Siedzisz w domu i nie masz czasu?? ... z cyklu uwaga ulewa mi się!

Siedzisz w domu i nie masz czasu?? ... z cyklu uwaga ulewa mi się!


      Od jakiegoś czasu chodzę podziębiona. Jakiś wirus mnie dopadł, a co za tym idzie chodzę wkurzona na cały świat i o wybuch łatwo! Dlaczego? Nie mam temperatury, nie mam kataru, trochę kaszlę i ogólnie czuję się osłabiona... już wolałabym się rozchorować, wyleżeć i wyzdrowieć. A tak to nie wiadomo co ze sobą zrobić.. wrrr! Jak jestem w takim stanie to łatwo mnie zirytować, szczególnie jak mi się niechcący (albo celowo) nadepnie na odcisk. O co poszło? Ano o pracę w domu i... brak obiadu. Posłuchajcie!


      Jak wiecie (lub nie) pracuję zdalnie. Normalnie jestem zatrudniona na etacie, ale wykonuję takie rzeczy, ze spokojnie mogę je robić w domu, jeśli mam dostęp do sieci i sprawny komputer. Dlatego też udało mi się niemal bezboleśnie znieść przeprowadzkę z warszawskiego city na mazowiecką wieś. Cóż.. nie ma co ściemniać miałam szczęście. Z drugiej strony zapracowałam sobie na to i nie zamierzam się nikomu z tego tłumaczyć... ALE! Czasem mnie ponosi, jak mnie ktoś ocenia... szczególnie jeśli robi to rozpieszczona dziewuszka, co siedzi na cieplutkiej posadce w gminie (tatuś załatwił) w przysłowiowym Pcimiu Dolnym. Kochaniutka wiem, że czytasz tego bloga.. tak ten post jest skierowany też do Ciebie. Może jak przeczytasz, to co Ci powiedziałam prosto w oczy parę dni temu, to coś dotrze do tej Twojej zabetonowanej mózgownicy.


To że pracuję w domu nie znaczy, że mam nieograniczony czas!


      Jeden z większych krzywdzących stereotypów. Powiedziano na ten temat wiele.. ale może warto przypomnieć? Praca w domu nie oznacza, że obowiązki służbowe robią się same, a ja mam czas żeby "leżeć i pachnieć". Praca w domu to elastyczność.. ale tez czasem zapieprz po kilkanaście godzin na dobę i wtedy człowiek nie ma czasu zjeść, a co dopiero pomyśleć o zrobieniu prania. TAK! Czasem jemy pizzę z mrożonki, albo gotowe pierogi, bo ja przez cały dzień siedzę z nosem w komputerze i jak już od niego odejdę, to myślę tylko o tym, żeby zamknąć oczy i zasnąć! TAK czasem mam nieposprzątane.. bo mi się zwyczajnie nie chce. Każdemu czasem się nie chce!


Praca w domu to te same obowiązki względem współpracowników i klientów!


      Panuje takie jakieś bzdurne przeświadczenie, że jak ktoś pracuje zdalnie to może wszystko rzucić w diabły i pomagać/wyręczać (niepotrzebne skreślić). No bo przecież nie musi siedzieć od do w biurze/za ladą/na polu (niepotrzebne skreślić). A jak nie musi iść "do pracy". To może swoje obowiązki rzucić w diabły i pędzić, żeby kogoś wyręczyć/odebrać dziecko/przypilnować dziecka,iść na pocztę i Bóg wie co jeszcze. Otóż NIE! Nie mam czasu robić tych wszystkich rzeczy, bo swoje służbowe obowiązki. Kiedy skończę swoją robotę proszę bardzo! Mogę Ci pomóc, ale nie swoim kosztem! I zapamiętaj jedno... nigdy mi nie zarzucaj samolubstwa, kiedy mówię Ci, ze pracuję i nie mam czasu! Bo (powtórzę), to, ze biuro mam w domu nie oznacza, że nie mam obowiązków, ze nie gonią mnie terminy i szef nie dyszy mi czasem nad karkiem!


Czym tak naprawdę jest praca w domu i z czym się wiąże?


      Tą grafikę dostałam kiedyś w newsletterze jaki dostałam od Oli Budzyńskiej czyli Pani Swojego Czasu. Od tamtej pory podsuwam ją pod nos każdemu, kto ma problem z ogarnięciem czym pachnie praca w domu... Mogłabym napisać na ten temat elaborat.. ale tak grafika idealnie wszystko wyjaśnia. Warto spojrzeć!

źródło: Pani Swojego Czasu 


      Ufff... ulało mi się. teraz pora na kilka słów wyjaśnienia, dla moich stałych wspaniałych czytelników. Cóż... miałam małe starcie z taką jedną dziewczyną o małym rozumku. Która nie mogła (i nadal nie może pojąć), na czym polega praca zdalna. I utożsamia ją z leżeniem, pachnieniem i ogólnie nieograniczonym czasem. Normalnie nie zwracam na nią uwagi.. ale teraz mam gorszy czas zdrowotny, to mi się ulało. Czasem trzeba wyrzucić z siebie żółć, żeby nie wylała za mocno! A wiecie co jest najśmieszniejsze w tym wszystkim? Najbardziej wkurzyło mnie to, że podsłuchiwała, po czym postanowiła wtrącić się do mojej rozmowy z kimś innym. Nie do końca miała pojęcie o czym rozmawiamy, ale i tak zwyczajnie postanowiła mi "dowalić".

