiłku!


      W pewnym momencie mojego życia zapisałam się do kilkunastu facebookowych grup dotyczących minimalizmu, prostoty, slow-life. Chciałam wiedzieć, z czym to się je, jak zacząć działać. Uderzyła mnie wtedy jedna rzecz. Większość ludzi bałagan w życiu zaczyna od uprzątnięcia bałaganu fizycznego w swoim otoczeniu. Wywalają (w ich mniemaniu) zbędne rzeczy, prześcigają się w ilościach rzeczy które posiadają/których się pozbyli. Diametralnie ograniczają garderobę. Minimalizują stan posiadania.  I w pewnym momencie dochodzą do ściany.. dochodzi do nich (albo i nie), że wpadli w pułapkę. Ze to, co powinno być dla nich narzędziem do polepszania życia, stało się tego życia celem. A to według mnie sytuacja najgorsza z możliwych bo.. coś, co w zamyśle ma zmniejszać napięcie tylko je generuje.
      Ja zmieniając swoje życie zaczęłam od głowy. Nie rzuciłam się do szafek by pozbyć się rzeczy (może dlatego, że nigdy tych rzeczy wiele nie miałam, pisałam o tym: TU). Rzuciłam się za to do kontaktów, by poprzecinać wszelkie zobowiązania, które mnie zabijały. Kończyłam znajomości, które były toksyczne. Zrezygnowałam z wielu zajęć dodatkowych. Nie było łatwo, wymagało to sporo pracy i samozaparcia. Ci przyzwyczajeni do mojej obecności ostro protestowali bo jak to tak.. już nie jestem na każde zawołanie? Cóż ogólnie rzecz biorąc miałam to w głębokim poważaniu. Udało się.

czyli od wraku do szczęścia

Prostota .. podsumowanie wstępne


      Co zyskałam, dzięki przeskoczeniu z życia na wysokich obrotach na prostotę i wolny rytm? Przede wszystkim spokojną głowę. Tak.. moja głowa jest spokojna. Nareszcie śpię normalnie, nie zrywam się w nocy budzona przez nienazwany lęk. Ręce mi się nie trzęsą ze stresu. Nie mam skurczy w nocy. Nie mam koszmarów. Za to każdego dnia znajduję coś, co powoduje mój uśmiech. To wszystko nie było łatwe. Na początku mój organizm w jakimś stopniu uzależniony od funkcjonowania w stresie buntował się. Jak wspomniałam, buntowali się znajomi i współpracownicy. Nie było łatwo, ale w chwilach zwątpienia powtarzała sobie: musisz o siebie zawalczyć, bo w wieku 30 lat będzie wrakiem. Udało się! W dużej mierze udało się to dzięki kilku rytuałom.. ale o nich w następnych częściach!


Jak zawsze zapraszam Was do dyskusji!
Co myślicie o prostym życiu? Bardzo jestem Ciekawa Waszych opinii!





Magdalena Witkiewicz .. czytam bo lubię #6

Magdalena Witkiewicz .. czytam bo lubię #6



      Kiedy przeczytasz trzy pozycje jednego autora, to na ogół już wiesz, czy jego twórczość to twoja bajka czy nie. Tak jest ze mną i Magdaleną Witkiewicz. Autorką, którą odkryłam w zeszłym roku dzięki Monice z bloga mamazrozowatorebka.blogspot.com. Tak wiem, opóźniona jestem w literaturze kobiecej o jakieś sto lat ale cóż.. dlaczego tak się stało, napiszę w dalszej części tego wpisu. A wracając do Magdaleny Witkiewicz.. polubiłam ją? Wkurza mnie? Jak odbieram jej twórczość? Pora zdradzić tą tajemnicę!



