Praca zdalna. Jakie są jej plusy i minusy.

Praca zdalna. Jakie są jej plusy i minusy.

      Ktoś kiedyś powiedział: jeśli długo czekasz na szczęście, to znaczy że ono jest duże i dlatego wolno idzie. Te słowa sprawdziły się w moim przypadku w 100%. Długo czekałam na szczęście, ale jak już przyszło.. WOW! Dlaczego o tym piszę? Bo to się bezpośrednio wiąże z tematem dzisiejszego wpisu. Co się wydarzyło, że zamiast siedzieć w biurze w warszawskim wieżowcu, to piszę do Ciebie z mazowieckiej wsi. Praca zdalna, co jak dlaczego. Czy warto i czy jest dla każdego? Jakie są jej blaski i cienie? Jesteś ciekaw? Zapraszam!

Praca zdalna plusy i minusy


      Zdalnie pracuję już trawie trzy lata. Tak na 100% zaczęłam, kiedy moja śp mama zaniemogła na tyle, że wymagała całodobowej opieki. Miałam to szczęście, że moja praca nie wymaga obecności w biurze, a mój szef nie miał nic przeciwko. W sumie to nic dziwnego. W dzisiejszych czasach coraz większej ilości osób do pracy potrzebny jest internet i komputer. Nawet cotygodniowe zespołowe spotkania nie wymagają obecności fizycznej, bo wystarczy łącze on line i człowiek jest, słyszy i widzi wszystko. Brzmi fajnie nie? Tylko nie myśl sobie, że to jest takie proste!

Praca zdalna #fakty i #mity

      Mitów na temat pracy zdalnej jest wiele, ale na szczęście wiele z nich już powoli znika z powszechnej świadomości. Kiedy mówię że pracuję zdalnie nie słyszę natychmiast: ulala to możesz całymi dniami się lenić.

1. Jak siedzisz w domu to masz czas na wszystko.

      Tiaaa bardzo bym chciała! Prawda jest taka, że mimo przebywania w domu, czasem nie ma kiedy zrobić zakupów.. nie mówiąc już o ugotowaniu obiadu! Z tym mitem często muszę walczyć, kiedy stykam się z osobami starszymi. Kiedy w trakcie rozmowy wypływa, że np. nie mam czasu zrobić od kilku tygodni prania, nie gotuję codziennie obiadów, albo mam pierdolnik w domu bo jestem tak zmęczona (nie mam.. Pan M łapie za ścierkę i odkurzacz i sprząta). Prawda jest taka, że praca zdalna jest taka sama jak ta w "normalna", trzeba ją zrobić i nie ma pomiłuj! I czasem po kilku/kilkunastu godzinach przed komputerem, to człowiek myśli tylko o wpełznięciu pod kołdrę, a nie zabawię w boginię domowego ogniska.

2. Osoby pracujące zdalnie pracują mniej.

      To jest prawdziwy mit! Prawda jest taka, że jest dokładnie odwrotnie! Kiedy pracujesz stacjonarnie przynajmniej w teorii zostawiasz pracę za drzwiami biura. Przynajmniej w teorii nie musisz odbierać mejli, nie musisz odbierać telefonów. Ja pracując zdalnie tak nie mam. Właściwie to inaczej.. ja pracuję w normalnych godzinach, od 7.30 do 15. Tylko że to mój wybór, tak sobie narzuciłam. Natomiast nie obce mi jest odbieranie wiadomości o 22.

3. Szef nie ma żadnej kontroli nad tym co robisz i czy robisz.

      Serio? A z wyników pracy to kto mnie rozlicza? Z kim konsultuję kolejne etapy realizowanych zadań czy projektów? Tak samo zdaję raporty. Tak samo mam terminy! Jasne, szef nie dyszy mi nad karkiem, ale potrafi zadzwonić o każdej porze i poprosić o raport. Potrafi też nieźle opieprzyć! Uwierz mi, opiernicz zdalny to taki sam opiernicz jak ten w cztery oczy. Ostrzeżenie zdalne ma taką samą wagę, jak to wypowiedziane w cztery oczy.