Żałosne? TAK
Dziecinne? TAK
Infantylne? TAK

Powiedzcie mi skąd się tacy ludzie biorą? Niby młodzi, niby wykształceni i tak ograniczeni, że głowa mała... Ja rozumiem ludzi starszych, którym ciężko pojąć, ze praca zdalna z domu i praca na miejscu w firmie to czasem dokładnie to samo. Ale młodzi?









pees. Moja droga mam nadzieję, ze tylko chciałaś mi dopiec... bo jeśli rzeczywiście jesteś tak... głupia to pozostaje mi tylko współczuć!


A tak na koniec małe ogłoszenie!

Moja mała Bella jest już zdrowa! Skacze, biega i rozrabia! Dla ciekawych zapraszam do podglądania na instagrama! Wszystkim, którzy trzymali kciuki bardzo dziękujemy! A Bella przesyła buziaki!
Single-tasking .. ratunek na nawał różnych obowiązków.

Single-tasking .. ratunek na nawał różnych obowiązków.



      Nie mam czasu! Nie wiem w co ręce włożyć! Projekty mnie przygniatają i nie wyrabiam! Za dużo tego! Oto ja jeszcze rok temu. Zwyczajnie robiłam zbyt wiele rzeczy na raz. Praca, blog, muzyka. Nie potrafiłam odmawiać i mało tego nie wyrabiałam z organizowaniem sobie życia. Niby udawało mi się wszystko kończyć na czas, ale miałam wewnętrzne przekonanie, że robię wszystko po łebkach byle zdążyć. To wtedy w jednej z niewielu wolniejszych chwil, kiedy to oddawałam się buszowaniu po sieci wpadłam na intrygujące hasło: monozadaniowość. Już nie pamiętam w tej chwili gdzie to pojęcie zobaczyłam po raz pierwszy.. chyba u Oli Budzyńskiej. Z resztą mniejsza o to. Chciałam Wam dziś napisać o tym jak to porzuciłam wielozadaniowość i oddałam się monozadaniowości... Single-tasking... tak dziś sobie o nim pogadamy!


      Mówią, że kobiety są stworzone do wielozadaniowości, bo potrafią robić kilka rzeczy na raz i jeszcze jeszcze nad tym panować. Praca, blog, rodzina, dom... do tego jakieś poboczne projekty robione z przyjaciółmi. Pytanie tylko jakim kosztem hmm? Wiecie (lub nie), ale od jakiegoś czasu przerzuciłam się na slow life.. swoją drogą mam zamiar po raz kolejny o tym napisać.. ale nie teraz. Wielozadaniowość więc... Przerzuciłam się na slow - life. Ono zdecydowanie nie sprzyja idei wielozadaniowości.. o nie! Dlaczego? Ano proszz!


Dlaczego odrzuciłam multitasking?


      Multitasking to ciągły bieg i towarzyszący temu stres, by skończyć wszystko na czas. Nie wierzysz? No proszę Cię! Jeśli robisz mnóstwo rzeczy na raz to zawsze żyjesz pod presją czasu. Możesz to lubić, możesz sobie wmawiać, ze tak jest szybciej.. co wcale nie jest prawdą. Ale takie życie w biegu zawsze będzie wiązało się ze stresem.. a stres jak wiadomo to cichy zabójca.
      Multitasking przyspiesza czas realizacji! Otóż nie! Wyobraź sobie, że masz rozpoczęte kilka projektów, każdy jest rozbabrany w mniejszym lub większym stopniu i co? Czas realizacji będzie szybszy niż gdybyś robiła je po kolei? Otóż badania podają, że multitasking wcale nie przyspiesza procesów twórczych. Dlaczego? Bo tracimy czas na przestawienie się na kolejny projekt.
      Multitasking sprzyja ciągłemu pobudzeniu i dzięki temu jesteśmy bardziej wydajni. Gówno (za przeproszeniem) prawda. Robienie kilku rzeczy na raz tylko dekoncentruje. Szczególnie, jeśli współdziałamy przy nich z różnymi osobami.
      Multitasking to robienie kilku rzeczy na raz... no nie! Tak naprawdę, to robimy rzeczy pojedynczo, zwyczajnie przełączamy się z jednej na drugą. Łudzisz się, ze w pracy robisz wiele rzeczy na raz? No nie. Możesz pisać tylko jednego mejla na raz, czytać jeden artykuł na raz, czy rozmawiać z przez telefon z jedną osobą.. Jeśli robisz to jednocześnie, to albo masz mózg jak komputer, albo zwyczajnie robisz po łepkach, lub co gorsze tracisz czas na poprawianie, lub czytanie ponowne, bo coś umknęło.
      Tak naprawdę multitasking jest dobry do pierdół.. sprzątanie i pranie. Gotowanie i zmywanie. Bieganie i słuchanie muzyki.