      W liceum, na studiach i troszkę po ich ukończeniu czytałam sporo literatury kobiecej. Pamiętacie (lub nie), były takie serie "dla bab" .. literatura w spódnicy, literatura na obcasach, literatura w szpilkach. Książki za grosze dostępne co tydzień we wszelkich punktach z prasą. Sporo ich czytałam. Kilkadziesiąt ich miałam.. zostało mi 17.. resztę gdzieś posiałam.. nie mam pojęcia gdzie. Ale dość dygresji. Literatura kobieca TWU ogólnie obyczajowa. Przyszedł taki moment w moim życiu (zbieżny z problemami z kręgosłupem, a co za tym idzie z przewartościowaniem, a może rewolucją w głowie), że bohaterowie literatury kobiecej zaczęli mnie zwyczajnie irytować. Te wszystkie sztuczne dramaty, jakże typowe "nie rozmawiałam z nim, ale wiem, że on na pewno zrobił to to i to". Myślałam sobie.. czy my kobiety rzeczywiście takie jesteśmy? takie momentami cholernie małostkowe? Dość.. że przestałam kompletnie czytać jak to określałam: te bzdury dla bab! Skoncentrowałam się wtedy na mojej ukochanej fantastyce, dorzuciłam trochę historii i byłam zadowolona. A potem... A potem na blogu Moniki pojawiła się Magda Witkiewicz i jej "książki dla bab". Bo nie oszukujmy się, to kobiety są (chyba?) targerem tej autorki. Przynajmniej takie mam przekonanie po przeczytaniu trzech książek. I tak na mojej półce pojawiły się trzy pozycje .. oto one!


Czereśnie zawsze muszą być dwie



      Kupiona całkowicie spontanicznie w sierpniu zeszłego roku. Poszłam do Empiku po kartkę dla chrześniaka i książka czekała na mnie przy kasie. Miałam przed sobą długą podróż PKS-em, więc niewiele myśląc kupiłam. Mini recenzję już pisałam (TU) więc pozwolę ją sobie zacytować. Bo niby po co pisać to samo??

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" to historia o tym, że każda decyzja jaką podejmujemy ma, lub będzie miała na nas wpływ. Naszą główną bohaterkę Zosię, poznajemy w momencie, kiedy pierwszy raz idzie na wagary, cóż żeby wiecznie nie odstawać od grupy przełamuje się i idzie. Ta decyzja okazuje się dla niej w pewnym sensie błogosławieństwem... za karę ma pomagać starszej pani. Pani Stefania zdaje się błogosławieństwem dla dorastającej dziewczyny... jej przyjaciółką, powierniczką, mentorką i wreszcie dobroczyńcą. Zosia w spadku po starszej przyjaciółce otrzymuje dom... dom z tajemnicą. Na kartach książki obserwujemy, jak Zosia dojrzewa, jak próbuje radzić sobie z przeciwnościami i najważniejsze... jak poznaje co to przyjaźń i miłość.
Cóż.. na co dzień nie sięgam po tego typu literaturę, ale wiecie... nie żałuję. Bo powieść Magdaleny Witkiewicz mnie nie zawiodła, dała mi rozrywkę, odpoczynek i uśmiech. Czyli wszystko to, co tego typu książki dawać powinny.

Ósmy cud świata



      Po ta książkę sięgnęłam niedawno. W którąś leniwą niedzielę .. i na niedzielę mi ta książka starczyła. Tak dokładnie. Przeczytałam ją w kilka godzin. Tak dobrze mi się czytało? Jest tak dobra, ze się oderwać nie mogłam? I tak i nie.

      "Ósmy cud świata" to opowieść o trzydziestokilkuletniej Annie. Kobiecie spełnionej, kobiecie na stanowisku i.. kobiecie straszliwie samotnej, tęskniącej za własną rodziną, za miłością, za potomstwem. Na kartach książki poznajemy jej rozterki.. dość powiedzieć, że Anna rozważa czy nie zmajstrować sobie dzidziusia podczas jednonocnej przygody... Wszystko się zmienia, kiedy nasza bohaterka całkowicie spontanicznie decyduje się na podróż do Wietnamu gdzie poznaje Tomasza... a dalej wiadomo.. przewidywalnie do bólu, jak to w literaturze kobiecej bywa. Ale wiecie.. mimo to, nie żałuję, że książkę przeczytałam. Bo była cudowną odtrutką na szarówkę za oknem, na niesmak, jaki pozostał mi po Kolekcji nietypowych zdarzeń Toma Hanksa. Kiedy czytałam perypetie Anny czułam się .. dobrze. Było mi miło, byłam zrelaksowana i spokojna. Książka nie jest wymagająca.. wielu dramatów tu nie ma. A nawet jak są, to wiadomo, ze w literaturze kobiecej niewiele jest złych zakończeń prawda? 