4. Z pracownikiem zdalnym trudniej jest się skontaktować.

      Czy my żyjemy w średniowieczu? Są telefony, jest internet, skype, mejle! Jasne nie wyjdę w ciągu kilku minut i nie spotkam się z Tobą na roboczym brunchu, ale tez nie ma takiej potrzeby. Żyjemy w epoce planowania.. jeśli taki brunch zaplanujemy, to ja jestem wstanie do biura dotrzeć w ciągu kilku/kilkunastu godzin.. z resztą w drugą stronę droga jest taka sama. Teraz taka ciekawostka.. w ciągu już niemal trzech lat pracy zdalnej w biurze byłam może kilkanaście razy i tez zawsze na spotkaniach z szefem. Ze współpracownikami stacjonarnymi kontaktuję się codziennie online. Czy ucierpiały na tym relacje? Nie. Szanujemy się, szanujemy swoje umiejętności i swoja pracę. To wystarczy.

Praca zdalna #plusy #minusy

      Plusy i minusy pracy zdalnej.. kiedy usiadłam z kartka papieru i zaczęłam je hasłowo wypisywać szybko odkryłam, że wszystko jest płynne. Coś co dla jednej osoby może być plusem, dla innej będzie przeszkodą nie do przeskoczenia. Na szczęście to mój punkt widzenia, więc to jest moja lista. Do dzieła!

      PLUS. Względna dowolność w planowaniu pracy. To niewątpliwie chyba jedna z największych, jeśli nie największa zaleta pracy zdalnej. Jasne mam terminy, każdy projekt ma swoje etapy, a moi współpracownicy nie będą wiecznie czekać. Ale też znając terminy mogę sobie zaplanować czas. Nikt mnie nie będzie sprawdzał, czy swoją działkę zrobiłam o 7 rano czy o 3 w nocy. Nie ograniczają mnie typowe biurowe godziny.

      PLUS. Nie tracę czasu na dojazdy. Jeśli dojeżdżasz do pracy to wiesz do czego piję.. w drodze "do i z"  czasem traci się nawet kilka godzin. ten problem przy pracy zdalnej nie istnieje. Bo ileż metrów jest z łóżka do biurka? W najgorszym przypadku kilkadziesiąt.. jeśli masz duży dom.

      PLUS. Jak wyleci jeden dzień z tygodnia na lenistwo, to świat się nie zawali. To jest dla mnie OGROMNY plus pracy zdalnej. Wizyta u lekarza? Nie ma problemu. Nagły wyjazd? Nie ma problemu. Awaryjna sytuacja w rodzinie? Szybkie przeplanowanie tygodnia i jestem.

      PLUS. Szef nie dyszy nad karkiem. Wyżej napisałam, ze mitem jest iż szef nie ma możliwości sprawdzenia co robisz. Fizycznie nie ma, może cię rozliczać tylko z wyników. Dla mnie to ogromna zaleta! Ogólnie uważam, ze pracownicy powinni być rozliczani za efekty, a nie za czas spędzony na pracy.

      PLUS/MINUS. Stereotypowa praca w pidżamie! Coś w tym jest wiesz? Sama może nie pracuję w pidżamie, bo jako posiadaczka futra na czterech łapach mam obowiązki rano w południe i wieczorem. Ale jak ktoś nie ma takich zobowiązań, to może cały dzień przesiedzieć w pidżamie. Ja przeważnie siedzę w bluzie i dresach! Już zapomniałam co to dress code, szpilki, koszule i te sprawy. To niesie za sobą realne niebezpieczeństwo skapcenia. Można się zaniedbać i to ostro. Ale jeśli człowiek o tym pamięta i się pilnuje, to nie ma obaw!