Single-tasking z czym to się je?


      To bardzo proste. Idea single-taskingu jest odwrotnością multitaskingu. Robimy jedną rzecz na raz. Koncentrujemy się na jednym projekcie, jednym emailu, jednej osobie. Kończymy i przechodzimy do kolejnych zadań, mi bardzo pomaga w tym Macierz Eisenhowera. Inne jest też planowanie. Nie zapisujemy w kalendarzu miliona rzeczy na raz, tylko dzielimy sobie tydzień na dni. Dni na przedziały godzinowe. U mnie wygląda to tak:
      Poniedziałek.. dzień przedzierania się przez tony coraz to nowych "owoców" biegunki legislacyjnej na jaką cierpią miłościwie nam panujący politycy z UE i z Warszawy... dodatkowo poniedziałek to u mnie dzień prania.
      Wtorek.. dzień wymiany myśli z centralą w Warszawie.. ustalamy plan działania dla poszczególnych projektów i rozdzielamy zadania. Wtorkowe wieczory przeznaczyłam na książki "poważne".. czyli te traktujące o życiu itepe..
      Środa i czwartek.. piszę projekty, wyłączam się na ogół i koncentruję tylko na tym zadaniu. Zawsze robię je po kolei. Nigdy nie mam rozgrzebanych dwóch. jeden kończę drugi zaczynam.. to moja żelazna zasada. Moi współpracownicy już się tego nauczyli. Mam to szczęście, ze mój szef, tez zaczął tak pracować. Uwierzcie mi, wszystko idzie nam teraz sprawniej. Wieczór w środę to prasowanie, w czwartek to j. angielski... 
      Piątki to już są dni dla mnie. A właściwie to dla bloga, który czytacie. Piszę notki, robię grafiki. Koncentruję się tylko na tym. W piątki też sprzątam i kontroluję budżet.
      Weekendy to moja świętość. Czas dla rodziny i przyjaciół. Czas na relaks i nadrabianie zaległości towarzyskich. i książkowych.


Single-tasking dobry tylko dla freelancera?


      No nie. Nie uważam tak. Jasne, przy pracy na etacie może być trudniej, ale czy aby na pewno? Naprawdę musisz jednocześnie pisać emaile i gadać przez telefon? Musisz jednocześnie pisać dwie oferty, dla dwóch skrajnie różnych klientów? Nie lepiej napisać jedną, przyklepać i zacząć drugą? Naprawdę będzie szybciej, jeśli będziesz pisać 10 notek na bloga na raz? Myślisz że w ten sposób działasz efektywniej? Spróbuj mojej metody, rób rzeczy po kolei. Jedną kończ, drugą zaczynaj. Zobaczysz, że to wpłynie na uspokojenie, stres opadnie. Nie mów od razu nie... zwyczajnie spróbuj!


Single-tasking to szkoła mówienia "nie".


      Uśmiechasz się pod nosem i mówisz sobie: Tiaaa co ona tam wie! Wyobraźcie sobie, że u mnie podziałało. Zwyczajnie nie pozwalam, by kolejne prośby/propozycje mnie rozpraszały. Jeśli coś robię, to robię, a nie przerywam milion razy, żeby zadzwonić/pogadać/omówić coś skrajnie różnego od tego, co zajmuje moje myśli. Może w tym momencie zarzucicie mi egoizm. Ale osobiście uważam, że zdrowy egoizm nie jest zły. Jasne trzeba myśleć o innych.. ale przede wszystkim trzeba też myśleć o sobie. Znerwicowana, wymęczona i zestresowana partnerka w niczym nie pomoże partnerowi. Jak się żyje non stop na adrenalinie, to łatwo o awanturę... tylko po co? Uporządkowany i zrelaksowany umysł to większa kreatywność.. więcej pasji i więcej pomysłów. U mnie to działa.. jak myślisz.. jak byłoby u Ciebie??



      Ufff... sporo tekstu wyszło. Ale podsumowując. Zdaję sobie sprawę, że w dobie wiecznego pośpiechu i miliona obowiązków single-tasking może się wydawać rzeczą z kosmosu wręcz. Ale to tylko pozory. Jak to mówią: nie spróbujesz, nie będziesz wiedział! Spróbujecie? Czy może wręcz przeciwnie.. oznajmicie mi, ze macie mózgi jak komputery i potraficie robić milion rzeczy na raz?


Pamiętacie o zbiórce dla Ani i Sławka? Dla dobrych ludzi warto wysupłać dodatkowy grosz!


Andrzej Sapkowski przedstawia "Szpony i Kły" .. czytam bo lubię #4

Andrzej Sapkowski przedstawia "Szpony i Kły" .. czytam bo lubię #4



No tak. Trzydzieści lat.
Wiedźmin do wynajęcia za trzy tysiące ojrenów. 
Gdy pojawił się w Wyzimie, w Karczmie "Pod Lisem"
nie był już młodzieniaszkiem. Pobielałe włosy,
szrama na twarzy i ten charakterystyczny
paskudny uśmiech.
Zaczął od górnego C: trzech oprychów, potem strzyga
i kolejne stwory - ludzkie, bądź nieludzkie - niegodne
żyć w świecie, który został nam dany.

