Głupota... czy tylko mi się wydaje, że jest jej coraz więcej?

Głupota... czy tylko mi się wydaje, że jest jej coraz więcej?



      Taki łańcuszek: duża influencerka, a połowa followersów kupionych, lajki pochodzą z Azji, a komentarze wysyłają boty. Agencja marketingowa... która poleca klientowi wcześniej wspomnianą osobę, jako idealny słup reklamowy. Wreszcie firma, która idzie na taki układ i tak naprawdę wywala pieniądze w błoto. Głupota prawda? Wszędobylska obecność speców od wszystkiego. Spotykasz takiego w sieci, odpowiadasz mu, przedstawiasz swój punkt widzenia co Cię spotyka?  "jesteś bezmózgim korwinistą" .. "takie brednie to babci opowiadaj" .. "jesteś tak głupia, że szkoda czasu na rozmowę z tobą". Zero argumentów, morze inwektyw. Co powoduje takie zachowanie? Strach przed zdemaskowaniem? Głupota? 
      Wszystko zaczęło się od spaceru z Bell i niemiłego spotkania z agresywnym psem! Posłuchajcie!

      Całą historię opisywałam już w sieci u jednej z blogerek mianowicie u naszej kochanej Czerwonej Filiżanki, ale muszę ją tu przytoczyć, jako przykład totalnej głupoty!

      Mam sunię. Ukochaną, wymarzoną sunię owczarka niemieckiego o wdzięcznym imieniu Bella. Nie będę ściemniać, "mała" jest dla mnie ważniejsza niż większość ludzi. Trzęsę się nad nią bardzo, tym bardziej że bardzo mocno chorowała i choroba zostawiła na niej swój ślad. trwały ślad. I wyobraźcie sobie... Jakieś dwa może tygodnie temu chodziłyśmy sobie po naszym lesie. Straszyłyśmy wiewiórki, Bella obszczekiwała krzyczące na nią sroki. Ot sielanka prawda? Wyobraźcie sobie moje przerażenie, kiedy nagle z krzaków wyskoczył na nas wielki TTB! Szczekający, warczący i obśliniony! Serce we mnie zamarło. Ale nic. Całe życie uczono mnie, żeby broń Boże przed psami nie uciekać, bo to najgorsza droga. Więc upomniałam Bell i stałyśmy. Sama najspokojniejszym głosem na jaki mnie było stać przemawiałam do psa. Bella psem uległym nie jest, ale jak na swój wiek jest zrównoważona, więc nie zaczęła szczekać ani uciekać. Stanęła tylko między mną a Amstafem i go obserwowała czujnie. To chyba przeważyło, że amstaff nie zaatakował. Na moje szczęście pojawił się tez właściciel. Wesoły, jakby nigdy nic zapiął smycz. Zero reakcji, zero przepraszam NIC! Tylko lakonicznie wzruszył ramionami i: "przecież nic się nie stało, czego pani panikuje". No zagotowałam się! Jak można być takim idiotą! Tylko ameba umysłowa tak reaguje. Zero wyobraźni, zero odpowiedzialności.. zero myślenia. Według tego kretyna nic się nie stało! No nie stało się, bo obie z Bellą wiedziałyśmy jak się zachować! Jakby na naszym miejscu była matka z dzieckiem i dziecko zaczęłoby krzyczeć, płakać? Gdyby pies wtedy zaatakował? Czyja to by była wina? Psa? No nie! Winny byłby pozbawiony wyobraźni i elementarnej odpowiedzialności człowiek, choć jak znam życie, to najwyższą cenę zapłaciłby pies.


Ludzka głupota czasem mnie powala!


      Żeby była jasność. Ja nie winię psa za to, że zachował się tak, a nie inaczej. Bo wychowanie psa spoczywa na jego opiekunie! Bardzo niewiele rodzi się psów, które nie nadają się do obcowania z ludźmi. Takich, które nie poddają się socjalizacji. Ten do nich na bank nie należał, bo zwyczajnie by zaatakował i tyle. Ale nie chciałam o psie tylko o jego właścicielu. Stereotypowym tępym osiłku z kompleksem małego prącia, co to sobie groźnym psem i głośnym samochodem poprawia pozycję wśród jemu podobnych typów. Serio ja inaczej takich typów nie potrafię określić. Normalnie agresywna nie jestem, ale przy kontakcie z takim lekceważeniem zagrożenia mam ochotę walić na odlew!

      Ale ale...

      Żeby nie było, ze tylko się wyżywam na właścicielach czworonogów! Rozmawiałam o tej sprawie z kilkoma osobami, dyskusje o głupocie są czasem ciekawe wiecie? I wszyscy mówią to samo:

Głupoty na świecie jest coraz więcej.


      Niemal wszyscy moi znajomi powtarzają to samo. Głupota, prymitywne zachowania i postawy roszczeniowe zalewają świat. Nie mówię już o internecie.. bo to gigantyczna wylęgarnia kretynizmu. To samo telewizja... coraz głupsze programy (ostatnio liczyliśmy z panem M ile w tej chwili jest wszelkiego rodzaju paradokumentów.. nie pytajcie ile nam wyszło!), coraz więcej jazdy na najniższych instynktach. Wszędobylskie tumiwisizm i róbtacochceta. Promocja tandety (i nie mam na myśli disco polo) i permanentne przesuwanie granic. Czy tylko mi się wydaje, że Europa odrzuciła wszystko, na czym została zbudowana? Że samozwańcze elity, robią wszystko by masy ogłupić.. bo głupimi ludźmi łatwo się steruje? Ja wiem, ze to może zabrzmieć brutalnie, ale tak jest!
      Ludzie nie czytają książek, nie szukają wartościowych pozycji w kinach, nie chodzą do teatrów. Nie interesują się światem. Zamknięci na odcinku.. praca, dom, tv głupieją. Czy wiecie, że mózgi Inków, Majów, Azteków były o wiele bardziej rozwinięte niż nasze? Mózgi naszych przodków, Słowian żyjących na terenach dzisiejszej Polski przed tysiącami lat tak samo (nie ściemniam, na terenach Polski znaleziono grobowce starsze, niż piramidy egipskie). Za nas myślą komputery, dziennikarze mówią nam, co powinniśmy sądzić o tym i o tym. Szkoła nie uczy myślenia, tylko schematów. Szukania kluczy. Ostatnio miałam kontakt z dziewczyną, która jest w mojej firmie na okresie próbnym. Zaczyna teraz studia.. Wiecie do bycia pomocą biurową wielkie umiejętności nie są potrzebne... Cóż... dziewczyna świetnie wyszukuje informacje, ale niestety ma problem z ich wykorzystaniem. Ma problemy z komunikacją. Szkoła jej tego nie nauczyła... nie nauczyła pracy w zespole, nie nauczyła wyciągania wniosków.. wreszcie co mnie boli najbardziej.. nie nauczyła języka polskiego. Niby szkoła skończona z wyróżnieniem... a tak naprawdę to wszystkiego trzeba się uczyć od podstaw. Chociażby tego, że w życiu nic na tacy nie podadzą, a błędy ortograficzne to zwyczajna siara. Smutne...