      MINUS/PLUS. Praca zdalna wymaga żelaznej konsekwencji. Jak już pisałam w mitach. To że pracuję z domu, nie znaczy, że mam czas na wszystko. Mało tego! Muszę się bardziej pilnować! Bo wiecie.. dni potrafią uciekać nie wiadomo gdzie. Zaczynam pracę, wstanę na chwilę.. pójdę po herbatę, zobaczę, że bałagan.. zacznę sprzątać i... kilka godzin mija! 

     MINUS/PLUS. Domownicy muszę się nauczyć, że pracujesz. Praca zdalna to umiejętność ignorowania obowiązków domowych. To nauka konsekwentnego robienia zadań jednego po drugim. Nauka konsekwentnego odmawiania domownikom, jeśli czegoś chcą, kiedy my pracujemy. To uczy asertywności. Bo brutalna prawda jest taka, że albo się nauczysz odmawiać, albo będziesz w czarnej dupie. Mama, babcia, wujek, sąsiadka, muszą wiedzieć, że to, ze jesteś w domu nie oznacza, że masz nieograniczony czas. Że możesz w każdej chwili zrobić to, o co proszą: np. przez tydzień pilnować chorego siostrzeńca, bo jego rodzice nie mają co z nim zrobić. Ot nauka asertywności w praktyce.

      MINUS. Praca zdalna nie jest dla każdego. I to jest fakt niezaprzeczalny. Nie każdy jest wstanie tak sobie zaplanować zadania, by je wykonać. Nie każdy przezwycięży pokusę zignorowania pracy.. przecież nowy serial na Netflixie jest przyjemniejszy. Wreszcie nie każdy potrafi pracować bez "bata" nad głową. Pisząc bat, mam na myśli ciągłą świadomość, ze szef może przyjść i sprawdzić.

Podsumowując

      Dla mnie praca zdalna jest idealna. Umiem planować pracę, co ważniejsze trzymam się tych planów. Nie brak mi konsekwencji i potrafię zignorować brudne pranie które woła: KIEDY WRESZCIE WRZUCISZ MNIE DO PRALKI!! Dlatego nie mam problemu że zmotywowanie się do pracy. Baaa... nie mam problemu z tym, żeby zadania zaplanować, wykonać i skończyć. Bo żeby nie było tak kolorowo.. praca zdalna, to żelazna konsekwencja, to totalne ignorowanie pokus.. a tych w domu nie brakuje.




Czy ja mam jeszcze coś do powiedzenia? Czyli HAPPY NEW YEAR!

Czy ja mam jeszcze coś do powiedzenia? Czyli HAPPY NEW YEAR!

      Na tym blogu nie będzie żadnych podsumowań ubiegłego roku. Prawdopodobnie nie będzie tez podsumowania dekady (tu się akurat waham). Nie wiem, czy ten blog ma jeszcze rację istnienia i czy warto go pisać/tworzyć.. jak zwał tak zwał. Noworoczne rozterki.. brak wizji, brak celu, to takie nietypowe dla mnie. A jednocześnie dobitnie pokazuje, gdzie na mojej drabinie wartości znajduje się blogowanie. Kurczaki, słabo nooo..

      Stali czytelnicy na pewno to zauważyli, nowym chyba wszystko jedno.. ale dawno mnie tu nie było. Dawno nic nowego nie napisałam. Nie będę się rozpisywać dlaczego.. ot nie czułam takiej potrzeby. Przestało mi się chcieć.. a może bardziej, doszłam do ściany i nie bardzo wiem co dalej. Nie będę ściemniać.. nadal nie wiem! HA! Takie jakieś nietypowe jak na mnie zwątpienie mnie dopadło. Bo czy ja mam jeszcze coś do powiedzenia? Coś nowego, inspirującego. Jakąś wartość dodaną dla moich czytelników? Dziesiątki pytań i tak mało odpowiedzi!