Pudełko z marzeniami.



      Książka, którą przeczytałam dokładnie tydzień po Ósmym cudzie świata.. w kolejne niedzielne popołudnie. Pozycja zajęła mi kilka godzin. I znów, to nie tak, ze nie mogłam się od niej oderwać, bo była tak zachwycająca.. no nie! Po prostu było mi z nią (znaczy książką) tak dobrze, że nie chciało mi się nigdzie ruszać. Bo niby po do ruszać się spod ciepłego milutkiego kocyka?
      "Pudełko z marzeniami" to komedia romantyczna o UWAGA facecie! Trzydziestokilkuletni Michał zdradzony przez najbliższych rusza na poszukiwanie skarbu! Dzięki temu poznaje Malwinę dziewczynę (a jakże) po przejściach! A dalej wiadomo.. Dość powiedzieć bawiłam się setnie czytając. Książka została napisana lekko i przyjemnie. Strony dosłownie uciekają spod palców. Kiedy czytałam czułam jak rozluźniają mi się wszystkie mięśnie. Nie będę ukrywać.. książka jest momentami tak naiwna że aż infantylna.. ale też z drugiej strony od lekkiej literatury nigdy nie oczekiwałam nie wiadomo czego!


Podsumowując.. czy książki Magdy Witkiewicz skradły mi serce?


      Odpowiedź jest krótka i niejednoznaczna: TAK ale i NIE. Tak.. bo niewątpliwie świetnie bawiłam się czytając książki Pani Magdy (choć najbardziej tą, która powstała w kolaboracji). Są lekkie niewymagające i na wskroś kobiece w tradycyjnym stylu, co jest dla mnie niewątpliwym atutem. Są idealne na leniwe popołudnia, kiedy to szukamy niewymagającej rozrywki, a nie mamy ochoty na wgapianie się w ekran TV. Nie.. bo jednak na ogół szukam w książkach czegoś więcej, czegoś co mnie wciągnie w inny świat! Tego w literaturze obyczajowej nie znajdę. Ale ale... do twórczości Pani Magdy chętnie wrócę, kiedy będę potrzebowała czegoś lekkiego z pozytywnym zakończeniem.

      Uff.. moje zdanie znacie! Ciekawa jestem jakie Wy macie zapatrywania na książki Magdaleny Witkiewicz. jesteście na tak czy na nie? Jak zawsze czekam na wasze opinie!






Kulturalni ulubieńcy ODC. 19 - LUTY 2018

Kulturalni ulubieńcy ODC. 19 - LUTY 2018


      Cześć Witajcie!!

      Ufff... w lutym dostałam nieco blogowej zadyszki. Sama w sumie nie wiem dlaczego. Ale mam pozaczynanych kilka postów i żadnego nie mogę skończyć. Może to przez fakt, że chorowałam przez niemal 3 tygodnie? I generalnie wciąż do siebie dochodzę? Krótko mówiąc jestem totalnie rozpieprzona. Sama nie wiem.. Macie jakieś pomysły? Tylko mi nie piszcie, ze to przez mróz! Bo ja LUBIĘ mróz! Nic.. może marzec przyniesie jakieś ukojenie? Choć BARDZO wątpię, bo to paskudny miesiąc.. plucha, zimno, znów plucha.. Wiecie ze w marcu podobno umiera najwięcej ludzi? Nie wiem skąd mi to w tej chwili przyszło do głowy, ale podobno tak jest... Przesilenie wiosenne czy coś? NIC! Ulubieńcy lutego! Kulturalni żeby nie było!

Zapraszam!

1. Piosenka miesiąca lekko.


      Bardzo lubię format The Voice.. uwielbiam wręcz śpiew a capella. Lubię też film z którego pochodzi ta piosenka więc... Generalnie słuchałam tej piosenki pierdylion razy w lutym.




2. Piosenka miesiąca poważniej.


      Jeśli jesteśmy już przy śpiewanie a capella to podrzucę Wam kolejny kawałek. Może to nie jest do końca poważne ale... cóż UWIELBIAM!!