      Więc jak?  Głupiejemy? Co myślicie? Cofamy się w rozwoju? Pozwalamy by żerowano na naszych najniższych instynktach?  Zadowalamy się tanią rozrywką.. a jak ktoś próbuje nas zachęcić do wysiłku intelektualnego to w najlepszym przypadku go ignorujemy.





Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz.3

Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz.3



      Pora na ostatni wpis mini cyklu o planowaniu. Dziś przychodzę do Was z moimi sposobami na efektywne planowanie i moim sposobem, by to planowanie było dobre! Czy wiesz jak wygląda wykres Twojej dobowej wydajności? Czy planując bierzesz go pod uwagę? Jeśli nie, to może warto się tematem zainteresować. Może w tym tkwi Twój błąd? Jeśli jesteś też ciekawy jakie mam zasady planowania, to zapraszam do czytania!

Krzywa efektywności dobowej..


      Krzywa efektywności dobowej.. cóż to takiego i z czym to się je. Cóż, to nic innego jak wykres, pokazujący Twoją wydajność w ciągu dnia. To jak działa Twój organizm. Kiedy jest najbardziej efektywny, a kiedy Twoje możliwości twórcze spadają do zera. Jeśli chce się pracować efektywnie to trzeba ją poznać. Jeśli wiem, kiedy mój organizm jest najbardziej wydajny, jestem wstanie dobrze zaplanować dzień. Ja np. najbardziej efektywna jestem rano. Od 7 do 11 jestem wstanie góry przenosić.. i to wtedy pracuję najwięcej i mam zaplanowane najcięższe rzeczy. Po 11 mam lekki spadek formy.. krótko mówiąc najchętniej położyłabym się na pół godzinki spać.. nie robię tego, tylko idę na godzinny spacer z Bell. Po 12 siadam znów do pracy, ale robię już rzeczy, które nie wymagają ode mnie ogromnego wysiłku umysłowego. Natomiast po 20 jestem już dętka, i jedyne co mogę to poczytać coś lekkiego. Tak mam ja. Znam osoby, które mają rytm dobowy zupełnie odwrotny. To niezwykle ważne, by go poznać. Łatwiej się wtedy żyje i zdecydowanie łatwiej planuje i działa. Dla mnie jasnym jest, by nie planować ciężkich rzeczy na wieczór. Jasne jak się zdarzy wyjątkowa sytuacja to siadam i robię.. ale to ZAWSZE zajmuje mi cztery razy więcej czasu.


Moje zasady planowania


      1. Planowanie w moim rytmie dobowym

Pisałam już o tym wyżej. Zawsze planuję biorąc pod uwagę moją wydajność dobową. Uwierzcie mi, to naprawdę usprawnia moją pracę. Mam to szczęście, że moi współpracownicy działają podobnie. Więc łatwiej nam współdziałać.

      2. Priorytety!

To chyba naczelna zasada planowania. Bez tego ani rusz! Musisz! Po prostu musisz wiedzieć co jest dla Ciebie najważniejsze. Co jest najbardziej przybliża Cię to upragnionego celu. Jeśli jesteś mamą maleńkiego dzidziusia na pełen etat i przyszło Ci do głowy by zacząć rozwijać swój biznes, to zastanów się. Czy będziesz wstanie zignorować popłakiwanie maleństwa i realizować zamówienie? Czy będziesz wstanie zostawić chore maleństwo pod opieką taty/babci i iść na spotkanie biznesowe? Co będzie Twoim priorytetem? To może skrajny przykład ale doskonale obrazuje wartościowanie.. doskonale pokaże jak może układać się hierarchia wartości. Żebyśmy się dobrze zrozumieli.. sama znam mamy, które godzą macierzyństwo z rozwijaniem biznesu (i sa w tym ŚWIETNE!), ale wiem tez ile je to kosztuje. I jak czasem żałują, że nie poczekały, aż maluch trochę podrośnie.  Także ten.. PRIORYTETY!! Pamiętaj.

      3. Planując biorę pod uwagę moją sytuację.

Jestem egoistką. Tak dokładnie.. nie uważam, by zdrowy egoizm był czymś złym. Wychodzę z założenia, że czasem.. a nawet częściej niż czasem, trzeba myśleć najpierw o sobie. Już jakiś czas temu wypleniłam z siebie postawy siostry miłosierdzia. Takiej, co rzuca wszystko i leci gasić czyjś pożar. To nie jest zdrowe! To generuje stresy. Dlatego planując zawsze patrzę na siebie. Czy dam radę, jak coś mnie obciąży. Nie patrze na to, że koleżanka robi więcej. Jej sprawa. Ja to ja, ona to ona. Moje życie nie jest jakimś cholernym wyścigiem zbrojeń. Już nie!

      4. Planowanie to nie to samo co pisanie listy zadań.

Niby proste prawda? Ale jak często mylimy te dwie sprawy. Zapominamy, że planowanie to wyznaczanie drogi do określonego celu. Że listy zadań, to część składowa planowania.