      Ponad dwa miesiące ciszy. Ponad dwa miesiące nie zaglądałam wcale na bloga i wiecie? Jestem jak ten osioł co mu w dwa żłoby dano.. w jeden owies, w drugi siano..Bo niby trochę tęskniłam za pisaniem, a z drugiej strony czułam taką niechęć, takie jakieś wypalenie. Sama nie wiem! Niby pojawiał się temat, a mi się nie chciało pisać, bo ... no dobra czas powiedzieć to wprost: czułam, że i tak nikomu to się nie przyda, nikt tego nie przeczyta! To głupie, bo tak naprawdę nigdy nie widziałam siebie jako wielkiej i poczytnej blogerki, co to kosi kasę, jak rolnik zboże. Gdyby tak było, to inaczej podchodziłabym do sprawy reklamowania bloga, pracy nad SM i przede wszystkim zrobiłabym COŚ z blogiem.. a już na bank przeniosła na nowa.. własną domenę. A tak.. trwałam (i trwam) sobie w zawieszeniu.
      Czy wyznaczyłam sobie jakieś blogowe cele? A SKĄD! Jakąś strategię? PFFF. Jeśli miałabym być szczera, to najchętniej usunęłabym tego bloga i zaczęła od początku.. tylko czy to jest wyjście z tej wydawałoby się patowej sytuacji? Chyba nie... Bo tak naprawdę.. na nowym blogu powieliłabym w znacznej części to, co już napisałam tutaj. Więc pytanie po co? Po to tylko, żeby mieć tematy? Żeby regularnie publikować? Toż to głupota pierwszej wody!

      Więc co zrobiłam? Analizę SWOT.. wypisałam moje nadzieje i lęki, moje silne i słabe strony. Puściłam cugle i pisałam.. pisałam.. pisałam. Wciąż jeszcze jestem na etapie analizowania tej całej bazgraniny.. ale chyba nie porzucę blogowania. Co myślicie? Do ostatecznego obrazu BARDZO potrzebuję jednak feedbacku więc..

      Bardzo proszę o pomoc. Mam kilka pytań.. 

  1. Z czym Ci się kojarzę?
  2. Czy mój blog w Twoich oczach jest wartościowy?
  3. Czy znalazłaś/znalazłeś tu coś cennego dla siebie?
  4. O czym najchętniej chciałbyś przeczytać u mnie na blogu?

Z góry dziękuję za odpowiedzi!




      Już tak na koniec.. Chciałam Ci drogi Czytelniku życzyć, aby udało Ci się zrealizować wszystkie cele. A jeśli nie wszystkie, to choć część! Wszystkiego dobrego!!



Dlaczego kocham jesień.. czyli lubię kiedy #2

Dlaczego kocham jesień.. czyli lubię kiedy #2

      Jestem jesiennym dzieckiem, nigdy tego nie ukrywałam. Lubię chłodne poranki i długie wieczory z książką. Organicznie wręcz nienawidzę upałów. Każdy dzień z temperaturą powyżej 30 stopni to dla mnie droga przez mękę. Ja nie wiem.. może powinnam się gdzieś na wyspach urodzić? Tam mają praktycznie cały rok wiosnojesień. Tylko że.. nigdzie nie ma tak pięknej jesieni jaka jest w Polsce. Oczywiście jestem nieobiektywna, bo kocham mój kraj ponad wszystko, no ale mimo wszystko! Dlaczego kocham jesień? Ano dlatego bo....


#1 jesienne dzieci kochają jesień!

      Urodziłam się pewnego pięknego październikowego poranka. Podobno mamę wymęczyłam aż miło. Podobno niby chciałam wyjść na świat, ale tak naprawdę to mi się nigdzie nie spieszyło i tak przez kilkadziesiąt godzin.. Co tu ukrywać, dałam mamie popalić już na samym początku naszej wspólnej drogi. Taka dygresja... do tematu ! Jako jesienne dziecko kocham jesień. Jako mamy szczyl uwielbiałam biegać po lesie i szukać skarbów, z których można budować różne ludziki. Kochałam, i nadal kocham wspaniałe kolory, jakie jesień wyczarowuje na drzewach.