3. Książka miesiąca.



      Stali czytelnicy wiedzą, że przerzuciłam się na życie w rytmie slow.. niejako wymusiła to na mnie sytuacja zdrowotna, ale nie żałuję. Bo żyje mi się teraz zdecydowanie lepiej i jestem szczęśliwsza sama ze sobą. Dlatego, kiedy zobaczyłam "Prostotę" to musiałam ją kupić. O czym jest ta książka? O sile codziennych rytuałów, o smakowaniu życia i znajdowaniu szczęścia w najmniejszych pierdołach. Niby oczywiste oczywistości.. ale mnie ta książka zachwyciła i na bank jeszcze nie raz pojawi się na blogu.

4. Serial miesiąca.


      Czy ja pisałam już, ze straciłam serce do seriali? No straciłam! Jeszcze pół roku temu oglądaliśmy z Panem M sporo seriali.. dziś? Szkoda nam na nie czasu. Szkoda nam oczu na wgapianie się w ekran TV, wystarczy nam to co mamy w pracy. Ostatnio oboje wolimy książki!

5. Film miesiąca.

      Ojj.. jest ulubieniec! FIlm wesoły, film wprowadzający w dobry nastrój.. wreszcie film do pewnego stopnia muzyczny! Pitch Perfect 3! Uwielbiam całą serię Pitch Perfect więc i trójkę musiałam "zaliczyć". Oczekiwałam sporej dawki rozrywki i nie zawiodłam się. Dla wymagających kinomanów ten film będzie dziecinny, miałki może nijaki. Dla tych, którzy szukają lekkiej niewymagającej rozrywki będzie w sam raz. Ja należę do tej drugiej grupy więc bawiłam się świetnie! O czym jest ten film? Dla mnie o sile przyjaźni i miłości do muzyki. Polecam!



6. Cytat miesiąca.

      Będzie przewrotnie... a moze nie? W lutym spotkałam kilka osób które nawróciły się na nowe filozofie, ruchy lifstylowe.. jak zwał tak zwał. Jedna była veganką, a druga ostatnimi czasy odkryła minimalizm. I jak to neofici mają na ogół w zwyczaju nawracają wszystkich dookoła na swoją modłę. Wiele razy miałam ochotę warczeć z irytacji.. bo ile można słyszeć, ze je się padlinę, ma za dużo rzeczy (ja mam za dużo rzeczy... śmiech na sali).Nie krzyczałam... jak mantrę powtarzałam słowa.. słowa, które działały jak magiczne abrakadabra. Dlaczego? W pewnych kręgach "oskarżenie" o pewne zachowania są najgorsza obrazą.. 



      Taki był mój luty. Ani bardzo dobry, ani bardzo zły... zwyczajny! A jak było u Was? Jakieś wspaniałości? Podróże? Sukcesy? Chętnie o nich poczytam! Jak zawsze zapraszam do dyskusji!!





   



pees. co można na urodziny kupić dziecku, które ma wszystko? Mój wbity do głowy rozsądek, ostrożność finansowa i genetyczna niechęć do marnotrawstwa biją się w mojej głowie z chęcią bycia fajną ciocią... RATUNKU!!! Zapomniałam napisać (więc edytuję wpis). Chodzi o dziewczynkę lat 5! Lalki w grę nie wchodzą... ;/

pees2. Serdecznie zapraszam Was na mojego blogowego draqilkowego instagrama. Powolutku do rozkręcam!
Mój minimalizm... czyli dobrze mi z tym, że mam mało rzeczy!

Mój minimalizm... czyli dobrze mi z tym, że mam mało rzeczy!

mniej znaczy więcej



      Czy jestem minimalistką? Niektórzy by powiedzieli że nie, inni ze tak. Ja sama o sobie mówię, ze jestem minimalistką wybiórczą. Bo jest kilka sfer życia, w których minimalizm jest mi kompletnie obcy. Natomiast w innych jestem wręcz minimalistką skrajną... Dlaczego tak się dzieje? Myślę że dlatego, iż minimalizm to nie jest ograniczanie się we wszystkim na siłę. To raczej sukcesywne pozbywanie się tego, co nam zwyczajnie nie jest potrzebne. Bez czego spokojnie możemy się obejść. Osobiście lubię mieć mało rzeczy.. dlaczego? A to już zapraszam do czytania!