      5. Rozkładam wszystko na czynniki pierwsze.

To ułatwia mi działanie i jeszcze bardziej motywację do działania. Nawet jak mi się nie chce, to łatwiej mi się zmusić. To powoduje, ze kolejne rzeczy nie spadają mi na później.. Nawet jak mi się koszmarnie nie chce.. to małą rzecz mogę zrobić.


      To by było na tyle, jeśli chodzi o moje planowanie. Moje zasady, błędy których się wystrzegam i mój... egoizm. Nawet wczoraj usłyszałam, ze jestem egoistką, bo nie zgodziłam się na wejscie do drugiego zespołu, pracującego nad dużym projektem. Cóż.. jeśli wiem, że nie dam rady czasowo, jeśli wiem, ze coś za bardzo skróci mój czas prywatny to mówię "nie". Az tak mi na kasie nie zależy.

      Powiedzcie mi.. umiecie mówić "nie"? Umiecie odmówić mimo ewentualnych korzyści? A jeśli nie odmawiacie.. to jak to wpływa na Wasze plany?

Zainteresowanych odsyłam do dwóch poprzednich wpisów o planowaniu: część 1 i część 2 .

Serdeczności ślę!





Judytowo... cudowny azyl dla psich dzieci!

Judytowo... cudowny azyl dla psich dzieci!

*żródło: Fundacja dla szczeniąt Judyta*


      Czasem trafia się w sieci na miejsce/akcję, które momentalnie łapią za serce. Człowiek patrzy na zdjęcia, czyta i wzruszenie ściska mu gardło. Potem lecą łzy bezsilności.. potem pojawia się złość. Ja tak mam za każdym razem, kiedy wskakuję na stronę Judytowa. Azylu dla niechcianych psich dzieci. Azylu dla zwierzaków niepełnosprytnych.

      Kolejny dzień i kolejne psie nieszczęście. Czytam, zły płyną, a ja zgrzytam zębami i mam ochotę komuś przyłożyć. Najchętniej temu zwyrolowi, co swoją agresją skrzywdził niewinne zwierzę. Jeszcze bardziej wściekam się, kiedy spotykam się z ludzką głupotą i nieodpowiedzialnością. Kolejna bezpańska suka.. bezpańska? Czy może jakiś kat ją wygnał, jak okazało się, ze jest szczenna? Widzę zdjęcia.. psia mama zrobiła wszystko, by zaopiekować się swoimi dziećmi. Sama ledwo dycha, ale walczy! Jeśli ma sporo szczęścia, dostrzeże ją ktoś, kto się nią zainteresuje. Kto pomoże uratować ją i jej dzieci. Jeśli nie ma szczęścia.. cóż, często natura zrobi swoje.

*Sparkly, maleństwo z wodogłowiem*

      Takie niechciane, często skrajnie wyczerpane i chore szczenięta trafiają do Judytowa. Fundacja dla Szczeniąt Judyta to jedyne takie miejsce w Polsce. To tam często lądują niechciane i/lub chore szczenięta. Praktycznie nie ma dnia, żebym nie czytała o kolejnym miocie niechcianych szczeniąt! Ja nie wiem.. czy to się nigdy nie skończy? Dlaczego ludzie są tak bezmyślni! Tyle się o tym mówi, a i tak wkoło jest to samo. Są akcje, gdzie bezpłatnie można suczki sterylizować.. a ludzie (zwłaszcza na wsi), nawet o tym nie pomyślą! Sama mam suczkę, której w chwili obecnej, ze względu na jej stan zdrowia nie mogę wysterylizować. Dlatego pilnuję jej jak oka w głowie! Bella ma troszkę ponad rok, sama jest jeszcze psim dzieckiem! Chorym psim dzieckiem. Nie wyobrażam sobie, żeby dopuścić do niej jakiegoś psa. Dlaczego inni ludzie nie myślą tak jak ja. Dlaczego ja dziś znów czytam o odłowieniu 16 szczeniąt!!!

*źródło: Fundacja dla Szczeniąt Judyta*

      Na szczęście są ludzie, którzy nie załamują rąk! Którzy kochają zwierzęta. W moim sercu szczególe miejsce zajmuje Fundacja dla szczeniąt Judyta. To co oni robią... leczą te wszystkie maleństwa, ratują je z wydawałby się największych tarapatów. Ostatnio czytałam historię szczeniaka z wodogłowiem. Czytałam, wyłam jak głupia.. ehhh

      Dlaczego o tym piszę? Może masz ochotę im pomóc. Wysłać sms, zrobić mały przelew? Może stać Cie, by robić to tak jak ja cyklicznie co miesiąc. 10 zł, 20 zł.. to nie jest majątek. A pieniądze pomogą wybudować ośrodek dla zwierzaków, pomogą uratować kolejną skrzywdzoną przez ludzi psią istotę. 10zł to tak dużo? 10 zł to tyle co nic, to lepsza czekolada. Teraz na czasie jest promocja w Rossmanie... dziesiątki złotych wydawane na kolejne tusze, pudry, palety cieni. Ja nie mówię, że to jest złe! Jeśli Ci te kosmetyki potrzebne śmiało kupuj! Nie ukradłaś ich! Tylko następnym razem pomyśl.. czy 10 paleta jest Ci niezbędna do życia, cz naprawdę musisz mieć 5 tuszy do rzęs?... może wpadniesz na pomysł i przekażesz te pieniądze na zwierzaki.  Pojedyncze 10 zł to niewiele.. ale jak się uzbiera kilka tysięcy po 10 zł to już spora suma prawda? To jak.. zastanowisz się? Spróbujesz pomóc? Tu link opowiadający o budowie Judytowa: Fundacja Judyta- Facebook. To jak pomożemy??

Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz. 2

Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie i działanie cz. 2



      Planuję i planuję i nic mi nie wychodzi! Co robię źle? Cholibka.. przecież wszystko dokładnie zaplanowałam i znów się posypało! Co robię źle? Cóż... może ten post jest dla Ciebie? Opisuję w nim moje błędy w planowaniu. Wszystko to, co musiałam przepracować, żeby wreszcie moje działania zaczęły przynosić efekty. U mnie zmiana myślenia podziałała. Jak jest u Ciebie?