#2 chłodne poranki

       Jako jesienne dziecko organicznie wręcz nienawidzę upałów! Serdecznie i już mi się to nie zmieni. Kiedy temperatura osiąga 30 stopni, ja zmieniam się w marudę, którą ukąsiła w piętę osa. Kiedy w takiej temperaturze mam coś zrobić, albo gdzieś jechać.. to zamieniam się w wiedźmę! Letnie noce to też udręka.. zwłaszcza na mojej wsi! Dlaczego? Bo mam sąsiada, który (z braku innego zajęcia/czystej złośliwości), regularnie puszcza chmury dymu z komina. Rzekomo grzeje na wodę.. ale czy woda potrzebna mu o 2 w nocy? A jak dodacie do tego, ze w piecu pali szyszkami/liśćmi/korzeniami, które dostaje za darmo w sadach .. a czasem śmieci to sobie wyobraź: Noc.. w mieszkaniu temp blisko 28 st (sypialnię mam od zachodu).. a Ty nie możesz otworzyć okna, bo dym taki, że aż łzawią oczy. Jak przychodzi lato to... no dopiszcie sobie, czego temu staremu trepowi życzę (np.  a żebyś przez tydzień z kibelka nie wyszedł :D)

#3 długie wieczory

      Jestem książkoholikiem. Może tu na blogu tego nie widać, ale czytam bardzo dużo. Moi znajomi (Ci nieczytający oczywiście) śmieją się, ze wyrabiam roczną normę za kilkanaście osób. A co za tym idzie, uważam, że nie ma nic lepszego nic lepszego, niż wieczór z książką. Jesienne (i zimowe) wieczory nadają się do tego wyśmienicie! Latem wolę posiedzieć w ogrodzie, poszaleć z Bell. Ale kiedy zapada zmrok, znacznie lepiej czuję się pod kocykiem i z książką w ręku. No powiedz, czy to nie przyjemne? Zakopać się pod mięciutki kocyk i zanurzyć w świat literatury.. Człowiek odcina się od świata realnego, od problemów i płynie razem z autorem. A jaka to stymulacja dla mózgu? Jeśli nie czytasz, to zacznij! Mam wrażenie, ze to dlatego, ze ludzie nie czytają mamy to co mamy na świecie! Czyli coraz głupszą populację. Całe masy głupich ludzi, którymi bardzo łatwo sterować. Cyborgów wręcz, których nie obchodzi nic, poza tym, żeby mieć pełną michę i od czasu do czasu wczasy pod gruszą. Pomyślisz, ze gardzę ludźmi.. To nieprawda, pogardzam głupotą i brakiem zdolności logicznego myślenia.

#4 mgły

      MGŁY!! Cholibka.. jak ja kocham mgły! Może niekoniecznie, jak się wraca po nocy samochodem.. ale w każdym innym wypadku tak! Już nie moge się doczekać mgieł listopadowych. Na polach robi się magicznie! Idziesz jak w mleko i nie wiesz co Cię czeka. Wyobraźnia szaleje, bo mózg dopatruje się w mgielnych formach coraz to innych kształtów. No uwielbiam to! W zeszłym roku na spacerze z Bell.. pamiętam to  jak dziś. To było rano.. coś koło 8.. mgła taka, że uhhh. Poszłyśmy na spacer w pola, widoczność może na 50 m. I nagle wyskoczyło na nas stado saren. Pojawiły się ZNIKĄD i rozpłynęły się w mgłach!! Serce mi prawie stanęło.. niesamowite to było. Kocham mgły!!