A potem Biały Wilk poszedł własną drogą. Ciernistą,
tak bym to ujął, ale cóż, każdy uczy się na błędach.
Gdzieś w oddali łypie na mnie znacząco Hollywood,
ale na razie cieszmy się tym, co wyłowiła
z wiedźmińskiego konkursu "Nowa Fantastyka"
i superNOWA: jedenaście opowieści zainspirowanych
losami Geralta oraz jego przyjaciółek i kamratów.
Czytałem je z uwagą, nie imaginując.
Są wśród uczestników konkursu na "trzydziestkę"
wiedźmina ludzie bardzo utalentowani. Wkrótce
stworzą własne światy bądź zanegują istniejące.
Nie straćmy ich z oczu!


Tyle Andrzej Sapkowski.. co o opowiadaniach myślę ja?


      Saga o Wiedźminie Geralcie to zaraz po Trylogii Władca Pierścieni moja ukochana pozycja jeśli chodzi o literaturę fantastyczną i literaturę ogólnie. Czytałam ją kilka razy i wciąż mi się nie nudzi. Dlatego, kiedy ukazała się kolejna pozycja ze świata Białego Wilka nie wahałam się ani chwili. Mimo że książka nie wyszła spod pióra Andrzeja Sapkowskiego.

      "Szpony i kły" to zbiór opowiadań, jakie zostały wybrane przez jury w konkursie ogłoszonym z okazji trzydziestki Wiedźmina. Wszystkie osadzone są w świecie Wiedźmina Geralta, w niektórych występuje jego postać, w innych nie. Akcja części z nich dzieje się już po jego śmierci. Same opowiadania są napisane z biglem, fajnym przystępnym językiem. Przy niektórych wkurzałam się, że są takie krótkie.. bo można by pociągnąć temat i zbudować większą formę.. no aż się prosiło! ALE...To mimo wszystko nie jest mistrz Sapkowski. Niektórzy z autorów ewidentnie nawiązują do jego stylu, ale to nie to samo.. nie ten klimat i już. Mam mieszane uczucia co do książki. I serio nie wiem co mam o niej myśleć. Z jednej strony szybko i przyjemnie mi się ją czytało, z drugiej strony irytowało mnie urywanie opowieści w połowie i szybkie kończenie. Może mój mieszany stosunek wynika z tego, ze ja zwyczajnie nie lubię krótkich treści... Ledwie się człowiek zaczyna rozsmakowywać w fabule a tu już koniec.. brrrr. Może właśnie stąd wynika moja podskórna niechęć? Pewnie tak. Bo przecież pomysły na opowiadania bardzo mi się podobały, język też ale.. no właśnie ALE! ... Ehhh... weź tu człowieku dogódź babie!



      Jeśli mam być szczera, to nie wiem czy polecać Wam tą książkę czy nie... Jeśli jesteś fanem wiedźmińskiego świata, przeczytaj. Pamiętaj tylko, że tego nie napisał Andrzej Sapkowski, więc nie spodziewaj się fajerwerków. Jeśli nie lubisz krótkich form literackich dwa razy się zastanów zanim sięgniesz po tą pozycję.



W mojej prywatnej skali: 5,5/10


Tak na koniec. Znacie Anię z bloga Wszystko smaczne? Na pewno znacie jej historię. Historię miłości i walki z podstępną chorobą ukochanego męża. Pisałam o tym KLIK. Zbieraliśmy pieniądze na leczenie Sławka w Monachium, udało się, są. Ale pomoc potrzebna jest nadal! Teraz zbieramy na ich pobyt w Niemczech. Zwyczajnie Sławek nie może być tam sam! Ona musi być obok! Dlatego proszę... nie przechodźcie obojętnie obok nich!






Przeczytane 2018

Przeczytane 2018

   

      Z Nowym Rokiem nowym krokiem! Rozpoczynamy Nowy Rok, pora więc na nową listę czytelniczą! W zeszłym roku postawiłam sobie ambitny cel przeczytania 70 książek. Udało się!! Lista tu: PRZECZYTANE 2017 . Zaczynamy rok 2018 więc pora na nowy cel! W tym roku podnosimy poprzeczkę! Podnosimy ją do 100 sztuk! Ogłaszam to oficjalnie:


W 2018 roku przeczytam 100 książek!


ZACZYNAMY!!!

STYCZEŃ 2018
1. Andrzej Sapkowki przedstawia - Szpony i kły

2. Irena Matuszkiewicz - Dziewczyny do wynajęcia

3. Katarzyna Tusk - Make Photography Easier

4. Andrzej Ziemiański - Virion

5. Alfred Szklarski - Tomek na wojennej ścieżce

6.









Na konsumpcję, na siew i na zapas ... czyli moja metoda zarządzania finansami.