      W pierwszej części mini cyklu o mojej drodze w planowaniu pisałam o błędach w myśleniu. O naczelnej zasadzie: nie ma zmian bez zmian. Tak, to dotyczy tez planowania. Jeśli planujesz i wciąż Ci nie wychodzi, to znaczy, że planujesz źle. Nie ma innej odpowiedzi.

Jak to było ze mną?


      Dawno, dawno temu... za siedmioma górami i siedmioma lasami żyło sobie korporacyjne zombie. To zombie miało tylko jeden cel.. wstać, iść do pracy i przeżyć. To zombie nic nie planowało.. chciało tylko przeżyć! Zombie nie chciało się wychylać. Nie chciało wyjść przed szereg. Nie protestowało przeciw nieosiągalnym normom. Baaaa... samo sobie narzucało nierealne cele.. mało tego.. nie miało na te cele żadnego planu. Ot.. miało się tak zadziać i już! Jak to się skończyło? Wiadomo! Zombie przestało się poruszać! Rodzina zombie (TAK zombie też miewają rodziny! Rodziny Zombie!) musiała się nim zaopiekować. To wtedy zombie przejrzało i powiedziało dość!

      Tak. Tym Zombie to byłam ja. Stali czytelnicy wiedzą o co kaman! Krótko mówiąc: pracowałam tak intensywnie, że skończyłam przykuta do łóżka, bo mój organizm powiedział stop! To wtedy porzuciłam korporację i poszłam pracować tam, gdzie nie wymagano ode mnie nie wiadomo czego, gdzie mnie szanowano. Nieważne, ze pensja była dużo mniejsza! Nieważne! Ważne było to, ze odzyskałam życie dla siebie. Nauczyłam się też planować. Planować nie tylko na tydzień. Planuję miesiące, planuję też rocznie. Tak dokładnie. Są takie rzeczy, o których wiem z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ślub przyjaciół, rocznica ślubu rodziców czy jubileusz dziadków! Kiedy mam kolejną kontrolną wizytę u dentysty, a kiedy powinnam iść i zażądać cytologii. Kiedy mam to wpisane w kalendarz nie boję się, że zapomnę. Wiem też, kiedy bezwzględnie nie mogę podejmować żadnych innych zobowiązań. Proste prawa?

Moje główne błędy w planowaniu


      Pierwszym punktem w każdej zmianie jest wyeliminowanie błędów, które popełniamy. Czasem jesteśmy wstanie wskazać je sami, czasem potrzebnym nam ktoś mądrzejszy, ktoś kto potrafi być z nami szczery. U mnie to był miks tych dwóch aspektów. Część błędów zauważyłam sama, część wskazała mi przyjaciółka. Jakie to błędy? Oto one!

1. Wybieranie celów i układanie planu, kiedy byłam "na fali".

      Zapytacie co w tym złego? No heloł! Kiedy jesteśmy w stanie euforii nie jesteśmy obiektywni. Nie umiemy prawidłowo ocenić swoich możliwości przerobowych. W takich chwilach najczęściej zakładamy sobie nierealne cele (z resztą ja miałam podobnie w chwilach doła). Także ten... lepiej wtedy nie planować. Można sobie wymyślić koncept, ale nie harmonogram działania. Wypróbowałam to na sobie.. Zawsze jak planowałam w chwilach wielkiej radości to ZAWSZE kończyło się obsuwą, stresem i niepotrzebnymi nerwami. ZAWSZE!!!

2. Wynik na już!

       Macie/mieliście tak? Coś sobie wymyślicie i chcecie efektów natychmiast! Jeśli nie.. zazdroszczę. jeśli tak, łączę się w bólu. Dość dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że większość rzeczy wymaga czasu! Stan mojej skóry, którą znów przez stres zaatakował trądzik, nie mógł poprawić się z dnia na dzień! Kilogramy, jakie nabrałam po źle dobranych hormonach nie, znikną w tydzień. No nie da się. Więc lepiej odpuścić, usiąść i ułożyć REALNY plan.

3. Planowanie wszystkiego, co powoduje zatracenie proporcji między poszczególnymi zadaniami.

      Każdą minutę dnia, to może mieć zaplanowany robot, a nie człowiek z krwi i kości. Więc jeśli nie jestem na etapie wyrabiania w sobie nawyku odkładania rzeczy na miejsce, lub zmywania po sobie, to nie muszę tego wpisywać w uroczą tabelkę w planerze! Ja w pewnym momencie mojego życia miałam problem z proporcjami. Kiedy człowiek zapieprza niemal dzień i noc, to zrobienie prania urasta czasem do rangi spotkania z prezesem dużej zagranicznej korporacji. Ja tak miałam.. na szczęście to już za mną! Dziś nie planuję całego życia. Planuję rzeczy najważniejsze i te, których wykonanie wymaga ode mnie rozłożenia ich w czasie.

4. Myślenie że jestem wyjątkowa.

      Akurat ten błąd usłyszałam na webinarze Pani Swojego Czasu. I mocno mnie uderzyła prawda, jaka w nim jest. O co chodzi? Kobiety (ale nie tylko, mężczyźni też!) mają tendencję to usprawiedliwiania swoich niepowodzeń wyjątkową sytuacją. Bo byłam chora, bo mam piątkę dzieci, bo muszę dojeżdżać z innego miasta, bo mąż w delegację pojechał, bo pokłóciłam się z teściową... A to planując nie wiedziałaś, że takie masz obciążenia? Że może się coś niespodziewanego wydarzyć? Wiedziałaś, więc dlaczego nie miałaś planu b, czasem planu c? Dlaczego założyłaś tak sztywne ramy czasowe? Wybacz kochana.. ale każdy niesie swój krzyż. nawet ja bezdzietna singielka. Choć w sumie mam psa.. Bella zajmuje mi średnio 4h dziennie, tak dokładnie tyle czasu poświęcam tylko jej (liczy się czy nie?). Może to brutalne, ale Ola ma w tym aspekcie świętą rację! Każdy na swój sposób jest wyjątkowy. W sumie to temat na notkę!


Więc co zrobiłam??