#5 niesamowite kolory

      Nawet lato nie potrafi wyczarować tak pięknych kolorów jak nasza Złota Polska Jesień. A już w tym roku to przechodzi samą siebie! Nie sposób się nie zachwycić! Człowiek wstaje.. spogląda przez okno i się uśmiecha! No nie da się inaczej!

       Tak się zastanawiam.. ilu czytelników to #teamjesień a ilu wręcz przeciwnie. Jestem bardzo ciekawa! Lubisz jesień? Czy wręcz przeciwnie? Uskrzydla Cię czy dołuje?





Fakt vs opinia .. czyli podstawowy błąd w komunikacji

Fakt vs opinia .. czyli podstawowy błąd w komunikacji

      Też masz ten problem, że czasem w dyskusji popłyniesz? Kiedy Twoje zdanie, Twój punkt widzenia, wreszcie Twoje widzimisię przesłaniają Ci trzeźwy osąd i fakty? Kiedy musisz krzyknąć na siebie "PRRR STÓJ GDZIE"! Przedstawiasz swoje opinie jako niezbite fakty? Nie martw nie jesteś sam, każdy tak ma. Ważne, żeby o tym wiedzieć i... nie manipulować nieświadomymi rozmówcami. Bo to tylko powoduje niepotrzebne problemy. Dlatego tez mam taki problem z mediami... tam niewiele jest faktów, jest za to masa stronniczych opinii. Na które osoby nieznające realnych wydarzeń w całości łapią się jak muchy na lep.

jak uniknąć nieporozumień

       Nie wiem na ile interesujesz się dzisiejszym światem. Czy interesują Cię polityką, gospodarką? Czy widzisz jak współczesne media manipulują informacjami, by uzyskać określony obraz? Jeśli Cie to nie interesuje, to proponuję się zainteresować dlaczego? Bo to że Ty się nie interesujesz polityką, nie znaczy wcale, że polityka (politycy, lobbyści, media) nie interesują się Tobą. Mówiąc wprost, nie ma dnia, kiedy to jakaś informacja w trzech różnych źródłach przedstawiana jest na trzy różne sposoby. Przy czym żadna z tych interpretacji nie jest w 100% prawdziwa, bo wszystko zależy od tego, kto jaki ma światopogląd.. lub jaka jest linia redakcji.
       Opinie przedstawiane jako fakty, to chyba jedna z większych bolączek naszych czasów. A najgorsze jest to, że tak samo jest w relacjach człowiek człowiek. Pal sześć dyskusje na argumenty. Ale jak zaczynam rozmowę z kimś, kto jako fakty przedstawia zasłyszane gdzieś opinie to mnie trafia. Do takich osób najczęściej nie dociera, że jest różnica. Nawet jak pokażesz im oryginalne źródło, puścisz całe nagranie, a nie tylko wycinek. Takie osoby nie widza różnic. Ręce mi wtedy opadają. Jak odróżnić fakty od opinii? Sprawdzać, szukać pierwotnych źródeł. Nie ufać opiniom ludzi, którzy mienią się specami od wszystkiego i którzy nie ukrywają niechęci do tych, którzy się z nimi nie zgadzają.

Fakt jest niepodważalny: spadł deszcz

      Z faktami się nie dyskutuje. Można je w zależności od podejścia różnie oceniać. Jak spadnie deszcz, to to jest fakt. Nie ma co dyskutować, spadł i już. Wystarczy spojrzeć przez okno na mokrą ulicę i samochody rozbryzgujące wodę z kałuż. Piszę bloga, to fakt. To czy Ci się podoba mniej lub bardziej to już Twoja opinia. To jak go odbierasz, to już kwestia Twoich osobistych preferencji.