Na konsumpcję, na siew i na zapas ... czyli moja metoda zarządzania finansami.

z cyklu jak oszczędzać pieniądze


      Kiedyś bardzo dawno temu usłyszałam na studiach bardzo mądrą myśl: Jeśli dobrze nauczysz się zarządzać funduszami jakie zarabiasz, to będziesz ich mieć wystarczająco. Jeśli się tego nie nauczysz... zawsze będziesz ich mieć za mało. I taka prawda. Jeśli nie opanujemy rozbuchanego konsumpcjonizmu.. jesteśmy wstanie wydać każde pieniądze... nawet największe! Badania pokazują, że ludzie którzy wygrywają duże sumy pieniędzy, przeważnie wracają do stanu posiadania sprzed wygranej po około 5 latach. Wydają.. wydają, aż wreszcie nie zostaje nic. Czasem wręcz długi. Ot.. kluczowa sprawa.. zarządzanie pieniędzmi!


      Jak ja zarządzam swoimi funduszami? Ano według starej chłopskiej zasady, którą przekazał mi mój przyszywany dziadek! Pamiętam jak dziś jego słowa: "Pamiętaj dziecko.. z pieniędzmi jak ze zbożem. Trzeba je dzielić na trzy kupki: na jedzenie, na siew i na zapas!". Utkwiło mi to w pamięci aż do tej pory. I tak dokładnie działam. Moje fundusze dzielę na te trzy części... i uwierzcie mi, bardzo dobrze na tym wychodzę!





Konsumpcja i opłaty stałe!


      Pierwsza i w sumie największa część moich wydatków. Opłaty stałe, rachunki, jedzenie, ubrania, drobne przyjemności. To pochłania połowę moich przychodów... czasem ciut więcej, ale rzadko. Bo jeśli planuję kupić coś ekstra, to jakiś czas na ten cel odkładam pieniążki do "specjalnego słoika". Nie cierpię też na syndrom kompulsywnego kupowania więc... udaje mi się trzymać w ryzach. Warto pamiętać, że jeśli na bieżącą konsumpcję i rachunki wydajemy więcej niż 60-65% pensji, to znaczy, że żyjemy ponad stan. Że należy wydatki jak najszybciej obniżyć. Niestety, świat finansów jest brutalny, a w długi bardzo łatwo wpaść.. trudniej się z nich wykaraskać niestety. :(


Na siew!


      Połowa tego, co zostaje z wypłaty, po odliczeniu kosztów stałych zawsze idzie na mój osobisty rozwój. Książki, kursy, podróże. Wychodzę z założenia, że żeby wyjąć, najpierw trzeba włożyć. To z tych pieniążków, mam zamiar utrzymywać też bloga.. jak już przejdę na własną domenę.


Na zapas!


      Oszczędności i inwestycje. Życie nauczyło mnie, ze MUSZĘ mieć żelazną kwotę pieniędzy nie do ruszenia. Taki mój fundusz ratunkowy. Finansową poduszkę, która uratuje mnie w przypadku kryzysu. Na razie jestem młoda, względnie zdrowa i mam pracę. Ale to się może w jednej minucie zmienić. Mogę potrzebować pieniędzy na leczenie, rehabilitację... czy zwyczajnie na rachunki, bo stracę stałe dochody. Pieniędzy może potrzebować ktoś z moich bliskich. Na ten cel staram się odkładać 15-20% pensji. Nie zawsze się udaje, ale przeważnie.


Czwarta część... dobroczynność!


      Tą opcję wprowadziłam w sumie niedawno. Staram się 2-3% moich dochodów miesięcznie przeznaczyć na organizacje charytatywne. Czasem wysyłam smsy, czasem wpłacam pieniądze. Częściej na zwierzęta niż na ludzi, ale to z prostej przyczyny... Pisałam to wiele razy już, zwyczajnie od jakiegoś czasu wolę zwierzęta od ludzi. Smutne? Cóż.. prawdziwe.



      Oto moja metoda zarządzania finansami. W sumie jest prosta, ważne by się jej trzymać. Robię to już od ładnych kilku lat i właściwie nie miałam problemów finansowych. Tak więc polecam ją Wam z czystym sumieniem. I jednocześnie zapytuję:
Macie jakieś swoje sposoby na finanse?
Bardzo chętnie o nich poczytam!





Choroba futrzastego przyjaciela...

Choroba futrzastego przyjaciela...

   
      Nie każdy ma takie podejście do psów jak ja i rozumiem to. Jednak dla mnie pies to równoprawny członek rodziny. Najlepszy przyjaciel, który nie zawiedzie, nie okłamie, nie zdradzi. Który wyczuje, kiedy jest Ci źle i samą swoją obecnością będzie potrafił poprawić Ci humor. Dla mnie kimś takim jest Bella. Jestem z nią emocjonalnie związana aż za bardzo, ale cóż... I teraz wyobraźcie sobie mój ból, mój szok, mój strach, kiedy usłyszałam diagnozę: PARWO!


      Żyjemy w takich czasach, że żadne szczepionki, żadne najlepsze leki, największe środki ostrożności nie uchronią nas przez żarłocznym, zmutowanym wirusem czy bakterią. Tak jest w przypadku mojej suni... Bella ma wszystkie szczepienia, była odrobaczona, dbałam o jej dietę. Dbałam o nią bardzo i co? I wystarczyło, że na spacerze zetknęła się ze zmutowanym wirusem. Wystarczyło, że powąchała kupę chorego psa... tego jej nie oduczę, nie ma takiej opcji....