      O tym będzie trzeci i ostatni wpis tego mini cyklu. Pojawi się od dziś dokładnie za tydzień, w kolejny wtorek. A tym czasem mam do Was kilka pytań:

Planujecie?
Jeśli tak.. to w jaki sposób?
Widzicie może u siebie błędy o których pisałam?
A może wyeliminowaliście jakieś inne?





Kulturalni ulubieńcy odc. 26 - WRZESIEŃ 2018

Kulturalni ulubieńcy odc. 26 - WRZESIEŃ 2018



      Wrzesień... mój wrzesień to przede wszystkim urlop! Urlop od bloga, urlop od pracy, urlop od wszystkiego! To był chyba najlepszy miesiąc w tym roku. Piękny, ciepły, kolorowy.. Czy tęskniłam za blogiem? Nie bardzo... Czytałam, słuchałam muzyki i obcowałam z najbliższymi. To był piękny czas!! Wracam na ziemię.. cóż! Teraz będę odliczać czas do grudnia... to będzie magiczny czas! Zapytacie co z ulubieńcami... no jakichś tam znajdę, więc zapraszam!!!

1. Piosenka miesiąca


      Tu wybór jest jeden. To piosenka, która była ze mną cały miesiąc. Przyszła i nie chciała odejść.. pff nadal nie chce! Co to za piosenka? To:



2. Książka miesiąca


      We wrześniu przeczytałam 13 książek! To jest chyba mój absolutny rekord. Spis co i jak możecie znaleźć TU. I tak się zastanawiam teraz, czy któraś z tych książek zasługuje na mianu hitu... Z jednej strony Stanisław Michalkiewicz, którego wielbię za humor i genialny sposób postrzegania świata. A z drugiej strony Dwie naprawdę udane serie.. jedna Ilony Andrevs, a druga Trudi Canavan. A jest jeszcze Andrzej Ziemiański i Virion! I wiecie co Wam powiem? Nie jestem wstanie wybrać! Wszystkie książki które przeczytałam były dobre.. no nie wybiorę jednej.. no nie dam rady no!. Cóż, tak się zdarza prawda?

3. Serial/film miesiąca


      Kolejny miesiąc, gdzie nie oglądałam nic, co mogłabym z czystym sumieniem polecić. No bo co mam Wam polecić? The Voice? Nawet nowy sezon Kiepskich jest.. słaby. Cóż.. może jesień i seanse kocykowo herbatkowe przyniosą jakieś nowości filmowo-serialowe! Choć w obecnej chwili się na to nie zanosi.. jada do mnie kolejne książki.


4. Kosmetyk miesiąca


      Tak sobie pomyślałam, że może do kultury wprowadzę ciut... babskiej próżności? I spróbuję napisać raz w miesiącu o kosmetyku, który się u mnie sprawdza? Nie wiem, czy mnie to szybko nie znudzi. Ale wiecie.. kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana prawda?
      Długo myślałam, co wybrać na początek. I w sumie jak już się zdecydowałam, to palnęłam się w głowę notatnikiem i powiedziałam na głos: A co Ty głuptasie mogłabyś rzucić na pierwszy ogień? No co innego? No przecież że ŻEL ALOESOWY HOLIKA HOLIKA!
      Dlaczego żel aloesowy? Bo to kosmetyk kompletny! Włosy, skóra, paznokcie.. wszystko jednym kosmetykiem.Aloes towarzysz mi od dziecka, a właściwie to od lat nastoletnich (tak wiem, miliard lat temu to było), kiedy to zmagałam się z trądzikiem. Żadne specyfiki od coraz to nowych dermatologów, żadne sterydy, maści i Bóg wie co jeszcze. NIC nie działało. Podziałała baba zielna, która wręczyła mi i mojej mamie mieszankę ziół, oraz zaleciła aloes! Kuracja podziałała. Obrzydliwych ziół pozbyłam się z mojego życia z wielką ulgą. Natomiast aloes w nim został i jest do dziś. Nakładam go grubą warstwą, kiedy moja skóra twarzy potrzebuje nawilżenia. Aplikuję na skalp po każdorazowym użyciu peelingu. Nakładam też na skórki. Kosmetyk kompletny, nie zapycha, nie podrażnia, nie uczula. Zamawiam w ilościach hurtowych! Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znasz... to polecam się zapoznać koniecznie!




5. Cytat miesiąca.





Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie a potem działanie... cz. 1.

Planowanie dla samego planowania, czy jednak planowanie a potem działanie... cz. 1.



      Czasami w życiu zbiegają się różne rzeczy, stykają się i uzupełniają nawzajem. Tam było też z ostatnim webinarem Oli Budzyńskiej który traktował o planowaniu i realizacji zadań. I spotkaniem z dawno niewidzianą znajomą, kobietą wyzwoloną, kobietą wydawałoby się spełnioną zawodowo. Niestety nie jest tak różowo jak myślałam. Rzecz rozbija się o jej nieumiejętność zapanowania nad czasem i problemy z realizacja zaplanowanych projektów.

      Po nie ukrywam bardzo ciężkiej rozmowie, usiadłam już w domu i zaczęłam rozmyślać. Jak to jest, że niektórzy ludzie mają ogromne problemy z zaplanowaniem sobie czasu. Wiele koleżanek skarży mi się, ze czas ucieka im między palcami. Że nie wiedzą w co ręce włożyć. A kiedy pytam... a planujesz Ty ten czas? Robią wielkie oczy złapanej w światłą reflektorów łani i milkną. Bo one nie wiedzą, bo one nie umieją. Wreszcie.. bo kiepsko u nich z realizacją, asertywnością i konsekwencją. Bo zawsze znajdzie się coś "ważniejszego"i ta sterta prasowania rośnie/kurz na półkach wzbija się pod niebo/a marzenia a nauce hiszpańskiego ulatują w siną dal. No właśnie planowanie...

Planujesz i nic z tego nie wynika, czy może planujesz i działasz?