Mój minimalizm....


      Minimalizm ruch lifestylowy polegający na.. no własnie na czym? Wydaje mi się, że to taka zdrowa odpowiedź na rozbuchany konsumpcjonizm. Na masową całkowicie bezmyślną konsumpcję. Kupuj.. kupuj! Przecież to na promocji, są wyprzedaże kupisz sobie na przyszłość. Spodni/spódnic/koszul/butów/kosmetyków nigdy za wiele. Cóż.. właśnie minimalizm jest odpowiedzią na to wszystko. Minimalista wie, że nie potrzebne mu 20 par butów. Minimalista wie, że trzy zastawy stołowe to stanowczo za dużo. Minimalista wie, że nie musi mieć w szafce 5 kremów do twarzy i siedmiu toników. Wreszcie minimalista wie.. że ponad ilość trzeba przełożyć jakość. Nie słucha tego co mu serwują spece od marketingu. Stawia na prostotę i wygodę.
      Osobiście minimalistką (poza kilkoma niegroźnymi fiksacjami) jestem od zawsze. Nigdy nie przywiązywałam się specjalnie do rzeczy. Nigdy nie miałam szafy pełnej ubrań, szuflad pełnych kosmetyków. Nie miałam przesadnej ilości bibelotów, gadżetów. Nie kolekcjonowałam rzeczy. Zawsze wychodziłam z założenia ze lepiej być niż mieć. Nie poddałam się presji środowiska. Najciężej było mi pamiętam walczyć z mamą. Która uważała, ze powinnam mieć mnóstwo pięknych ubrań. Nie rozumiała, że mi ubrania/buty/torebki nie są potrzebne do szczęścia. Nigdy nie utożsamiałam tego co człowiek ma na sobie z tym co ma w środku! Zawsze zżymałam się się na powiedzenie "jak cię widza tak cię piszą" SIC! Cóż.. byłyśmy skrajnie różne.


Minimalizm w szafie i łazience...


      Jak już wyżej pisałam, nigdy nie byłam fanką posiadania ogromnych stert ciuchów, butów, torebek. Wystarczało mi absolutne minimum. Jestem mistrzynią garderoby kompaktowej. Z czym to się je? Ubrania mam utrzymane w stonowanych kolorach. Większość to tzw bejsiki. Rzeczy pasują do siebie, więc nie mam problemu z zastanawianiem się, co na siebie włożyć. Mam tez kilka odpałowych rzeczy, które wprowadzają lekkie szaleństwo do mojej garderoby.. ale te mogę spokojnie zestawiać z resztą. W szafkach nie ma wiecznego bałaganu.. bo i co ma ten bałagan robić? Kiedy przeprowadzałam się na wieś, moja garderoba jeszcze się skurczyła, bo wywaliłam wszystko,  czego nie zakładałam dłużej niż pół roku, wszystko co było podniszczone. I tak zmieściłam się z wszystkimi ubraniami do dwóch średniej wielkości walizek.
      Tak samo jest z kosmetykami. Czy to kolorówka, czy pielęgnacja. Mam pojedyncze rzeczy. Jak widzę, że coś mi się kończy to kupuję kolejną rzecz. Może wynika to z faktu, że nie mam cierpliwości do babrania się w tonach kosmetyków? Że wystarcza mi absolutne minimum? Moja cera nie wygląda gorzej od cer dziewczyn,. które nakładają na siebie tony przeróżnych rzeczy. Rzeczy, których połowy nazw zwyczajnie nie znam! Mojej skórze wystarczy oczyszczanie żelem i krem. Moim włosom szampon i odżywka. Mojemu ciału żel, który nie wysusza skóry i powiedzmy raz w tygodniu kawowy peeling. Moim najlepszym przyjacielem jest żel aloesowy... kosmetyk idealny, kosmetyk do wszystkiego. Idealny nawilżacz, zabójca niedoskonałości, pogromca łupieżu. Jego kumplami (i moim też) są fusy kawowe i olej kokosowy. Ta trójca na dobrą sprawę robi mi całą pielęgnację. Oto ja... minimalistka. Minimalistka, która kompletnie nie boi się upływu czasu, która przyjmuje siebie taką, jaka jestem. Niektórzy powiedzieliby dziwadło... ;)


Książki, kwiaty, ozdoby na Boże Narodzenie...