      W Sylwestra koło południa poszliśmy na spacer było wszystko w porządku, biegała, niuchała sobie jak zwykle. Nawet specjalnie nie przejmowała się petardami.. ot obszczekiwała je. Kiedy poszliśmy do niej o północy była już nieswoja... ale złożyłam to na karb stresu petardowego mimo wszystko. W Nowy Rok mała nie chciała jeść, pojawiła się biegunka, ale sunia była w bardzo dobrym nastroju. Zaczęłam już panikować.. decyzja została podjęta 2 z samego rana jedziemy do weta. Kiedy rano drugiego weszłam do garażu w którym spała o mało nie zwymiotowałam. Smród nie z tej ziemi.. tak śmierdząca biegunka, ze brak słów! Do tego wymiociny i ta moja mała biedna taka wymęczona.... Spakowaliśmy ją do samochodu i biegiem do psiego szpitala. Pan Doktor tylko spojrzał i wydał wyrok: PARWO! Nogi się pode mną ugięły.. jak to? Mimo szczepień? Ano tak.. jakaś wredna mutacja. Na dzień dobry trzy zastrzyki i do domu, bo mimo wszystko szybko zareagowałam i sunia jednak w dobrej kondycji jeszcze.. Wróciliśmy tam po może dwóch godzinach.. bo mała mi słabła w oczach, a ja nie zamierzałam czekać do następnego dnia.Lekarze też też nie czekali. Kroplówka i odstawiamy nawet wodę. Od tamtej pory kroplówek było już 6, zastrzyków kilkanaście... Mała nie słabnie bardziej, ale jest taka smutna biedna... Taka wychudzona, jakby nie jadła tygodniami. I tylko wzrokiem prosi o pomoc.

      Lekarz mówi: Pani nie panikuje, bo sunia to czuje! Była szczepiona, powinna z tego wyjść! A ja się boję... tak bardzo się boję. Jak mam się nie bać, skoro Bella wymiotuje krwią?? Wróciły do mnie koszmary... śniło mi się że zakopuję martwa Bellę w lesie. Śniła mi się śmierć mamy. Tak jakby otworzyła się jakaś klapka w mózgu. Jakby Bella była tamą, lekiem, który powstrzymywał koszmarne obrazy... dziś w nocy obudziłam się z krzykiem. Powtarzam sobie ciągle: będzie dobrze.. będzie dobrze... MUSI BYĆ! Ale tak bardzo się boję...



      Powiecie, przecież to tylko pies! Dla mnie to nie jest tylko pies... to moja najlepsza przyjaciółka..









Wszyscy mają chciejstwa MAM I JA! #1

Wszyscy mają chciejstwa MAM I JA! #1

   


      Bywają listy chciejstw kosmetycznych, czytałam wiele wishlist ciuchowych i gadżetowych. Moja lista będzie inna.. na mojej liście będą tylko książki. Książki o których marzę by je mieć na swoich półkach. Rozpoczęłam pertraktacje by wydzielić jeden z pokoi w domu na bibliotekę.. myślę, że wszystko będzie zmierzać w dobrym kierunku więc mogę z czystym sumieniem spisać listę, którą na bieżąco będę uzupełniać. Nie ukrywam, że większość książek na liście już przeczytałam, ale to nie zmniejsza mojego pragnienia, by je mieć na własność w formie papierowej. Dlaczego? Bo chętnie do nich wrócę, bo są wspaniałe i ponadczasowe. Tylko skąd kasę na to brać, chyba trzeba iść na włam?? ;)


1. Saga o Wiedźminie Andrzej Sapkowski .. już to czytałam wiele razy, mam też wersję elektroniczną, ale .. no właśnie.

2. Cykl demoniczny Peter V. Brett .. pisałam o tej sadze na blogu, jest świetna, chętnie do niej wrócę, więc też musi się kiedyś znaleźć w mojej bibliotece.

3. Pieśń lodu i ognia George R. R. Martin .. czy komukolwiek muszę tłumaczyć dlaczego???

4. Malazańska księga poległych Steven Erikson.. jakieś pytania?

5. Królowie przeklęci Maurice Druon .. jaka to jest dobra seria!

6. Kroniki Diuny Frank Herbert .. coś dla Pana M.

7. Saga Szklany tron  Sarah J. Mass.. bo lubię i już

8. Ostatnie Imperuim Brandon Sanderson ..  uwielbiam!

9. Trylogia husycka Andrzej Sapkowski .. jak można pytać?


ciąg dalszy nastąpi!!


      Jak widać to praktycznie sama fantastyka. Ale nikt, kto mnie zna choć trochę nie będzie zdziwiony! Lubię fantastykę, wielbię fantastykę, kocham ją miłością odwzajemnioną! ALE żeby nie było! Nie zamykam się na inne gatunki, choć póki co niewiele jest książek innych gatunków, do których bym wróciła po ich przeczytaniu.
      Oto moje chciejstwa! Jakby ktoś szukał pomysłu na prezent dla mej skromnej osoby to wiecie... Ale żarty na bok! Jak tak patrzę na tą ilość książek.. to coraz bardziej się przekonuję, że muszę zacząć kopać jakiś tunel by obrabować bank!