      Mam taka koleżankę, która mówi o sobie: jestem mistrzynią w planowaniu. Okej! Ale kiedy pytam ją: No to co z tego co zaplanowałaś zrealizowałaś... jak projekt większy czy mniejszy? Nauczyłaś się już włoskiego? Kiedy jedziesz w wymarzona podróż do Australii? .. ona milknie. A przecież miała wszystko zaplanowane! Była taka pełna motywacji, tryskała energią. Tylko na końcu okazuje się, że z planów nici. Powiecie, no raz się może zdarzyć. TAK! Raz się może zdarzyć, ale jeśli sytuacja powtarza się notorycznie, to coś jest nie halo prawda? Jeśli planujesz wciąż od nowa, jeśli wciąż Ci nie wychodzi, to nie świat sprzysiągł się przeciw Tobie, tylko może błąd tkwi w planowaniu, w Tobie...

Nie ma zmian bez zmian!


      Nie ma zmian bez zmian! To zdanie usłyszałam ostatnio właśnie u wspomnianej we wstępie Oli Budzyńskiej. I to jest święta prawda! Więc powiedzcie mi. Dlaczego w większości przypadków, oczekujemy, że coś się zmieni, bez jakichkolwiek zmian w nas, czy też w naszym otoczeniu? Dlaczego oczekujemy nie wiadomo jakich efektów, robiąc w kółko to samo? NO HELOŁ! Nie tędy droga! Nie schudniesz, jeśli zostaniesz na kanapie i nadal smutki będziesz zagryzać chipsami na zmianę z czekoladą! Nie nauczysz się nowej pozycji jogi, jeśli nie zaczniesz trenować! Nie pojedziesz w wymarzoną podróż do Australii, jeśli na nią nie zaoszczędzisz, jeśli nie kupisz biletów i nie wsiądziesz do samolotu! No nie da się wprowadzić zmian bez zmian!


Po co planować?


      Zapytasz po co planować? Bo to teraz modne? Bo w sklepach znajdę mnóstwo ślicznych planerów, w których mogę robić wyczesane, kolorowe tabelki? Ja mam wszystko w głowie! Tiaaaa... Ale okej! Może masz mózg jak komputer i pamiętasz. Jesteś wyjątkiem, gratuluje i zasadniczo zazdroszczę choć nie do końca! Nie do końca dlatego, że osobiście od zawsze wychodzę z założenia, że jeśli coś mogę zapisać, to nie chcę o tym pamiętać. Dlaczego? Mój mózg codziennie jest bombardowany zylionami mniej lub bardziej ważnych/przydatnych informacji! Jeśli ich nie będę filtrować, to zwyczajnie zwariuję! Ale nie o tym chciałam! Planowanie! Jeśli robisz to w głowie to też planujesz! Może nie analogowo/cyfrowo.. ale zawsze! To raz. A dwa.. ludzki mózg ma to do siebie, że czasem działa inaczej niż byśmy chcieli, mówiąc wprost OSZUKUJE NAS! Więc odpowiadając na pytanie: po co planować? Ja podam Ci cztery dla mnie najważniejsze powody:

  1. Zmiana samodyscypliny w nawyk! Dokładnie tak! Jeśli planuję jakąś rzecz cyklicznie, to ona mi automatycznie wchodzi w nawyk. Zaplanowałam  minut dziennie na naukę słówek? Ciach! Po jakimś czasie o określonej porze automatycznie sięgam po zeszyt słówek!
  2. Jeśli chcę w bliższej lub dalszej przyszłości znaleźć się w jakimś określonym miejscu, no to muszę to zaplanować. Nie nauczę się hiszpańskiego z dnia na dzień! Nie schudnę 15 kg w ciągu trzech dni! To trzeba rozłożyć w czasie! Czytaj ZAPLANOWAĆ!
  3. Planowanie ułatwia realizację dużych projektów, bo pozwala na rozłożenie ich na czynniki pierwsze! Wtedy jest łatwiej. Łatwiej jest codziennie robić małe kroki, niż zmagać się z wielkimi kobyłami na raz! Nawet jak się nie chce, to łatwiej jest zrobić małą rzecz.. łatwiej jest się zmusić!
  4. Oszczędność czasu. Dokładnie tak. Jak sobie zaplanuję tydzień, to wiem co i jak. Jasne są obsuwy, ale od tego są bufory czasowe? Więc TAK planowanie oszczędza mnóstwo czasu!

      To by było wszystko w części pierwszej o planowaniu. Na drugą zapraszam za tydzień. Za tydzień napiszę Ci jakie błędy popełniałam w planowaniu, jak się ich pozbyłam. Co zrobiłam, że teraz planując działam. A nie tylko planuję, żeby mieć ładny planerek z wyczesanymi tabelkami i pierdyliardem kolorowych naklejek!

Wspaniałego tygodnia!!

pees. nie mam ślicznego planerka z milionem ślicznych tabelek. ;)





URLOP! Pierwszy od dwóch lat prawdziwy urlop!! No i co z blogiem!?!

URLOP! Pierwszy od dwóch lat prawdziwy urlop!! No i co z blogiem!?!



      Urlop! Urlop od wszystkiego.. od ludzi, od zobowiązań, od ... Marzył mi się już od wieeeelu tygodni. Nie będę oszukiwać, coraz ciężej znosiłam monotonię ostatnich tygodni... a właściwie to nawet miesięcy Coraz ciężej znosiłam rzeczy, które nie do końca mi odpowiadają WRÓĆ! Nie odpowiadają mi i tyle, a zmienić ich nie mogę. Dlatego niemal przez cały sierpień odliczałam dni....

To co z tym urlopem?


      Nie mieliśmy z Panem M. urlopu od dwóch lat. Zeszły rok był rozpieprzony przez śmierć mojej mamy i chorobę jego taty, potem remont na raty. Cóż.. tak to bywa. Dlatego w tym roku nie odpuściliśmy. Świadomie też nie wybraliśmy się gdzieś poza granicę naszego kraju. Mamy Bell.. której nie mamy z kim zostawić, a oddawanie jej do jakiejś psiej przechowalni nie wchodzi w grę. Rozważałam domki nad morzem, gdzie można psa zabrać ale znów... Tam gdzie dzwoniłam, jak właściciele słyszeli "owczarek niemiecki", to często się wycofywali. Cóż.. ostatnio ta rasa nie ma dobrej prasy...