Fakt jest niezmienny: pies szczeka

      Fakty nie zmieniają się w zależności od czyjegoś widzi mi się. Psy szczekają. Nie zaczną miauczeć, beczeć lub ćwierkać, bo ktoś tak chce. Walka z faktami, to jak zawracanie rzeki kijem. Nie da się. Można fakty zmanipulować i przedstawić je w krzywym zwierciadle swojej opinii, ale to już nie będą fakty.
      W rozmowach ze znajomymi bardzo często prostuję wypowiedzi polityków, zwłaszcza tych nielubianych przez media. Kiedy ktoś rzuca jakimś wyrwanym z kontekstu cytatem, pytam, czy zna całą wypowiedź, czy tylko bazuje na cudzej opinii. Na ogół ludzie nie znają całej wypowiedzi. To co usłyszeli od "rzetelnego" dziennikarza przedstawiają jako fakt. Głupie? Tak. Ale też mega niebezpieczne!

Prawdziwość faktu można sprawdzić: na dębie rosną żołędzie.. idę sprawdzam.. są!

      Każdy fakt (nawet fake news) ma pierwotne źródło. Można do niego dotrzeć, wymaga to czasem sporo czasu i skazuje na przedzieranie się przez szambo różnych zmanipulowanych opinii. jednak dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych.

Opinia jest zawsze subiektywna

      Nie ma czegoś takiego jak obiektywna opinia. Opinie są zawsze subiektywne. Jak nie ma ludzi całkowicie neutralnych światopoglądowo (każdy ma jakieś poglądy/przekonania), tak nie ma obiektywnych opinii. Dlaczego? Na to co myślimy o danym wydarzeniu, zawsze wpływ mają nasze przekonania. Możemy z tym walczyć, możemy zmieniać poglądy, ale to nie zmieni sedna sprawy. Możemy nie opowiadać się jednoznacznie po żadnej ze stron sporu/sprawy, ale oceniając zawsze bierzemy pod uwagę nasze przekonania. Opiniując, zawsze przedstawiamy swój punkt widzenia. Powtarzając czyjąś opinię jako własną, również nie jesteśmy obiektywni.

Opinia często przedstawiana jako fakt jest czystą manipulacją. Jeśli nie znasz faktów jesteś podatny na manipulację.

      W czystych manipulacjach lubują się dziennikarze, celebryci i wszelkiej maści pseudoautorytety. Zwłaszcza ostatnio widać to doskonale. Byle tylko napieprzać w tych po drugiej stronie barykady. Tak samo w życiu szaraczków. Mieszkam ponad 150 km od domu rodzinnego i nawet tu dopadają mnie dziwne informacje o moich znajomych, o moim mieście. Podobnie jest, kiedy znajomi bardzo zaangażowani po jednej ze stron sporu światopoglądowego podsuwają mi różne informacje... oczywiście odpowiednio przygotowane. Widzisz.. ja wszystko sprawdzam. Zdarza mi się poświęcić nawet kilkadziesiąt minut by sprawdzić o co chodzi w kolejnej politycznej/gospodarczej/światopoglądowej dramie. Lubię wiedzieć! Lubię być świadoma tego, co dzieje się dookoła mnie, nie lubię, jak się mnie próbuje zrobić w konia.
      Izraelscy snajperzy regularnie zabijają palestyńskie dzieci, oraz personel medyczny.. to fakt. Od tego kto go przedstawia zależy przekaz, czy to dobre czy złe... prawda? Wczoraj (czyli 9 października), Turcja rozpoczęła regularny atak na pozycje kurdyjskie (USA po wykorzystaniu Kurdów do walki z ISIS, zostawiło ich na pastwę Turków.. brzmi znajomo?). To fakt.. jaką będziemy mieli opinię zależy od nas i od tego, któremu przekazowi uwierzymy... tureckiemu, czy kurdyjskiemu.

      Fakty a opinie.. jak się ustrzec przed manipulacja? Sprawdzać źródła. A jeśli raz złapiemy kogoś na manipulowaniu faktami... to lepiej mu więcej nie ufać.