Macie jakieś chciejstwa książkowe? Planujecie zakupy książek czy jesteście impulsywni w swych zakupach? A może nie kupujecie książek?






Blogowe cele i plany na 2018 .. plus odrobina podsumowania!

Blogowe cele i plany na 2018 .. plus odrobina podsumowania!

   
      Nowy Rok .. Stary Rok .. Cóż, to doskonała okazja by posumować i zamknąć za sobą to co było i wyznaczyć sobie nowe cele. W sumie to nie lubię tego robić. Wszelkie postanowienia jakie podejmowałam przy tej okazji brały w łeb. Zdecydowanie lepiej mi wychodzi planowanie "na bieżąco". Może dlatego, że jestem już na takim etapie życia, że nie czuję wewnętrznej potrzeby jakichś spektakularnych zmian? Z drugiej strony mądrzejsi ode mnie mówią, ze nie potrzeba specjalnej okazji by zacząć zmieniać swoje życie. Do tego potrzebne jest wewnętrzne przekonanie a nie odpowiednia data. No nie ma czegoś takiego jak odpowiedni moment.. przynajmniej ja w to nie wierzę. To jednak nie przeszkadza mi napisać ramowego planu dla bloga prawda? To akurat moge sobie zaplanować! O tym będzie ten post!

źródło

Zacznijmy jednak od podsumowania!

      Nie lubię podsumowań. Nie lubię robić czegoś, bo wypada. Wszelkie raporty, jakie musiałam i muszę pisać przyprawiają mnie o mdłości.. Nie zmieniło mi się to po tylu latach i pewnie już mi się nie zmieni. Dlatego moim blogowym podsumowaniem będą podziękowania dla moich czytelników!!

Dziękuję Wam, za ogrom inspiracji!
Dziękuję Wam, za to że jesteście, czytacie i piszecie!
Dziękuję Wam, że wciąż wracacie!
Dziękuję Wam, za ocean wsparcia w trudnych momentach!
Dziękuję za solidarność w trudnych chwilach!
Dziękuję za wszystko i.. proszę o więcej!

To dzięki Wam statystyki wciąż idą w górę.
To również dzięki Wam przybywa mi czytelników.
To, że blog się rozwija to nie tylko moja zasługa!

Dlatego dziękuję po stokroć!


Co planuję zdziałać w blogosferze?? 



Wciąż pisać o tym, co gra mi w duszy. O tym co wiem i co wyczytam u mądrzejszych od siebie. Nadal dniami publikacji będą wtorki i piątki.. chyba że zdarzy się obsuwa. Czym specjalnie nie będę się przejmować.. nie mam zamiaru być dla siebie zbyt rygorystyczna!


      Przemycić na bloga więcej recenzji książkowych, bo nie zapowiada się, by mój książkoholizm miał osłabnąć (właśnie czekam na kolejne książki). O książkach umiem mówić, ale pisać jeszcze nie potrafię tak, jakbym chciała. Nauczyć się robić to dobrze.. to mój cel na ten rok! 



      Być aktywniejszą w blogosferze. Nie ma to tamto. Bez tego nie zrobię kroku dalej! Nie ukrywam, czasem mi się nie chce czytać, czasem mnie ponosi jak czytam (i chciałabym wysłać autora do szkoły podstawowej, żeby się pisać nauczył). Ale są też wspaniałe, wartościowe blogi! Tych będę szukać więcej i więcej, bo lepiej czytać blogi, niż gapić się w TV!



      Wreszcie uruchomić fanpage na facebooku. To wstyd, żeby niemal dwuletni blog nie miał swojego miejsca w największym medium społecznościowym.



      Wreszcie przejść na własną domenę. Zrobię to, jak tylko znajdę kogoś, kto mnie za rękę przez ten proces przeprowadzi! Bo sama na bank tego nie zrobię. Jeśli chodzi o sprawy informatyczne, to równie dobrze mogłabym być ślepa, głucha i niema. Potrafię zepsuć wszystko...



I tak na koniec ostatnie postanowienie... takie blogowo-nieblogowe. Kupię wreszcie porządny aparat, żeby robić zdjęcia na bloga.. i nie tylko!



Oto moje cele i plany. Troszkę inne. To nie jest lista rzeczy do kupienia.. rzeczy do zobaczenia.. rzeczy do zmiany.. To mój ramowy plan blogowy!
Jak jest u Was?
Planujecie jakieś spektakularne trzęsienia ziemi w życiu?
Jakieś zmiany, które postawią wszystko na głowie?
Robicie listy noworocznych postanowień?
Z chęcią o nich poczytam! Może mnie zainspirujecie? Ostatnio właśnie inspiracji potrzeba mi najbardziej.. coś się po świętach rozleniwiłam!

Tymczasem szampańskiej zabawy w Sylwestra Wam życzę i baraku bólu głowy w Nowy Rok!
Ściskam Wszystkich mocno!





Dla Was wszystko co najpiękniejsze .. czyli życzę Wam!

Dla Was wszystko co najpiękniejsze .. czyli życzę Wam!