      Jeśli myślicie, że pojechałam na jakieś super eloo wypasione wczasy to się mylicie! Po mega intensywnym i stresującym czasie potrzebowałam przede wszystkim spokoju! Nie chciałam patrzeć na ludzi.. chciałam być na odludziu! Dlatego pojechaliśmy na całe dwa tygodnie do mojej samotni! Ahh... cudownie tam jest. Cisza spokój... tylko ryczące jelenie, konie i szumiąca Wisła!

      Czy odpoczęłam? TAK! Było sielsko, anielsko. Do tego zrobiliśmy sporo rzeczy przed zimą. Część drzewek przycięliśmy, wykopaliśmy starą, zagrzybioną śliwę, które tylko brudziła nam elewację w domku. A tak to... tarasowanie, chillowanie i książki! Przeczytałam milion książek przed te dwa tygodnie! Jeśli jesteście zainteresowani co takiego to było, to klikajcie w PRZECZYTANE 2018 tam znajdziecie pełną listę! Odpoczęłam, naładowałam akumulatory. Nie dotrzymałam przyrzeczenia, ze nie będę sięgać po socjal media, ALE właściwie zaglądałam tylko na Instagrama i tez w bardzo ograniczonym zakresie. Cała reszta? Niemal nie istniała. Ważne było słoneczko, ukochany mężczyzna i futrzasty przyjaciel! Wiecie... żeby odpocząć, nie trzeba jechać nie wiadomo gdzie! Nie trzeba wyjeżdżając poza granice kraju, gdzie często wpadamy w wir rozrywki, który też męczy, a w dodatku otaczają nas dzikie tłumy. Cóż.. chyba z tego wyrosłam. Nie lubię ludzi! Niech ich będzie jak najmniej w moim otoczeniu! Wolę zwierzaki!

A co z blogiem?


      Uczciwie muszę Wam napisać.. NIE WIEM! Mam jakiś przesyt. Blog w pewnym momencie stał się dla mnie przykrym obowiązkiem. Szkoda mi było na niego czasu. Nie wiem, czy to kwestia nawarstwiających się problemów, czy może się wypaliłam? Czy wyczerpała się formuła? Nie wiem... Jednocześnie już dawno porzuciłam postawę: Jak już zaczęłam, to muszę ciągnąć! W tym rzecz, ze nie muszę! Nie muszę robić rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności! Jeszcze nie dojrzałam do myśli, by skasować ten kramik, ale... Do tego gdzieś głęboko siedzi we mnie myśl, żeby zacząć jeszcze raz. Od nowa... z troszkę podobną tematyką, ale w kompletnie innej formule. I nie wiem! Zapytacie.. "nie będzie ci szkoda?" ... w tym sęk że chyba nie...





Kulturalni ulubieńcy ODC. 25 - SIERPIEŃ 2018

Kulturalni ulubieńcy ODC. 25 - SIERPIEŃ 2018



      Cześć! Witajcie!

      Sierpień... sierpień był ciężki. Miałam potworny spadek nastroju, ale też i zawiodłam się na paru osobach. Do tego dochodzę zgrzyty rodzinne więc wiecie... Różowe chmurki, różowe okulary, optymizm i te sprawy to się pochowały gdzieś głęboko, a na scenę wkroczył brutalny realizm. Jedyną właściwie ucieczką i odskocznią były książki.. choć początek miesiąca tego nie zapowiadał.. to jednak sporo przeczytałam. W tydzień pochłonęłam cykl o Percym Jacksonie Monia, już mnie nie musisz kłóć tymi książkami w oczy. Co do pozostałych ulubieńców... Zapraszam do czytania!


1. Piosenka miesiąca.


      Sierpień był dla mnie miesiącem muzyki spokojnej, wyciszającej. Może to nietypowo, jeśli chodzi o porę roku.. wiecie środek lata, więc powinny u mnie królować gorące rytmy. Ale z drugiej strony... przy wiecznym stresie, życiu w napięciu, człowiek szuka wyciszenia i relaksu.. dlatego przeprosiłam się z RMF Classic i z muzyką filmową. Czy mam Wam coś konkretnego do polecenia? W sumie to nie.. za dużo się tego przez moje uszy przewinęło... Piraci z Karaibów, Ostatni Mohikanin, Gladiator, Lista Schindlera, Gwiezdne Wojny, Król Lew czy wreszcie Whiplash, Incepcja czy muzyka z Władcy Pierścieni i Hobbita.. Uczta dla uszu, relaks dla umysłu.. Wam polecę coś, co powoduje uśmiech na moich ustach zawsze... La la land i...





2. Książka miesiąca

źródło: empik.com



      Czy Mama z różową torebką czuje się wywołana do tablicy? Bo to Ona swoimi wpisami zmobilizowała mnie do przeczytania serii przygód syna Posejdona Percym Jacksonie! Cóż.. nie będę ukrywać, tego typu literatura należy do moich ulubionych. I malkontenci mogą sobie gadać.. że dziecinada, że bajeczka, że to dla dzieci. Że powinnam czytać Bondę, Mroza, Cobena.. albo kto tam jeszcze modny teraz jest. A ja mówię NIE! Nie szukam w książkach deszczyku grozy, nie szukam w nich łez, nie chcę być po odłożeniu książki rozpieprzona na kawałki. Dramatów to ja mam dość
 w realnym życiu! Chce się uśmiechać, chcę być rozluźniona i nastawiona pozytywnie do życia. Właśnie dlatego omijam "dorosłe" tematy. Wolę fantastykę.. wolę książki pełne magii i fantastycznych sworzeń. Ot... już tak mam i już!

     A Percy?