Co o tym sądzisz?
Wierzysz w doniesienia prasowe?
Wierzysz dziennikarzom.. celebrytom, kiedy wypowiadają się na często kontrowersyjne tematy?
Wierzysz ludziom na słowo?.. Czy może jednak samodzielnie próbujesz dociec jak było naprawdę?

Jestem bardzo ciekawa...







pees. Swoją drogą.. byłeś na wyborach?
UCIESZYŁO ZACHWYCIŁO - WRZESIEŃ 2019

UCIESZYŁO ZACHWYCIŁO - WRZESIEŃ 2019

       Wrzesień.. nareszcie jesień! Moja ukochana pora roku. Nareszcie można oddychać, działać, myśleć, kreować bez obawy o udar cieplny! I działamy! Wrzesień był straszliwy jeśli chodzi o ilość pracy! Dzień w dzień po 10h przed komputerem.. jak już go wyłączałam, to średnio mi się chciało robić cokolwiek innego iż pójście na powietrze i zabawa z Bell. Może dlatego postów na blogu mało, moja aktywność w sm mała.. a moja obecność na ulubionych blogach co najmniej średnia! Ale nic to! Opędziłam się ciut! Wszystko powinno wrócić no normy. A na razie WRZESIEŃ! I jego całkowite podsumowanie! Zaczynajmy!


ZACHWYCIŁO .. MUZYKA I KSIĄŻKI

      Czytelnictwo moje leży i kwiczy.. jakoś tak, noo.. średnio mam natchnienie. Mam kilka nowych książek do przeczytania i .. no wolę iść pobawić się z Bell. Ale coś tam przeczytałam! W łapki wpadła mi "Jaga" Katarzyny Bereniki Miszczuk. Swego rodzaju prequel historii zawartej w cyklu "Kwiat paproci". Bo kim była Jaga zanim została Babą Jagą? To pytanie wracało do mnie jak bumerang! W "Kwiecie paproci" brakowało mi rozwinięcia jej wątku! Jak została szeptuchą, jaka była jej droga? W "Jadze" część zagadek się rozwiewa, ale nie wszystkie! Mamy opisany tylko sam początek "szeptuchowania" ... który tylko pobudził mój apetyt na więcej. Coś tak czuję, ze powstanie jeszcze choć jedna ksiażka o perypetiach Jarogniewy!
      Dość powiedzieć, że przeczytałam tą książkę w jeden dzień, w trakcie 8h siedzenia na szpitalnym oddziale w warszawskim MSWiA. To taka miła, niewymagająca lektura. Nie spodziewajcie się fajerwerków, to się nie zawiedziecie. Ot.. taki fantastyczny (z elementami słowiańskimi) odpowiednik dobrej jakości romansowej obyczajówki dla bab. Ja takie książki lubię.

DIETA

      Odwrotnie niż cała reszta świata, ja diety zaczynam zawsze jesienią. To na bank kwestia mojego nastawienia do tej pory roku, a co za tym idzie ogromnego skoku energii, chęci i motywacji. Dość powiedzieć, ze mam za sobą cztery tygodnie diety i.. 4 km mniej na wadze, oraz 10 cm mniej w obwodach (razem oczywiście). Powiem Wam, ze nawet się specjalnie nie katuję, ot odstawiłam cukier  (coca cola.. baj baj maszkaro!) i białe pieczywo, a także pilnuję pór posiłków. Cała reszta pozostała totalnie bez zmian. Chudnę zdrowo, czuję się doskonale. Zobaczymy gdzie mnie ta dieta zaprowadzi! Może na wiosnę będę super hiper fit lachonem? Żarty oczywiście! Nie ma co sobie wymyślać. Cel jest, a ja odhaczam kolejne małe kroki! Ola Budzyńska byłaby ze mnie dumna hahahahahah.



      Taki był mój wrzesień.. za krótki, za szybko mi uciekł.. przede mną październik! Zapowiada się równie intensywnie.. uhh.. ani się obejrzymy i będzie Boże Narodzenie!