   
      W zeszłym roku to zaniedbałam, ale nie mam zamiaru popełnić tego błędu po raz drugi! Życzenia! Rzecz, bez której Boże Narodzenie nie jest Bożym Narodzeniem! Dla mnie to sprawa bardzo istotna i niebywale indywidualna. Wy moi drodzy czytelnicy jesteście dla mnie niebywale ważni, bez Was to miejsce nie byłoby takie jak jest dlatego i Wam należą się życzenia! Dlatego niezależnie od tego, czy Wasze Święta koncentrują się na aspekcie religijnym,  czy tez są zupełnie zlaicyzowane życzę Wam wszystkim i każdemu z osobna...


Tak po blogowemu:


Inspirujących ludzi dokoła.. by nie było problemów z zastojami twórczymi.
Kreatywności.. by nie było problemu z przelaniem myśli na klawisze komputera.
Chęci.. by zwyczajnie Ci się chciało, nawet jak Ci się nie chce
Czytelników.. którzy docenią Twój trud i będą Cię wspierać
Statystyk .. które będą szybować pod niebo
i .. SUKCESU!

Tak z serducha:


Radości.. by każdego dnia uśmiech gościł na Twojej twarzy.
Pokoju.. by smutki tego świata nie miały wstępu do Twojego serca.
Miłości.. by oświecała świat w każdej chwili Twojego życia.
Rodziny.. która będzie zawsze obok.
Przyjaciół.. którzy odbiorą telefon nawet o 2 w nocy mówiąc: już się ubieram gdzie jesteś.
Zdrowia.. aby spełniać marzenia.


      Kochani życzę Wam radosnych Świąt w rodzinnym gronie. Niech dla nikogo nie zabraknie miejsca, a wszystkie swary ustaną! Pamiętajcie, że w tym magicznym czasie cuda zdarzają się częściej niż zwykle!



Wszystkiego najpiękniejszego!!!!!






pees: Bella przesyła buziaki!!!!!!

Dla Ani i Sławka! .. przeczytaj, poślij dalej, POMÓŻ jak możesz!

Dla Ani i Sławka! .. przeczytaj, poślij dalej, POMÓŻ jak możesz!

   

      Nie znam Sławka. Za to znam Anię... może nie osobiście, ale w dzisiejszych czasach nie trzeba znać się osobiście by się polubić! Dlatego jest ten post! Ania i jej mąż potrzebują naszej pomocy. Pomocy materialnej. Sławek choruje ma złośliwego raka mózgu.. glejak to na ogół wyrok... ale w tym przypadku jest nadzieja!


Spójrzcie na nich! 

      Nie ukrywam, że sprawa walki o życie bliskiej osoby jest mi szczególnie bliska. W tym roku odeszła moja ukochana mama. Zabrał ją właśnie rak. Wredne, podstępne, mściwe choróbsko naszej cywilizacji. Ale Sławek umierać nie musi! Ma szansę. Baaa Ma ogromną szansę pokonać wroga i żyć! Jest już zaprawiony w bojach.. przeszedł dwie operacje, wyniszczające terapie. Żyje w cieniu glejaka już ładnych kilka lat! Biorąc pod uwagę że jego wróg jest w trzecim stopniu złośliwości to świetny wynik! I kurde oby tak dalej!

      Ania jest dzielna. Kiedy lekarze w Polsce rozłożyli ręce proponując tylko terapię zachowawczą, znalazła klinikę w Monachium. Tamtejsi lekarze powiedzieli TAK. Sławek rokuje bardzo dobrze, i został zakwalifikowany do terapii protonowej. Tylko.. no właśnie potrzeba na to kupę kasy. Mamy niecały miesiąc by zgromadzić 135 000 zł. Ja wierzę że się uda. Wierzę w ludzi. Mimo że dla dorosłych pieniądze zbierać jest trudniej.. mimo wszystko! Zbiórka ruszyła i będzie trwała do 10 stycznia. Czas goni! Musi się udać! Po prostu musi!!!

      Proszę kliknij w baner umieszczony na pasku bocznym, przeczytaj historię Ani i Sławka. Pomóż jak możesz. Sms to tylko 2,5 zł. Ten jeden raz możesz nie kupić nowej pomadki, ten jeden raz nie kupuj kolejnej maseczki, ten jeden raz odmów sobie batonika, kolejna ozdóbka do domu naprawdę jest Ci potrzebna? Zamiast tego wyślij proszę choć jeden sms. To niewiele.. ale jak wszyscy wyślemy po jednym lub dwa to zbierzemy pieniądze.


Dobro wraca!


Link do strony siepomaga: https://www.siepomaga.pl/zycieslawka 


      I tak na koniec... Pamiętaj, dobro zawsze wraca. Dziś Ty pomożesz mi, jutro ja Tobie. Jesteśmy zwykłymi szarymi obywatelami. Musimy się wspierać, szczególnie wtedy, kiedy zawodzą instytucje... 
      Aniu Kochana moja, wiem, ze to przeczytasz. Dużo siły dla Was obojga! Dużo wytrwałości! Na przekór wszystkiemu. Do tej pory się udawało i teraz się uda!!