      Trzy fragmenty mojego życia, w których nie ma miejsca na minimalizm. Kwiaty hoduję maniacko wręcz. Nie dość, ze świetnie wyglądają, to jeszcze oczyszczaja powietrze. I żeby była jasność.. to nie są żadne tam storczyki czy maciupcie sukulenciki. Tylko kwiaty, które rosną duże. Moim najnowszym dzieckiem jest monstera! Marzyłam o niej od dawna, ale nie bardzo miałam miejsce.. dziś rośnie dobie dumnie w doniczce. A ja pilnie szukam dziur w liściach i podskakuję z radości na samą myśl o tym, jaki ten kwiat będzie duży duży!
      Książki... kupuję je namiętnie i moja kolekcja rośnie. To ewidentnie moja pięta achillesowa. W tej chwili nie mam ich jakoś przesadnie dużo pewnie ok 300.. z czego pewnie 50 to ekonomia i słowniki. Reszta to beletrystyka i historia Pana M. To dużo czy mało? Cóż dla mnie niewiele... wciąż swoją kolekcję powiększam o kolejne okazy. Dlaczego? Książki mają duszę, są skarbnicą wiedzy i ogromnym poligonem dla wyobraźni i kreatywności. Powiecie przecież są ebooki... cóż, ebooki nie pachną, ebooki są bezduszne jak i technologia, dzięki której je odczytujemy. Czytam je również, są przydatne ale... Cóż.. papier to papier. W tym zakresie jestem totalna konserwą. Poza tym.. lepiej wydać pieniądze na książki niż na alkohol czy papierosy prawda?
      Światełka, bombki, świecące cuda najróżniejsze.. cóż to coś, przy czym nie przechodzę obojętnie. Kocham magię świąt Bożego Narodzenia.. i uwielbiam czuć ją w domu. Dlatego cóż.. mam sporo ozdób. Choć jak nieraz przeglądam zdjęcia to i tak jestem w tych niższych stanach średnich, jesli chodzi o ilość. Cóż.. każdy ma jakiegoś bzika prawda? I w tej dziedzinie życia nie zamierzam wprowadzać idei mini... choć kto wie, czy mi się to jeszcze nie zmieni.


Co daje mi minimalizm?


      Może nie jestem skrajnym przedstawicielem tego nurtu.. bo jednak wciąż mam w swoim otoczeniu rzeczy, bez których mogłabym się obejść.. choć czy mogałabym się obejść bez książek i kwiatów?? Iiii NIE. Ale już rozmaitej maści bibeloty, pierdółki i innego typu rzeczy w moim otoczeniu racji bytu nie mają. Wiecie jak to ułatwia sprzątanie i skraca czas szykowania? Co najmniej o połowę. Odkurzanie książek zajmuje chwilę.. a teraz już też mniej bo zwyczajnie książki odkurzam odkurzaczem. Więc odpowiedź na pytanie: co daje mi minimalizm odpowiem: czas i przestrzeń. Czas by być z najbliższymi, by się doskonalić... i przestrzeń, która kocham nade wszystko. Tak teraz się zastanawiam i wiecie.. dodam jeszcze jedną rzecz: wolność! Wolność, która jest wynikiem uodpornienia się na mechanizmy marketingowe. Wolność od potrzeby by coś mieć... bo tak wypada, bo inni mają, bo tak bardzo zachwalają. Jak coś mi niepotrzebne to choćby (za przeproszeniem) skały srały, to mnie nawet najlepsza reklama nie skusi.
Jestem ciekawa jak jest u Was?.
Jesteście minimalistami czy wręcz przeciwnie?
Lubicie mieć czy być?
A może uważacie, ze można i mieć i być?

Jak zawsze zachęcam do dyskusji!!
Uściski!!







pees. ruszyłam z nowym profilem na Instagramie.. LINK: DRAQILKOWY INSTAGRAM. Będzie tematycznie związany z blogiem. SERDECZNIE zapraszam!