      Perseusz ma 12 lat kiedy poznajemy go w pierwszym tomie serii. Nie wie, ze jest półbogiem, nie wie, ze jego ojcem jest bóg mórz Posejdon. Kiedy się już o tym dowiaduje, zostaje oskarżony o kradzież pioruna Zeusa. Do tego, jego matkę porywa Hades. Chłopiec wraz z przyjaciółmi rusza na ratunek... dalej jest już tylko lepiej!
      Seria o Percym doskonale wpisuje się w moje gusta. Mam tu wszystko, czego potrzebuję do tego, by okrzyknąć książkę godną polecenia. Bogowie Olimpijscy, fantastyczne stworzenia, zdrada, przyjaźń i.. dobre zakończenie. Książki są napisane lekko, nie ma niepotrzebnych przestojów. Człowiek czyta, a strony same uciekają spod palców. Pięć tomów przeczytałam w tydzień i praktycznie nie zauważyłam upływu czasu. Powiem krótko.. jeśli kończąc książkę jestem wkurzona, że to już.. to to była dobra książka, dobra seria. Jeśli lubisz fantastykę, jeśli lubisz mitologię... to z pewnością książki dla Ciebie!

W mojej prywatnej skali: 7,5/10


3. Film/Serial miesiąca.


      Kolejny miesiąc praktycznie bez włączania telewizora. Zdecydowanie wolałam wolny czas spędzać na świeżym powietrzu. Cieszyć się ciepłymi wieczorami niż psuć oczy wgapiając się w oślepiający blask telewizora. Cóż, 8-10h dziennie przed komputerem w zupełności mi wystarcza! Myślę, że jesień i długie wieczory nieco zmienią to, jak zagospodarowuję czas. Ale sierpień.. sierpień to miesiąc bez telewizji!


4. Cytat miesiąca.



      Taki był mój sierpień.. gorący, pełen stresu i ... cóż, może o tym jeszcze napiszę. Jak się we mnie wszystko uspokoi. Mimo wszystko wspaniałego weekendu Wam życzę!



Samotność.. czym ona jest, i jak się mają do tego sieć i socjal media.

Samotność.. czym ona jest, i jak się mają do tego sieć i socjal media.

czy samotność to znak naszych czasów


      Czym jest samotność? Czy to stan, kiedy jesteśmy sami fizycznie? Czy może jednak stan ducha.. kiedy czujemy, że nie ma obok nas nikogo, baaa nie mamy nikogo, kto by nas wsparł w trudach i cieszył się z nami naszymi sukcesami. Czy można być samotnym w tłumie ludzi? Czy można nie czuć samotności będąc samym? Czym jest samotność? Jak wpływają na nią socjal media? Czy ktoś bliski siedzący 100.. 200.. 1000 km od nas, jest wstanie wypełnić pustkę, jaką jest brak realnej osoby? Tysiące pytań.. i tak mało odpowiedzi...


      Po przeprowadzce na wieś straciłam znaczną część kontaktu z bliskimi mi osobami. Moja ukochana przyjaciółka została w Warszawie. To właśnie jej mi najbardziej brakuje. Nie ma wypadów na winko, pogaduszek, wycia do mikrofonu i zwykłej codziennej obecności. Wiecie, to nie jest tak, ze nasza więź osłabła! Absolutnie nie, mamy telefony, są socjal media. Tylko to już nie jest relacja z cyklu: daj mi chwilę i jestem. Ostatnio jechałam do niej w środku nocy, bo po dwóch zdaniach przez telefon wiedziałam, że mnie potrzebuje.. i byłam tak cholernie wkurzona, że to trwa dwie godziny zamiast 5 minut! HALO mam apel do wszelkiej maści wynalazców.. może tak jakieś teleporty? Ale to ja...

      Jednocześnie mam wrażenie, że część moich znajomych zupełnie zadowalają te kontakty przez sieć. Nie potrzebna im realna osoba. Coraz częściej słyszę: "ja to nie potrzebuję ludzi, wystarczy mi kontakt przez sieć" ... Tiaaa  a jednocześnie na tablicy facebookowej widzę dziesiątki łzawych cytatów o tym, jak to ludzie są źli/nieczuli/bez serca, oraz całkowity ekshibicjonizm: byłam tam/zrobiłam to/wybieram się tam ... Schizofrenia to, czy może wołanie o pomoc? Terry Pratchett napisał w "Maskaradzie": "Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi."  Zgadzasz się z tym stwierdzeniem, czy może jednak je obśmiejesz? Mi się wydaje, że taka postawa to zwykła ucieczka.. pozerstwo. Tacy ludzie udają przed otoczeniem i co gorsza, przed samymi sobą, że nie są samotni. Że samotność ich nie dotyczy, że są "ponad to".

Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.


      Kilka dni temu czytałam w jednej z gazet ciekawy artykuł odnośnie samotności. Samotności, która dotyka coraz to młodszych ludzi. Młodzi niby mają mnóstwo znajomych wirtualnie i jednocześnie ciężko im choć o jedną osobę, do której można zadzwonić w nocy o północy. A ta osoba odbierze i nie pytając o nic powie: "daj mi chwilę, ubiorę się i już jadę". Sama znam kilkoro nastolatków, którzy mają setki wirtualnych znajomych z całego świata.. ale nie mają nikogo blisko siebie. Całe dnie spędzają jak nie w szkole, to przed komputerem. Ciężko im odłożyć telefon/tablet. Wpadają w panikę na samą myśl o odcięciu od sieci. Ostatnio jedna taka nastolatka zrobiła w mojej obecności awanturę ojcu, bo nie miał w samochodzie kabla do ładowania telefonu. No zamurowało mnie.. w tej dziewczynie było tyle agresji, tyle złości. Na pytanie, co jest takiego ważnego w telefonie wykrzyczała, że nie ma kontaktu z przyjaciółmi z Irlandii. Że poznała na chacie jakiegoś chłopaka i piszą. A przez głupotę ojca on teraz nie wie, co ona robi, a ona nie wie co on robi. Jezu Chryste... zapaliły się we mnie wszystkie sygnały alarmowe. A może po prostu zapomniałam, jak to jest być nabuzowaną hormonami nastolatką? Sama nie wiem. 

      Samotność... co o niej myślicie? Boicie się jej? Czy tak jak ja, postrzegacie ją, jako jedno z większych niebezpieczeństw naszych czasów? Czy samotność może zabić? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi... może Wy pomożecie mi je znaleźć?




Copyright © 2014 Draqilka.. rozwijajmy się razem , Blogger